Syn

W poprzednim poście napisałem dość sporo o mojej pierworodnej córce. A co z rok od niej młodszym Franciszkiem? Mój syn z którego tak bardzo chciałbym być dumny.

Franek powinien właściwie nazywać się Boży-dar. Nie był planowanym dzieckiem, choć oboje z Justyną marzyliśmy o dużej rodzinie pełnej dzieci. Jak się przekonaliśmy w przypadku Zosi starania o potomstwo nie były tak łatwe i oczywiste. Pojawienie się Zosi było dla nas prawdziwym cudem. Później z tym cudem musieliśmy skonfrontować trudną rzeczywistość i w efekcie naszej nieustającej walki o zdrowie Zosi jakbyśmy trochę zapomnieli o naszych planach na rozwojową rodzinę. Tymczasem Pan Bóg jakby to wszystko zaplanował za nas.

Franek pojawił się niespodziewanie, dokładnie rok po Zosi. Baliśmy się, czy damy radę. Tak ciężko było nam przez pierwszy rok z Zosią, a teraz znów to samo mieliśmy przeżywać z drugim dzieckiem. Tymczasem Franuś okazał się kochanym, niekłopotliwym bobasem. Nie płakał tyle co Zosia, przesypiał noce, nie było problemów z jego karmieniem. Idealne dziecko do wychowywania. Tak bardzo cieszyłem się, że oprócz naszej pierworodnej, wymodlonej Zosieńki mam też syna, mojego następcę, kogoś, kogo będę wprowadzał w świat dorosłego mężczyzny. Zawsze zależało mi na jak najlepszym kontakcie z Frankiem i obiecałem sobie, że ze wszystkich sił będę się starał o zachowanie bliskich relacji między nami.

Franek wyrastał na radosnego, otwartego na kontakty z innymi chłopca. Chłonął wiedzę i świat, który mu przedstawiałem. Interesował się rycerstwem, wojskiem, fascynowały go militaria, filmy i gry fantasy. Cieszyłem się, że moje pasje stają się też i jego zainteresowaniami. To były naprawdę wspaniałe czasy naszego wzajemnego zrozumienia i bliskości. Później, z każdym kolejnym rokiem w szkole podstawowej, niestety nasz kontakt zatracał swoją pierwotną więź. Stany emocjonalne naszego syna stawały się coraz trudniejsze do wytrzymania. Jego rozchwiane emocje przechodziły od totalnej głupawki do zupełnego zamknięcia się w sobie i ponuractwa. Nieustanna rywalizacja ze starszą o rok siostrą, ciężkie relacje z kolegami w szkole, zatargi z nauczycielami,  świat wirtualnych gier, smartfona, a przede wszystkim nieumiejętność racjonalnego wykorzystywania wolnego czasu stworzyły z czasem mur między nami. Moje propozycje i gesty wyciągniętej ręki były przyjmowane z dużą rezerwą i pewną dezaprobatą. Próby wciągnięcia go w harcerstwo, ministranturę, sport kończyły się fiaskiem. Sam też traciłem cierpliwość do jego zrzędzenia i narzekania na wszystko. Z rezygnacją musiałem przyznać sam przed sobą, że nie umiem mu pomóc. Mogę jedynie starać się go zrozumieć.

Bardzo mnie to wszystko boli i smuci. Jednocześnie wciąż mam nadzieję, że ten okres burz i naporów przeminie i jeżeli Frankowi uda się zarazić jakąś życiową pasją nasze kontakty znów wrócą do bliższych relacji. Wciąż się o to modlę.

Ostatnia niedziela była słoneczna i w miarę ciepła. Postanowiłem zaproponować wspólny rodzinny spacer do parku, na Cytadelę. Zosia ze względu na lekcje postanowiła zostać w domu. Pojechaliśmy więc we trójkę. I to był doskonały pomysł. Franek nareszcie był z nami sam na sam. Może właśnie tego potrzebował. Znów stał się na chwilę naszym małym, ukochanym chłopcem. Wstąpiła w niego prawdziwa radość życia. Śmiał się, opowiadał o szkole, o swojej wizji przyszłości, o tym, że chciałby mieć psa, jak chciałby na nowo umeblować swój pokój. Zaproponowałem mu zwiedzenie muzeum wojskowego na Cytadeli. Z zaciekawieniem słuchał moich opowieści, zadawał pytania, widać było jego zainteresowanie. Przez to jedno popołudnie cieszyliśmy się z Justyną, że odzyskaliśmy naszego syna, naszego ukochanego Franciszka.

Oby w naszym i jego życiu było jak najwięcej takich chwil.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, nastolatki, Rodzina | Jeden komentarz

Urodziny

Dziś w niedzielę 27 października moja Zosieńka skończyła czternasty rok życia. Niby kolejne urodziny, refleksja, że ukochana córka jest coraz starsza, coraz bardziej samodzielna. Niby naturalna kolej rzeczy… A jednak wciąż i nieodmiennie zadziwia mnie  cudu jej istnienia. Nasza pierworodna, wymodlona, wyczekiwana  Zofia Faustyna. Czternaście lat temu w czwartkowe, pochmurne popołudnie w sali porodowej szpitala miejskiego wydarzył się największy cud w moim życiu. Zostałem ojcem. Duma objawiająca się prawdziwymi łzami szczęścia, ale też i niedające spokoju pytanie: czy podołam?

