Zatrute serce

Czasami, nawet przy szczerych chęciach czynienia dobra, można bardzo źle zacząć dzień. Stres pracą, pośpiech, zajęcie głowy dręczącymi myślami. Wystarczy jedna drobna iskierka w całej tej beczce wypełnionej środkami wybuchowymi i mamy gotową awanturę. Krzyk jest formą agresji, bardzo nieprzyjemnej zresztą w stosunku do tego, do kogo kierujemy naszą złość. Boli tym bardziej, jeżeli wyładowujemy tą całą złą energię na swoich najbliższych: współmałżonka, dzieci.

Dziś poniosło mnie i wykrzyczałem w krótkich słowach do mojego syna kłębiącą się we mnie złość na cały świat. Awantura o błahostkę, a moja reakcja zupełnie nieadekwatna do sytuacji. Myślę, że w tym momencie moje serce poczuło dotyk złego ducha. W tej jednej sekundzie zawahania miałem możliwość wypuścić powietrze i głęboko odetchnąć, albo wykrzyczeć całą złość. Wybrałem tę drugą opcję, bo była łatwiejsza, bardziej oczywista, łudząca nadzieją, że poczuję się lepiej. To przewrotne kłamstwo złego. Wcale nie poczułem się lepiej.

Dopiero później przyszła refleksja nad tym jak bardzo źle zacząłem ten dzień. Nawet nie miałem siły i ochoty na modlitwę, na wspólną modlitwę z żoną i dziećmi. Tak bardzo było zatrute moje serce. Bez pomocy Pana Boga nasze serca stają się łatwym celem na dotknięcie złego. Przekonałem się o tym wczytując się w dzisiejszy fragment Ewangelii (Łk 11, 15-26). Siły zła naprawdę gotowe są zawładnąć naszą duszą. Mówi o tym sam Pan Jezus. Dlatego bez modlitewnej tarczy jesteśmy bezbronni i bezwolni, targani jak liście na wietrze. Jeżeli nie zakotwiczymy naszej woli w Łasce Bożej nie będziemy mieli siły do walki ze złem. Musimy mieć tego świadomość w każdym momencie, w każdej chwili. Może to da nam siłę, by zacząć dobrze każdy dzień naszego życia tu na ziemi.

Zaszufladkowano do kategorii Małżeństwo, Pan Bóg, Rodzina | Dodaj komentarz

Panny roztropne

Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. (Mt 25, 1-13)

Co jest oliwą naszego życia, którą mamy mieć gotową na przyjście Pana? To rzeczywiście nie jest łatwe pytanie, na którym się od dłuższego czasu zastanawiam. Każdy z nas chciałby być jak te panny roztropne, bo znamy zakończenie tej przypowieści. Ale czy w naszym życiu nie jest jednak więcej panien nierozsądnych, panien po prostu głupich? Oczywiście, że jesteśmy bardziej jak owe panny, co głupio roztrwoniły oliwę do swoich lamp.
Rozważając ten fragment Ewangelii wydaje mi się, że te lampy symbolizują nasze życie, oliwą zaś jest Łaska Boża. Każdy z nas ludzi otrzymuje Boży dar w postaci Łaski i Miłosierdzia. Jesteśmy jednak malutkimi istotami, niecierpliwymi z natury, użalającymi się nieustanie nad swoim marnym losem i trwoniącymi bez opamiętania tym, co dostaliśmy od Boga. Czy umiemy pomnażać te dary, czy tylko bez refleksyjnie je marnować? Tak często zapominamy o istocie naszego życia, zapominamy o obecności Stwórcy, który zapowiedział, że kiedyś przyjdzie po nas. Żyjemy szybko, intensywnie, tylko dla siebie, dla swoich przyjemności. A kiedy Pan Młody przyjdzie by nas zaprosić na wesele może się okazać, że nasze lampy będą puste. Pogrążeni w ciemności nie odnajdziemy drogi na przyjęcie weselne. Będzie już za późno.
Co robić, by w naszej lampie nie zabrakło oliwy? Jak podtrzymywać płomień lampy? Na pewno trzeba żyć Łaską, dostrzegać ją i być za nią wdzięcznym Bogu. Każdego dnia. To nie jest łatwe, bo trzeba być cierpliwym i pokornym w sercu. Ale czyż to nie zacznie w nas wyrabiać cechy roztropności? Małymi kroczkami, dzień w dzień dzięki Bożej Łasce jesteśmy stale powołani do bycia roztropnymi, czyli tymi, którzy z radością zostaną przyjęci na wesele Pana.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Cierpliwe i miłosierne Serce

