Kiedy mój syn Franek w szkole podstawowej z własnej, nieprzymuszonej woli został ministrantem byłem przeszczęśliwy. Wierzyłem, że jego życie opierać się będzie na silnych podstawach wiary. Bliskość ołtarza mogła wpływać na głębsze i bardziej świadome budowanie jego relacji z Panem Bogiem. Ja swoją służbę ministrancką zakończyłem trzy dekady temu. Mimo to miałem takie ciche marzenie, że może kiedyś się zdarzy, że oboje będziemy służyć przy ołtarzu. Tylko my dwoje: ojciec i syn. Przez całą karierę ministrancką Franka w naszej parafii taki przypadek zdarzył się zaledwie raz jedyny. Trochę przez przypadek.
Po bierzmowaniu nowiutką, ledwo co kupioną przeze mnie albę ministrancką Franek wrzucił do szafy i zaczął coraz bardziej oddalać się od Kościoła. Wreszcie tuż po osiemnastce w ogóle przestał uczęszczać na niedzielną mszę świętą. Źle się też zaczęło dziać w jego własnym wewnętrznym świecie. Przeżywał psychiczne doły i wpadał w stany depresyjne. Było to przyczyną naszego z żoną ogromnego zatroskania, a przy tym smutku, bólu i poczucia rodzicielskiej klęski. Zaczęliśmy się intensywnie modlić o uzdrowienie naszego syna, o łaskę nawrócenia. W swoim sercu prosiłem Miłosiernego Pana Jezusa, by w tych ciężkich chwilach przytulił Franciszka do Swego Serca, by dotknął go Swoją miłością. Miałem swoją wieczorną modlitwę i kiedy on już spał stawałem przed zamkniętymi drzwiami jego pokoju i udzielałem mu mojego, rodzicielskiego błogosławieństwa.
Nie wiem, czy pod wpływem tych modlitw, czy w wyniku psychoterapii, której poddał się nasz syn w ostatnim czasie zaszła w nim głęboka, acz stopniowa przemiana. Franek zaczął coraz więcej czasu spędzać z nami, rodzicami. Otworzył się na rozmowę, a w ostatnich tygodniach zaczął z nami chodzić w niedzielę na mszę świętą. Zaznaczył jednak, że robi to tylko dla nas, żeby nas zadowolić.
Wczorajsza niedziela była jednak inna. Justyna musiała rano jechać do swojego ojca, a ja zostałem z naszymi dziećmi w domu. To sam Franek zaproponował mi, że chciałby ze mną jechać do miasta, do kościoła na mszę. Chciał odwiedzić swojego księdza katechetę z liceum. Zgodziłem się natychmiast. Nawet msza święta, podczas której wiele lat temu oboje służyliśmy przy ołtarzu, nie przyniosła mi tak silnego wzruszenia, jak ta wczorajsza eucharystia. Siedzieliśmy obok siebie w ławce, a ja kątem oka widziałem, że mój syn się modli. Naprawdę, modlił się żarliwie!
Ksiądz podczas kazania wspomniał słowa Psalmu 23: ,,Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23, 4). Spojrzałem na wiszący w bocznej kaplicy obraz Miłosiernego Jezusa i poczułem w sobie coś, co mógłbym określić jako dotyk. Tak, jakby sam Jezus przechodził środkiem nawy i dotknął mego ramienia. To był czuły dotyk Jego Łaski. Ogarnęło mnie silne wzruszenie. Takie to są te nasze małe cuda powszednie, które dzieją się tu i teraz w naszym codziennym życiu. Dziękuję Ci Panie! Jesteś tak Wielki!
Ps.
Parę dni później gdy z żoną szykowaliśmy się już do spania Franek wszedł do naszej sypialni i zapytał się, czy możemy się wspólnie pomodlić. To był kompletny szok. Kiedyś, gdy nasze dzieci były małe co wieczór klękaliśmy wszyscy razem właśnie przy naszym łóżku i odmawialiśmy wieczorną modlitwę. Ten zwyczaj jednak skończył się dobre dziesięć lat temu. A teraz za sprawą naszego syna Franciszka znowu powrócił. To było niesamowite doświadczenie.

To tekst, który nie tylko się czyta, ale który zostaje pod skórą. Pięknie prowadzisz czytelnika przez coś, co trudno opisać, a jeszcze trudniej przeżyć świadomie – i właśnie dlatego ten wpis tak porusza. Twoje pisanie ma w sobie coś z modlitwy i coś z ludzkiej codzienności, przez co trafia w sedno. Ciekawi mnie – jak często dostrzegamy „dotyk łaski” w zwykłych sytuacjach, a jak często go przegapiamy? I czy potrafimy przyjąć ją wtedy, gdy wcale się jej nie spodziewamy?