Kolejny obrazek z historii ojcostwa to moment przywiezienia ze szpitala mamy i malutkiej istotki do naszego domu. Czekali na nas goście, najbliższa rodzina. Każdy chciał zobaczyć i powitać na tym świecie nowego członka rodziny. Ale kiedy wszyscy wyszli zostaliśmy sami, nasza trójeczka: mama, ja i nasza Zosieńka. Wtedy jeszcze silniej wzrosła obawa, co mamy robić, jak zadbać o to kruche jeszcze, wątłe życie? Nikt nas tego nie nauczył, nikt nas do tej roli nie przygotował.

Mijały kolejne tygodnie, które z wielkim mozołem przemieniały się w miesiące. Zosieńka dawała nam do wiwatu. Wpierw problemy z karmieniem, potem wysypka skórna, ciągłe płacze i niespokojne noce. Minęło siedem miesięcy gdy nasza córka po raz pierwszy bez budzenia i płaczu przespała całą noc. Ciągłe wizyty u lekarzy różnych specjalności, nocne bieganie do apteki w poszukiwaniu mleka hipoalergicznego i nieustanne zmęczenie z niedospania i ciągłego noszenia Zosieńki na rękach.  A kiedy po roku wydawało nam się, że teraz będziemy mieli już z górki, na świat przyszedł nasz synek Franek. I historia zaczęła się powtarzać. Ale przeszliśmy przez to wszystko, zdaliśmy egzamin.

Jeszcze jedna scena głęboko tkwi w mojej pamięci. Wizyta w prywatnym gabinecie lekarza neurologa i diagnoza: córka ma  objawy poronnego porażenia mózgowego. Dlatego jest taka niespokojna i ma w sobie wewnętrzne napięcie. To będzie rzutować na jej przyszły rozwój zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Będzie mogła mieć wadę postawy i problemy z nauką w szkole. Wtedy brzmiało to jak wyrok z którym trudno było nam się pogodzić. Dużo sił, wysiłku i poświęconego czasu straciliśmy na załatwianie i jeżdżenie z Zosią na różne zajęcia związane z rehabilitacją ruchową. Baliśmy się momentu posłania naszej córki do przedszkola i z  lękiem obserwowaliśmy jej początkowe problemy z adaptacją do nowego otoczenia i brak otwarcia się na kontakty z rówieśnikami. A jednak wszystkie obawy okazały się płonne. Zosia potrzebowała więcej czasu niż inne dzieci, by zaadoptować się do przedszkola, ale w następnych latach okazało się, że rozwija się prawidłowo, na równi ze swoimi rówieśnikami. Gdy pod namową dyrektorki przedszkola rozważaliśmy, czy  nie zostawić po pierwszym roku Zosi w młodszej grupie, tak aby mogła chodzić razem ze swoim bratem Frankiem, przekonaliśmy się o sile jej charakteru i woli samostanowienia o sobie. Zosia jakby wyczuła wtedy nasze intencje i zaczęła histerycznie płakać domagając się zostawienia jej w swojej grupie. Była dzielną wojowniczką.

Dziś patrzę z radością na moją córkę, która tak pięknie rozkwita. Jest już małą kobietką. Przygotowuje się do swojego, własnego życia. Jest mądra, samodzielna i ma własne, wyrobione zdanie. Dobrze się uczy, po raz kolejny skończyła rok szkolny z czerwonym paskiem. Od czternastu lat obserwuję cud jej rozwoju, siłę zmagania się z trudami życia szkolnego, a obecnie zmagań z niełatwym okresem bycia nastolatką. Jako ojciec chciałbym ją teraz jak najlepiej przygotować do samodzielnego życia, do wejścia w dorosłość. Chciałbym móc jej przekazać pałeczkę pokoleniowej sztafety. O to się dziś modliłem. Modliłem się do mojego Ojca Niebieskiego. Dziękuję Mu za to, że sam mogłem się sprawdzić w roli ojca.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, nastolatki, Pan Bóg, Rodzina | Dodaj komentarz

Uroki wspomnień

W minioną sobotę miałem niepowtarzalną okazję uczestniczyć w uroczystościach stulecia istnienia mojego liceum. Minęło co prawda ćwierć wieku odkąd pisałem maturę, ale czas spędzony w szkole średniej wciąż silnie i wyraźnie rysuje wspomnieniowe obrazy w mojej pamięci. Dzieje się tak dlatego, gdyż prawdopodobnie te cztery lata przeżyte na początku lat dziewięćdziesiątych były najlepszym, najradośniejszym okresem w moim życiu.