W ramach pogłębiania swojego życia duchowego w niedzielę otrzymałem nietypowe zadanie. Miałem odszukać w litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa jedno z wezwań i rozważać je przez cały dzień. Sięgnąłem po książeczkę do nabożeństwa i otworzywszy na stronie z litanią prawie od razu wiedziałem jakie wezwanie powinienem rozważać: ,,Serce Jezusa cierpliwe i wielkiego miłosierdzia – zmiłuj się za nami”.
Cierpliwość i Miłosierdzie – dwa przymioty Serca Jezusa wypowiadane pośród kilkudziesięciu innych wezwań. Wydawałoby się, że są tak oczywiste, tak pasujące do obrazu Jezusowego, że nie ma się co nad nimi głębiej zastanawiać. Tymczasem już drugi dzień chodzę z moim rozważaniem i wciąż je pogłębiam.
Wpierw próbowałem dotrzeć do sedna znaczenia obu słów. Cierpliwość w słowniku ma wiele znaczeń. Przede wszystkim to umiejętność znoszenia trudnych okoliczności, wytrwałość w obliczu opóźnień, czy tolerancja dla prowokacji. Jedno z określeń spodobało mi się najbardziej: wyrozumiałość wobec wysiłku. Cierpliwością musi wykazać się uczeń, który doskonali swoje nauki, sportowiec, który chce osiągnąć sukcesy. Cierpliwością musi się też wykazać rodzic wobec swego rozkapryszonego dziecka. Mówi się, że cierpliwość uczy pokory. To znaczy, że bycie cierpliwym ustawia człowieka w odpowiedniej formie w stosunku do bliźniego, do świata i jego prawideł. Cierpliwy jest też synonimem łagodności, spokoju, wyciszenia. A cóż oznacza cierpliwość w odniesieniu do opisu samego Pana Boga? Czy cierpliwy Bóg, to taki kochający rodzic, który patrzy z pokorą na swoje krnąbrne dzieci? Pewnie tak, bo cierpliwość wszystko znosi, jest tolerancyjna wobec jawnych prowokacji. Pan Bóg nie może się obrazić na swoje stworzenie, choć to właśnie ono często obraża się na Niego. Boża cierpliwość nie mogłaby istnieć bez Miłości. Bezgranicznej, bezwarunkowej Miłości. Cierpliwym może być tylko ten, kto prawdziwie kocha.
Czymże jest wobec tego miłosierdzie? Misericordia – miłe osierdzie, czyli serce. Definicja słownikowa mówi, że to aktywna forma współczucia wyrażająca się w konkretnym działaniu polegającym na bezinteresownej pomocy. Ten opis idealnie pasuje do określenia jakieś organizacji humanitarnej. Jednak Miłosierdzie w Bożym wydaniu jest tak naprawdę bezpośrednią reakcją na ludzką bezradność. W obliczu Pana Boga jesteśmy jak ślepe robaczki wijące się w swoich przyziemnych sprawach, trudach, brudach i grzechach. Tylko przez pryzmat Miłosierdzia samego Stwórcy nasza nędzna egzystencja nabiera znaczenia i sensu. W Miłosierdziu możemy doszukiwać się ratunku, pomocy, wyrwania ,,z dołu zagłady”. W aktywnej miłości Boga jest nasza nadzieja, bez niej sami nic nie możemy zrobić. Nasze uczynki miłosierdzia, okazywania dobra innym, bez Miłosierdzia Bożego nie mają siły i mocy zmieniającej oblicze ziemi.
Od początku świata Bóg okazuje swoją cierpliwość wobec ludzi, bo nas po prostu kocha. Będąc cierpliwym wybacza nam nasze sprzeniewierzenia. Okazuje swoje miłosierdzie, również dla tego, że nas kocha. Najwyższym aktem Miłosierdzia jakim wykazał się Stwórca wobec rodzaju ludzkiego było Wcielenie, Męka i Zmartwychwstanie Jego Syna. Dlatego możemy dziś wołać błagalnie: Serce Jezusa cierpliwe i wielkiego miłosierdzia – zmiłuj się za nami! Zmiłuj się, to znaczy okaż łaskę, czyli ujawnij wobec nas swoją Miłość. Już teraz, tu na ziemi, kiedy jej tak bardzo potrzebujemy. Okaż nam swoją łaskę i daj nam zbawienie. Jeżeli będziemy umieli to pojąć zrozumiemy, że tak naprawdę niczego więcej nam nie potrzeba.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Aby odczuli Twoją obecność

Niedawno z jednej z moich książek wypadł mi obrazek otrzymany kiedyś od misjonarzy Werbistów z Chludowa. Obrazek zawiera dwie modlitwy: poranną i wieczorną. Moją baczniejszą uwagę przykuły słowa modlitwy na nowy dzień. Przykleiłem sobie ten obrazek koło lustra w łazience, żebym rano, po przebudzeniu mógł się od razu modlić tymi słowami.
,,Panie w ciszy wschodzącego dnia przychodzę Cię błagać o pokój, mądrość i siłę. Pozwól mi dziś patrzeć na świat oczami przepełnionymi miłością. Pozwól być cierpliwym, wyrozumiałym, cichym i mądrym i nie ulegać pozorom. Pozwól widzieć Twoje dzieci tak, jak Ty sam je widzisz i dostrzegać w nich to, co dobre.
Daj mi taką życzliwość i radość, aby wszyscy, z którymi się dzisiaj spotkam odczuli Twoją obecność. I niech będę dla nich chlebem, jak Ty jesteś nim dla mnie każdego dnia”.

Myślę nie tylko o prośbie do Pana Boga o szczególne dary takie, jak pokój, mądrość i siłę, ale także i o odpowiedzialności jaką biorę na siebie każdego dnia. Jeżeli mam być świadkiem Chrystusa, to muszę żyć i postępować w ten sposób, aby inni, których spotykam odczuli JEGO obecność. Jak bardzo ważne jest uświadomienie sobie tej prawdy. Co z tego, że będę prosił o dobry dzień dla mnie, jeżeli ja sam z siebie nie będę przekazywał dobra innym. Bez czynienia dobra będę jedynie pustym człowiekiem. Modlę się co rano o życzliwość i radość i próbuję wcielać te słowa w życie. Przynajmniej mam ich świadomość. To mogą być naprawdę drobne gesty, serdeczny uśmiech do znajomego z pracy, uprzejme przywitanie się, chwila życzliwej rozmowy.
Ostatnio w sklepie przepuściłem w kolejce panią, która widać, że bardzo się spieszyła. Była tak bardzo zdziwiona moim gestem, że nawet nie podziękowała, tylko pobiegła szybko dalej. Ale widać było, że się ucieszyła.
Na stacji benzynowej panował spory ruch. Samochody podjeżdżały do dystrybutorów z różnych stron. Nieopatrznie zajechałem komuś drogę. Wysiadłem z samochodu i poszedłem przeprosić. W drugim samochodzie siedziała starsza siostra zakonna. Uśmiechnęła się i powiedziała, że nie ma sprawy, że nic się nie stało.
Byłem zmęczony po pracy i bardzo pragnąłem odpocząć, ale widząc, że moja nastoletnia córka cały dzień spędziła w domu zaproponowałem jej popołudniową wycieczkę na rowerach. Przejechaliśmy spory kawałek za miasto. Nasze wzajemne przebywanie ze sobą bardzo dobrze wpłynęło i na nią, ale i także na moje samopoczucie.
Moja żona zauważyła, że często wychodząc z pracy i spotykając się z nią nie uśmiecham się, tylko mam bardzo zmęczoną minę. Rzeczywiście, znużenie pracą powoduje, że zapominam o potrzebach najbliższych. Przyzwyczaiłem się, że oni są przy mnie, że już tak jakby „nie muszę się starać”. Ale przecież wystarczy tylko uśmiech, wystarczy chwila zainteresowania, rozmowy.
Panie spraw bym był chlebem dla moich bliskich i tych wszystkich, których mi podsyłasz na codziennej drodze, jak Ty nim jesteś dla mnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dzień Matki