Dzięki mojej pasji do kronikarskich zapisków lata te zostały uwiecznione na kartach zeszytowego pamiętnika. Dziś często wracam do owych notatek i z radosnym zdumieniem odkrywam na nowo klimat tamtych czasów. Niedawno przeczytałem fragment o żywiołowej dyskusji jaką prowadziliśmy między chłopakami na przerwie szkolnej dotyczącej pokazanego w telewizji filmu ,,Lawa” w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Fascynowaliśmy się też twórczością Gombrowicza i dramatami scenicznymi Sławomira Mrożka. Powiedzonka z karcianej partii w ,,Tangu” weszły na stałe do naszej szkolnej nowomowy. Z rozbawieniem przypomniałem sobie też opis wyrzutu, jak uczyniłem mojemu przyjacielowi ze szkolnej ławy, że w swoim podejściu do życia jest schopenhauerystą. Oczywiście, nasze licealne życie towarzyskie nie opierało się tylko o filozoficzno-artystyczne dyskusje. Były wypady na tanie wino pite skrycie w bramie kamienicy, były nikotynowe podchody za szkołą, fascynacja muzyką i próby tworzenia własnego zespołu. Były też pierwsze miłosne rozterki, burze uczuciowe, zakochania i rozczarowania. Takie było wówczas nasze życie. Oprócz nauki kwitło przede wszystkim życie towarzyskie.

Czasy liceum to poznawanie nowych znajomości i nawiązywanie przyjaźni, które przetrwały po dziś dzień. Dlatego spotkanie jubileuszowe miało dla mnie tak wielkie znaczenie. Nie czułem się obco. Spotkałem się z przyjaciółmi i z całą rzeszą znajomych, z którymi łączyły mnie tyle dobrych wspomnień. Wiele było w tym radości, uśmiechów, poklepywań po plecach.  Ćwierć wieku przysporzyło nam trochę kilogramów wagi, uwydatniło brzuchy, przyozdobiło twarze brodami  i okularami. Ale uśmiechy zostały te same: sztubackie, szczere, radosne. Połączyła nas szkoła średnia. Ona też nas na swój sposób ukształtowała. To były cztery najważniejsze i najlepsze lata mego życia!

Zaszufladkowano do kategorii przyjaźń, szkoła | Dodaj komentarz

Mój różaniec osobisty

Październik jest miesiącem  poświęconym w szczególny sposób modlitwie różańcowej. Stąd kilka moich osobistych refleksji o różańcu.

Pamiętam mojego pierwszego przewodnika duchowego – księdza Tomasza, katechetę ze szkoły podstawowej i opiekuna ministrantów. Powiedział jedną rzecz, która mnie zadziwiła i mocno zapadła w pamięci. Już jako mały chłopiec nosił stale w kieszeniach spodni różaniec. Ten nawyk pozostał mu już na zawsze. Może dlatego po latach, gdy bardziej dojrzałem duchowo również odczułem taką potrzebę, by malutki różaniec był zawsze przy mnie, by przypominał mi o modlitwie. Dwadzieścia lat temu zmarła moja ukochana babcia Klara. Mieszkała ona z nami, opiekowała się mną i moją siostrą gdy byliśmy mali. Pod koniec życia, gdy miała poważne problemy z chodzeniem całe dnie spędzała na fotelu i odmawiała codziennie radiowy różaniec. Modliła się na takim małym, drewnianym różańcu z jedną dziesiątką, który dostała z Asyżu od mojej siostry. Gdy babcia zmarła wiedziałem jedno, muszę kontynuował jej modlitwę, na tym wymodlonym różańcu. Schowałem go do kieszeni spodni i noszę go do dziś. Wielokrotnie mi ginął, zaczernił się, przytarł. Ale zrządzeniem Opatrzności wciąż go mam przy sobie i na nim się modlę. Teraz codziennie.

Na początku naszego małżeństwa należeliśmy w parafii do grupy młodych małżeństw spotykających się w ramach Ruchu Rodzin Nazaretańskich. To tam jedna z koleżanek zaproponowała nam przystąpienie do róży różańcowej i wspólnej modlitwy za nasze dzieci. Akurat wtedy urodziła się nasza pierworodna Zosieńka. Była bardzo niespokojnym dzieckiem i oboje z żoną bardzo baliśmy się o jej prawidłowy rozwój. Dlatego propozycja codziennej modlitwy wspólnotowej wydawała nam się jak najbardziej konieczna. Myśleliśmy wtedy, że damy radę modlić się codziennie dziesiątką różańca przez miesiąc, może dwa, trzy. Trwamy już w tej modlitwie czternasty rok. Dzień w dzień.

Parę lat temu z podziwem patrzyłem na moją żonę, która przystąpiła do duchowej adopcji dziecka poczętego. Zobowiązała się uroczyście, że będzie przez dziewięć miesięcy odmawiać dziesiątkę różańca, aby uprosić Boga o łaskę uratowania choć jednego dziecka zagrożonego przerwaniem ciąży. Pamiętam tą uroczystość w naszej katedrze i tłum ludzi przystępujących przed ołtarzem by złożyć przysięgę. Podziwiałem ich wszystkich, ale sam w sobie nie miałem odwagi, by złożyć publicznie taką deklarację. Przecież odmawiałem już jedną dziesiątkę za dzieci. Miałem do tego dołożyć codzienny obowiązek  odmawiania kolejnej dziesiątki? A jednak podjąłem się tego w skrytości serca i dałem radę. Potem przyszedł kolejny rok i tym razem już odważnie stanąłem wraz z żoną przy ołtarzu. Od tego czasu potrzeba nieustannej modlitwy tak mocno się we mnie zakorzeniła, że mija  już ósmy rok  moich duchowych adopcji dziecka poczętego.