Mam w tym roku szczególne uwrażliwienie na Nowennę Loretańską do Matki Bożej. Wiadomo, że miesiąc maj poświęcony jest nabożeństwom majowym. Postanowiłem codziennie, przez cały ten okres odmawiać litanię. Przyznać muszę, że z każdym kolejnym dniem zacząłem coraz bardziej dostrzegać piękno tej modlitwy, która dotychczas kojarzyła mi się z męczącym klęczeniem w kościele i zawodzeniem śpiewnym starszych parafianek. Kiedy modlę się sam w domu (nieraz podśpiewuje sobie włączając muzykę z YT) czuję bliskość Matki. To takie moje intymne, w zasadzie na granicy infantylizmu spotkanie z Matką z Nieba.
Moja rodzona mama już nie żyje. Tęsknię za nią, wciąż mi jej brakuje. Pamiętam jak byłem nastolatkiem, jak uciekałem z oburzeniem przed jej czułością, przed jej dotykiem. Chciałem być dorosły za wszelką cenę, chciałem być mężczyzną. Nie dostrzegałem wówczas, że przede wszystkim byłem jej synem, jej rodzonym dzieckiem, które ona kochała bezwarunkowo i zawsze. Dziś, gdy jej nie ma przy mnie żałuję tych straconych chwil i chciałbym się do niej przytulić by szeptać czule: moja matko, moja rodzicielko, moja opiekunko, pocieszycielko, powierniczko…
Czy odmawiając teraz litanię do Matki Bożej nie czynię tego samego? Pragnę przylgnąć do Matki Wszystkich Stworzeń i mówić najczulej jak potrafię, wzywając Jej świętych przymiotów. Patrząc w ten sposób na modlitwę odmawianą poprzez litanię widzę jak bardzo jej potrzebuję w swoim życiu. Oprócz Słowa Bożego z Ewangelii potrzebujemy codziennie też matczynego dotyku, poczucia, że jest ktoś, kto tak jak Ona, rozumie nas po ludzku. Przecież nie raz obiecywała nam ludziom, że jak się będziemy za Jej wstawiennictwem modlić do Jej Syna, to ona otoczy nas swoją matczyną miłością.
Wspomożycielka nasza, Pocieszycielka nasza, Orędowniczka nasz! Maryja!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Święty patron

,,Postawiono dwóch: Józefa, zwanego Barsabą, z przydomkiem Justus, i Macieja. I tak się pomodlili: „Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś, by zajął miejsce w tym posługiwaniu i w apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą”. I dali im losy, a los padł na Macieja. I został dołączony do jedenastu apostołów”. (Dz 1, 24-26)

Dziś przypada święto mojego patrona – Macieja Apostoła. W zasadzie mógłbym obchodzić imieniny, choć Maciej to moje drugie imię nadane mi podczas chrztu świętego. Zastanawiam się, czym kierowali się rodzice nadając mi takie imię na chrzcie? Czy wiedzieli kim był święty Maciej i że jest o nim zmianka w Piśmie Świętym? Mama zawsze mi mówiła, że to imię się jej podobało i dobrze kojarzyło. Czy tylko przez upodobanie do brzmienia imienia otrzymałem takiego świętego patrona? Pamiętam, że z dużym zdziwieniem dopiero w czasach licealnych odkryłem to, że święty Maciej był trzynastym apostołem, świadkiem zmartwychwstania Pana Jezusa.  Przyznam się, że bardzo rzadko modliłem się do mojego patrona, rzadko prosiłem o wstawiennictwo i opiekę. Świadomość Jego obecności w moim życiu była raczej znikoma.

Dziś jednak po porannej eucharystii naszła mnie refleksja. Jak bardzo moje życie podobne jest do losów tego świętego. Nigdy nie pchałem się w pierwsze szeregi wydarzeń, zawsze wolałem być jakby trochę z tyłu. Chciałem być świadkiem Ewangelii, ale takim bardziej z boku niż na świeczniku, takim w tłumie innych, a nie przy samym ołtarzu. Przyszedł jednak moment, gdzie  Opatrzność Boża wskazała wyraźnie na Macieja i sam Bóg wyciągnął go z tłumu, przed szereg. Jak powiedział święty Piotr trzeba było wybrać w miejsce Judasza kogoś, kto będzie świadkiem zmartwychwstania. Może i takie jest moje zadanie na przyszłość – być odważnym świadkiem w trudnych czasach.