Gdy parę lat temu przeprowadziliśmy się za miasto przez pewien czas była taka konieczność, że musiałem wracać z pracy podmiejskim autobusem. Godzinna jazda dłużyła się, zwłaszcza w ciemne zimowe popołudnia. Żeby nie zasnąć odmawiałem wtedy w myślach różaniec. Któregoś dnia przysiadła się do mnie starsza pani. Kątem oka dostrzegłem, że wyciąga z torebki mały różaniec i zaczyna się nim modlić. Uśmiechnąłem się w duszy. Wyciągnąłem z kieszeni swój, tak by i ona mogła go dojrzeć i zacząłem odmawiać dziesiątkę. Modliliśmy się razem słowami tej samej modlitwy. Autobus mknął w szarzejącą rzeczywistość za oknem, w środku panowała cisza i tylko wspólna z obcą mi kobietą modlitwa ,,Zdrowaś Maryjo” unosiła się niewidzialnie nad nami wszystkimi. Mistyczna chwila.

Mały różaniec z Asyżu wciąż jest w mojej kieszeni. Sięgam po niego często. Gdy jadę autobusem, gdy idę przez miasto załatwiać jakieś sprawy, gdy czekam w poczekalni, gdy jadę samochodem. Modlitwa różańcowa układa mi się sama w myślach, przypomina się, szuka wolnej chwili. Jest przecież tyle rzeczy za które trzeba dziękować Miłosiernemu Bogu i tyle spraw, które wymagają omodlenia oraz próśb kierowanych przez wstawiennictwo Matki Bożej do Najwyższego. Mały różaniec stał się moją siłą i moim wsparciem. Nie wyobrażam sobie już bez niego mojego codziennego życia.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Różaniec | Otagowano | Dodaj komentarz

Spotkanie

Wszyscy powinniśmy się zastanowić, czy ludzie, którzy nas spotykają, dostrzegają w naszym życiu ciepło wiary, czy widzą w naszych twarzach radość z tego, że spotkaliśmy Chrystusa!

Papież Franciszek, 14 października 2013 r.

Niemalże codziennie mamy możliwość spotkania drugiego człowieka. Czasami są to wciąż ci sami ludzie, czasami nowe, obce osoby. Ciekawi nas to, jak postrzegają nas inni, jak odbierają, co o nas myślą na pierwszy rzut oka. Tak naprawdę zależy to od tego, co my sobą przedstawiamy, co próbujemy przekazać drugiej osobie. Innym słowem jakie fluidy z nas emanują: dobre, złe, czy zupełnie niejakie?

Kiedyś słyszałem taką wypowiedź, że ludzie, którzy przyjmują komunię świętą wychodzą ze mszy jak jaśniejące światełka wnikające w ciemną głębię rzeczywistości. Jak wielkim szczęściem jest napotkać na swojej drodze takie właśnie światełko emanujące z drugiego człowieka. Spotkanie z dobrem.

Myślę o tym wszystkim w kontekście wycieczki szkolnej mojej córki do Rzymu. W szkole prowadzonej przez zakon pijarów, do której chodzą moje dzieci, jest taki zwyczaj, że klasy VIII udają się we wrześniu na pielgrzymkę do Rzymu. Dla dzieci, to wspaniała przygoda, dla nas rodziców pewien problem. I to nie tylko finansowy. Jak większość inicjatyw w szkole u pijarów, także i pielgrzymko-wyjazd musi być zorganizowany w znacznej mierze przez rodziców. Organizacja trwa przez cały rok szkolny ponieważ jest związana z przygotowaniem licznych imprez charytatywnych mających na celu zbiórkę pieniędzy na wyjazd. Zaczyna się od sprzedaży rogali  i ciast przed adwentem, potem ozdób świątecznych na kiermaszu, organizacja balu szkolnego w karnawale, walentynek, festynu w szkole, imprezy sportowej. Sporo tego. Do tego trzeba skoordynować działania wszystkich trzech klas ósmych z naszej szkoły, zmobilizować rodziców i dzieci do pomocy. Trzeba wciąż prosić, prosić i jeszcze raz prosić. Ciężka i niezbyt wdzięczna to praca społeczna. Ale czego się nie robi dla naszych dzieci. I tu muszę powiedzieć, że cały ten ogrom organizacyjny trudny byłby do ogarnięcia gdyby nie kilka jaśniejących blaskiem dobroci osób. Przy takiej właśnie okazji można spotkać niezwykłych ludzi, czasem skromnych, nie wyróżniających się z tłumu, którzy jednak potrafią służyć pomocą, angażują swój czas, siły i przede wszystkim serce.

Może to też specyfika tej szkoły o profilu katolickim, może to, że oprócz wspólnej pracy wspólnie się też modlimy i wspieramy duchowo. Jest jakiś genius loci, duch opiekuńczy tego miejsca, naszej wspólnoty. Wspaniale jest  spotkać na swojej drodze dobrego człowieka z którego emanuje pozytywna energia. Można spojrzeć na niego przez pryzmat swoje wiary, aby dostrzec w drugim człowieku odbicie Chrystusa. Może dzięki temu nasz świat jest choć odrobinę lepszy.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Pan Bóg, szkoła | Dodaj komentarz

Cały mój świat

Wielkim zaś zyskiem jest pobożność wraz z poprzestawaniem na tym, co wystarczy.                       (1 Tm 6, 6)

Jadąc do pracy widziałem samochód kombi, który na tylnej szybie miał naklejkę przedstawiającą trzy osoby: mamę, tatę i małe dziecko. Napis pod obrazkiem brzmiał: wiozę ze sobą cały mój świat. W czytaniu na dziś święty Paweł w Liście do Tymoteusza poucza, że nie bogactwo i jego gromadzenie jest sensem naszego życia, ale pobożność przeżywana w zgodzie z naukami Jezusa Chrystusa. Winniśmy się cieszyć z tego co mamy. Mając żywność, odzienie i dach nad głową, bądźmy zadowoleni. 

Człowiek wciąż chciałby więcej i więcej. Każdy z nas potrzebuje więcej miłości, przestrzeni, wrażeń, więcej zadowolenia z życia, więcej środków finansowych na ciągłe zwiększanie tego, czego ma w niedosycie. Tak żyjemy, tak w większości myślimy. Boimy się niepewności, tego, że czegoś nam zabraknie, że nas nie będzie stać, że nie podołamy. A tymczasem okazuje się, że cały nasz świat można zamknąć w niewielkiej przestrzeni kabiny samochodowej. Moja żona, moja córka, mój syn, moja rodzina. Największe osiągnięcie życiowe, największy dar, największe szczęście. Czy ja mam tego świadomość? Wiele osób pewnie marzy o tym, żeby mieć aż tyle…

Docenić wartość tego co mamy. W ubiegłą sobotę wybraliśmy się na rodzinny spływ kajakami. Justyna płynęła z Frankiem, a ja z Zosią. Mieliśmy ponad trzy godziny tylko dla siebie. Moja czternastoletnia córka i ja. Bezcenny czas spędzony razem na rozmowie, wspólnym śmiechu, dzieleniu się posiłkiem, pokonywaniu wodnych przeszkód. To coś, co nas w tej chwili łączy, ale też będzie naszym dobrym wspomnieniem. Zosia wciąż lubi się do mnie przytulać. Tak bez powodu, rano po przebudzeniu, gdy mijamy się w domu na korytarzu, gdy wraca ze szkoły, wieczorem przed snem. Wiem, że już niedługo ten czas minie  i ona podąży za swoim życiem. Dlatego tak usilnie próbuję te chwile zatrzymać w swojej pamięci.

Z trzynastoletnim Frankiem jest trochę trudniej. Jego okres burz i naporów przybiera na sile. Już nie jestem dla niego autorytetem, opiekunem, powiernikiem sekretów. Jest bardzo przewrażliwiony na punkcie swojej osoby, nie znosi krytyki i uważa, że ma prawo do swojej wizji własnego życia. Coraz trudniej mi do niego dotrzeć, odnaleźć wspólny język. Wczoraj jednak to się udało. Zajęliśmy się drobnymi pracami remontowymi w jego pokoju. Franek pomagał mi naprawić roletę, a później przywiesić nową półkę na ścianie. Starałem się dać mu jak najwięcej pola do popisu. Wkręcał śrubki i wkręty wkrętarką, wysłuchiwałem jego pomysłów na poradzenie sobie z technicznymi problemami. Starałem się traktować go po partnersku. Na końcu pochwaliłem Franka, że bez niego nie dałbym sobie rady. Był strasznie dumny. I to był właśnie nasz wspólny czas, ojca i syna. Wspólne dzieło, które także stwarza płaszczyznę wzajemnego porozumienia i zrozumienia. Błogosławiony czas.

Czas to też wspaniały dar jaki mogę ofiarować mojej żonie. Teraz, gdy dzieci zajmują się już same sobą i nie koniecznie chcą z nami rodzicami wszędzie chodzić razem, mamy z Justyną nareszcie więcej czasu dla siebie. Drobinki szczęśliwych chwil. Poranki w kuchni, czasami wieczorne spacery, wyjścia do kina, nawet wspólne zakupy w sklepie. Jesteśmy znów tylko dla siebie, tak jak na początku naszego małżeństwa.

Cały mój świat to trzy najbliższe mi osoby. Nic więcej mi Panie Boże nie potrzeba do szczęścia. Dziękuję Tobie za to, co mam.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Pan Bóg, Rodzina | Dodaj komentarz

Przeistoczenie

Pewnie jak większość wierzących ludzi przychodzę do kościoła na mszę świętą, żeby o coś prosić Pana Boga, czasem mu za coś tam podziękować. Prosta kalkulacja: gdy coś potrzebuję, gdy sobie z czymś nie radzę, uderzam wyżej. Może On, Pan Bóg pomoże…

Mam czterdzieści parę lat, a podczas mszy świętej zachowuje się czasem jak dziecko. Posłusznie wstaje, siadam, słucham, czasem śpiewam i niecierpliwie czekam na koniec. Tak bywało nie raz, nie dwa…

Pewnie, że dzięki wzrastaniu w wierze stopniowo odsłania się przede mną dynamika i piękno eucharystii. Potrafię się zachwycić, dać ponieść emocjom, zwłaszcza podczas mszy akademickich. Jeden ze znajomych księży, ksiądz Radek, z prawdziwą pasją tłumaczy na spotkaniach z narzeczonymi czym tak naprawdę jest Najświętsza Ofiara, co w rzeczywistości dzieje się na ołtarzu. Czy można nazwać odkryciem to, że w końcu dotarło do mnie, iż podczas każdej mszy świętej Chrystus, jako Syn Boży składany jest w ofierze za nasze grzechy? Jezus umiera i zmartwychwstaje na naszych oczach, a my możemy złączyć się z Nim w jeden Kościół podczas obrzędu komunii. Niby takie oczywiste, a ile w tym treści, emocji, niezwykłości i tajemnicy.

W zeszłą niedzielę, mój przyjaciel, który jest kościelnym poprosił mnie o niezwykłą przysługę. Ponieważ musiał wyjechać chciał, abym zastąpił go przy porannej mszy świętej. Owszem wiele lat temu byłem ministrantem i posługa przy ołtarzu nie jest mi obca, ale nigdy jeszcze nie przygotowywałem wszystkiego do mszy świętej. Otwarcie kościoła, zapalenie świateł, włączenie mikrofonów, przygotowanie naczyń liturgicznych… I właśnie, podczas przygotowania naczyń musiałem położyć opłatek na patenie kielichowej. Kładłem symbol chleba, który podczas mszy świętej zostanie przeistoczony w ciało Jezusa Chrystusa. Wtedy do mnie dotarło, że ten niewielki, nic prawie nieważący opłatek już za chwilę STANIE SIĘ (dosłownie) Bogiem. Przyznam się, że ręce mi drżały.

Jeszcze nigdy chyba tak emocjonalnie nie przeżyłem mszy świętej, jak podczas ostatniej niedzieli. Kiedy kapłan wypowiedział słowa: ,,Bierzcie i jedzcie, to jest ciało Moje” ciarki przeszły mnie po plecach. Przecież ja jeszcze przed mszą trzymałem w dłoni ten opłatek, który teraz jest czczony na ołtarzu jako Najświętsze Ciało Zbawiciela. Ludzie przyszli do kościoła, żeby zobaczyć Boga, zobaczyć przeistoczenie, by móc temu Bogu powierzyć swoje sprawy, troski, cierpienia. A ja to wszystko przygotowałem. Przygotowałem by mogła odbyć się msza święta, by mogło dokonać się przeistoczenie, by Bóg mógł się objawić swojemu Kościołowi. Może popadam w zbytni patos, ale  emocje, które mną targały w tą niedzielę były rzeczywiście niezwykłe i dały mi dużo do myślenia na temat mojego udziału we mszy świętej.

Wiem, że teraz będę inaczej patrzył na to, co dzieje się przy ołtarzu. Będę bardziej świadomy Najświętszej Ofiary.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Msza święta, Pan Bóg | Dodaj komentarz

Przeznaczenie

Zdarzyło się, że Jezus wyszedł na górę, aby się modlić i całą noc spędził na modlitwie do Boga. (Łk 6,12)

Podczas moich studiów wybrałem się na samotną wyprawę w góry. Taką miałem ideę, że jak trochę poprzebywam sam ze sobą w okolicznościach przyrody, to pewne rzeczy mi się w głowie poukładają. Jednak zamiast jasnych odpowiedzi mnożyły mi się pytania, wątpliwości i lęki. Gdy dotarłem na Wysoki Kamień znalazłem sobie ustronne miejsce na skale i spojrzawszy na cały świat pode mną zacząłem modlić się do Boga Ojca. Mając ziemię pod sobą i niebo wokół mnie miałem wrażenie, że uzyskałem jakąś większą bliskość ze Stwórcą, że tu w tej ciszy usłyszę Jego głos. Miałem taką cichą nadzieję, że stanie się coś niezwykłego, że otrzymam znak, jakieś wyraźne natchnienie. Panie Boże, co mam zrobić ze swoim życiem? Czego Ty ode mnie oczekujesz? Co jest moim powołaniem?

W tamtych czasach nie miałem żadnych, nawet najmniejszych widoków na założenie rodziny. Dlatego tak bardzo zastanawiałem się nad swoim powołaniem, posłannictwem, życiową drogą. Budziło to mój wielki niepokój i stąd te oczekiwania na wyraźny sygnał z góry. Jedno Twoje słowo, a rzucę wszystko i pójdę za Tobą. Nic jednak się wtedy nie wydarzyło, niebo nie przemówiło. Tak mi się wówczas wydawało. Lekko rozczarowany schodziłem z góry i wracałem do rzeczywistości dnia codziennego.

Od tego czasu minęło już dwadzieścia parę lat. Wciąż jednak silnie w pamięci mam wyryty ten wspomnieniowy obraz mojej modlitwy z Wysokiego Kamienia. I choć niejednokrotnie później zdobywałem różne szczyty i zachwycałem się pięknem oraz potęgą gór, to żadne inne wydarzenie tego typu nie zapadło mi w pamięci, jak właśnie tamto. Pan Bóg przemówił do mnie swoim milczeniem. Dopiero teraz z perspektywy tych dwudziestu lat potrafię odczytać zamysł Boży wobec mnie.

Dziś jestem mężem i ojcem. W ten weekend podczas rekolekcji otrzymaliśmy oboje z żoną przedłużone przez naszego biskupa na kolejne trzy lata misje kanoniczne do głoszenia nauk o małżeństwie i rodzinie. Odnalazłem swoje miejsce w życiu, Kościele, w rodzinie. Jako młody dwudziestolatek wszystko chciałem mieć natychmiast, jasne odpowiedzi, znaki z nieba, cudowne wizje przyszłości. Pan Bóg jednak działa przez czas. Nic od razu, nic natychmiast. Bożą perspektywą jest przecież wieczność.

Dziękuję Ci Panie, za tą chwilę wtedy, tam na górze. Dziękuję za Twoje milczenie, które oznaczało, że wszystko jest w porządku, że nie mam się lękać, miotać, smucić, oburzać. Bóg miał dla mnie plan. Ale potrzebowałem czasu, aby to zrozumieć.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Pan Bóg | Dodaj komentarz

Zawierzenie

Nareszcie przyszły upragnione nasze wakacje. Planowany od kilku miesięcy scenariusz wyjazdu naszej czteroosobowej rodziny na południe Polski mógł zacząć się wreszcie spełniać. Kierunek Kraków, a po drodze może na chwilę zajedziemy do Wadowic. Nie była to żadna planowana pielgrzymka. Nic w tym rodzaju. Po prostu, tak wyszło. Skoro jedziemy do Krakowa, to warto zwiedzić dom rodzinny świętego Jana Pawła II.

Już przed Wadowicami samochód zaczął sygnalizować, że nie jest z nim najlepiej. Ale co tam… Wystarczyło pomodlić się przy chrzcielnicy, przy której został ochrzczony przyszły święty i prosić za Jego wstawiennictwem o błogosławieństwo w dalszej drodze, by śmiało z wiarą można było ruszać dalej. Skoro dotarliśmy do Wadowic, to koniecznie trzeba było zatrzymać się jeszcze w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wieczór się już robił, pogoda deszczowa, ale my podjechaliśmy na wzgórze do bazyliki. A tam cała masa pielgrzymów. Trafiliśmy w sam środek tygodniowych obchodów uroczystości wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Kolejna okazja do wspólnej modlitwy.

Niedziela zastała nas w Krakowie. Już od dawna planowałem, że tego dnia udamy się na mszę świętą do sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Podjeżdżamy tam przed godziną 10, a tu znów tłumy pielgrzymkowe. Wielkie uroczystości w 17. rocznicę zawierzenia całego świata Bożemu Miłosierdziu przez papieża Jana Pawła II. Poczułem wielki ścisk pod żebrami w okolicy mięśnia sercowego. To nie mógł być przypadek…

Szesnaście lat temu zawarliśmy z Justyną sakramentalny związek małżeński. Od samego początku mieliśmy w sobie takie przekonanie, że to nasze małżeństwo i zakładaną rodzinę powinniśmy powierzyć Bożemu Miłosierdziu. Kapłan, który nam błogosławił podczas ceremonii ślubnej w kościele przywołał słowa Jana Pawła II, które rok wcześniej wypowiedział w Łagiewnikach podczas zawierzania świata Bożemu Miłosierdziu. Na naszych ślubnych obrączkach kazaliśmy sobie wówczas wygrawerować napis ,,Jezu ufam Tobie”, a w podróży poślubnej byliśmy nawiedziliśmy sanktuarium w Łagiewnikach. I oto po szesnastu latach znów wracamy w to niezwykle ważne dla nas miejsce, z naszym życiowym dorobkiem, z naszą dwójką ukochanych dzieci. Jesteśmy razem w zdrowiu i szczęściu. Boże Miłosierdzie otoczyło nas swoją opieką, a dziś, jakby na zaproszenie samego Pana Jezus, zostaliśmy sprowadzeni na uroczystości.

Czułem silne wzruszenie. To jakby doświadczyć dotyku Pana Boga, usłyszeć Jego przywołujący głos. Dostaliśmy widomy znak, że nasza droga życiowa jest słuszna, a naszym posłannictwem jest głoszenie orędzia Miłosierdzia.

Naprawdę, te wakacje nie miały charakteru pielgrzymki. Po prostu, tak wyszło.

Po pięciu dniach pobytu w okolicy Szczawnicy postanowiliśmy na jeden dzień wybrać się do Zakopanego. Zajechaliśmy do Doliny Kościeliskiej i tam nasz samochód odmówił ostatecznie posłuszeństwa. No to klops… Następnego dnia mieliśmy jechać do Częstochowy, a tu niesprawny samochód i kiepskie widoki na jego szybką naprawę.

W takiej sytuacji pozostała nam tylko modlitwa. I wtedy zacząłem wierzyć, usilnie wierzyć, że po tych wszystkich niezwykłych przeżyciach podczas naszego wyjazdu i mając jeszcze w perspektywie nawiedzenie Jasnej Góry, ani Matka Boża, ani święty Jan Paweł II nie zostawią nas samych w tej dość kłopotliwej sytuacji. I rzeczywiście stał się cud. Nasz mały, prywatny, rodzinny cud. Zaczęło się od wezwania pomocy drogowej. Łańcuszek dobrych ludzi, którzy zaczęli nam pomagać w tej trudnej sytuacji, w niesamowity sposób zaczął nas wyciągać z rozpaczy ku nadziei.  W sobotę po południu otrzymaliśmy z warsztatu naprawione auto. Mogliśmy szczęśliwie ruszać dalej. Za ten niezwykły cud na Podhalu pojechaliśmy podziękować Matce Bożej do Ludźmierza, a wieczorem na Jasnej Górze przed cudownym obrazem śpiewaliśmy: ,,jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam!”

Tegoroczne nasze rodzinne wakacje zapamiętamy jako cud zawierzenia. Doświadczyć osobiście Bożej opieki jest chyba najbardziej wzruszającym momentem naszej wspólnej drogi życiowej. Wystarczy tylko wierzyć. Wystarczy codziennie powtarzać sobie ,,Jezu ufam Tobie”. Tyle i aż tyle.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Miłosierdzie Boże, modlitwa, Rodzinne, wakacje | 2 komentarze

Być jak dziecko

„Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim” (Mt 18).

Często zastanawiała  mnie ta wypowiedź Jezusa. Dlaczego mamy się uniżyć do roli bezrozumnych dzieci, żeby doświadczyć obiecanego zbawienia? Czy nasze doświadczenia życiowe i mądrości nabywane z wiekiem są dla nas ciężarem? Można też wnioskować, że może chodzi o niewinność i czystość. Być jak niewinne dziecko, które nie wie jeszcze co to grzech.  Zdanie to wypowiada Mesjasz w chwili gdy apostołowie kłócą się między sobą o przyszłe apanaże w królestwie niebieskim. Jezus objawił się jako Syn Boży, a skoro oni zostali wybrani, by być przy nim jak najbliżej liczyli zapewne po ciuchu na to, że tak jak każde królestwo ziemskie, to także i to niebieskie będzie potrzebowało odpowiedniej hierarchii zarządzania. A Pan Jezus ucina radykalnie te dywagacje i każe być im jak dziecko.

W tamtych czasach, jak można się przekonać czytając Stary Testament, dzieci nie miały w zasadzie żadnej podmiotowości. Nikt poza rodzicami nie przejmował się ich losem. Jeżeli nie miało żadnego opiekuna było raczej skazane na nieprzetrwanie. Dzieci nie miały żadnych praw, nawet w rodzinie. Od dziecka wymagano bezwzględnego posłuszeństwa. Jeżeli już tylko potrafiło wykonywać najmniejsze prace miało obowiązek pomagać rodzicom w pracy. Dziecko, które nie pełniło przydatnej roli było nikim. Jednak dla kochającego rodzica było ono zawsze największym skarbem i radością, pod warunkiem jednak całkowitego posłuszeństwa.

I może o to chodziło Jezusowi, gdy karcił swoich uczniów. Jeżeli się nie uniżycie do roli bezpodmiotowego, bezbronnego dziecka, które nie ma prawa nawet prosić o miskę jedzenia, nie wejdziecie ze mną do królestwa Bożego. Tylko Bóg poprzez swoją łaskę może przyzwolić na uczestnictwo w Jego królestwie. Tylko pokorny sługa liczyć może na najwyższą nagrodę.

Druga refleksja, jaka przychodzi mi w związku z tym Słowem Bożym to myśl o moich dzieciach. Jak bardzo świat się zmienił. Dziś rodzicami rządzą dzieci, a powinno być na odwrót. Nasza nadwrażliwa miłość i nieustająca troska sprawiła, że stale od urodzenia dzieci staramy się robić wszystko, żeby było im dobrze. Chcemy by mieli najlepszą opiekę, najlepsze porady lekarskie, kremiki do pupy, płyny do kąpieli. Potem chcemy, żeby miały najfajniejsze zabawki, najbardziej przyjazne przedszkole, najlepszą szkołę, najbardziej interesujące zajęcia dodatkowe, najbardziej udane wakacje. Organizujemy im czas, zabawę, rozrywkę. Byle by tylko się dobrze czuły, by uważały nas za fajnych rodziców. A ile z tego wymagamy? Posprzątaj pokój, wyjmij naczynia ze zmywarki, odrób lekcje. To wszystko.

Czy dziś Pan Jezus nie powiedziałby do uczniów: bądźcie jak troskliwi rodzice, którzy robią wszystko dla swoich dzieci? Tylko miłość może sprawić, że poświęcasz tak wiele nie licząc specjalnie na odwzajemnienie.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Pan Bóg, Rodzinne, wychowanie | Dodaj komentarz