Święty Macieju, mój niebiański patronie czuwaj nad moim życiem, otaczaj opieką i prowadź zawsze do Jezusa! Amen!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Nasycony

Poranna msza święta w kościele oo. dominikanów. Jestem tu, bo czułem silne wewnętrzne wezwanie, że muszę być. Muszę wstać wcześniej, muszę jechać do miasta, przed pracą… Tak czułem.

Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: „Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło”. (J 6, 11-12)

Kapłan po przeczytaniu słów Ewangelii pyta, czy zwróciliśmy uwagę na słowo ,,nasycili się”? Nie, tyle razy w życiu słyszałem opowieść o rozmnożenia chleba, ale nigdy nie pomyślałem o tym, że najważniejszą istotą tego Bożego cudu było danie łaknącemu człowiekowi łaski w nadmiarze. Bóg nigdy nie daje ,,próbek”, ale obdarza nas w nadmiarze.

W tym momencie pomyślałem o moim życiu. Rzeczywiście, jakże z perspektywy codziennego zabiegania, zatroskania umyka mi fakt spojrzenia całościowego na ogrom Bożej łaski jaka na mnie wciąż spływa. Myślę o kościele oo. dominikanów do którego zacząłem chodzić w czasach licealnych, prawie trzydzieści lat temu. To tu wtenczas zacząłem odczuwać ,,przytulenie” Boga Ojca, na porannych roratach adwentowych, na mszach ,,siódemkach”, na wieczornych mszach akademickich. Tu prosiłem usilnie mego Stwórcę o dobre życie, o odnalezienie swojego powołania. A On począł obdarzać mnie łaską w nadmiarze. Skończyłem studia i otrzymałem, choć niezbyt dochodową, to jednak ciekawą pracę ze wspaniałymi ludźmi. Dzięki temu dużo podróżowałem i poznawałem inne miasta w Polsce. Pan Bóg otoczył mnie dobrymi, wartościowymi przyjaciółmi i chronił przed tymi, którzy mogliby wnieść w moje życie destrukcje. Dał mi poznać wspaniałą kobietę, która zechciała zostać moją żoną, która chciała dzielić ze mną dalszą życiową drogę i obdarzyła mnie dwójką wspaniałych dzieci. Otrzymałem dar ojcostwa i to uczyniło mnie szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. Oczywiście nie wszystko w moim życiu tak idealnie się układało i wiele z pewnością było w tym czasie narzekań, utyskiwań, żalu i biedy. Jednak gdy dziś spojrzałem na ogrom Bożej Łaski przestałem myśleć o tym co boli i co bolało.

Pan Bóg mnie dziś rano wezwał do kościoła oo. dominikanów i przemówił przez słowa Ewangelii według świętego Jana: spójrz, to Ja dałem tobie to wszystko w nadmiarze i zaspokoiłem głód twojego żebrania o łaskę…

Dziękuję Tobie Panie za dzisiejszy poranek, za każdy poranek mojego życia. Życia z Tobą, w Twoim ,,przytuleniu”.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Przy stole

Rodzina objawia się przy stole. Skąd mi to przyszło do głowy? Sparafrazowałem słowa arcybiskupa Grzegorza Rysia, który powiedział kiedyś w kazaniu rekolekcyjnym do proboszczów, że parafia objawia się w niedzielę, podczas eucharystii, przy ołtarzu Pańskim.

Myślę o mojej rodzinie w której wychowujemy dwójkę niepokornych nastolatków zamkniętych w swoich smartfonowych światach. Co jeszcze nas łączy oprócz wspólnego przebywania pod jednym dachem? No właśnie – łączy nas stół w pokoju jadalnym i wspólne spożywanie posiłków. Codziennie jemy razem obiad, a w weekendy także i śniadania. Zasiadamy we czwórkę, jemy i rozmawiamy ze sobą. Niezwykła chwila prawdziwego bycia razem. Przy stole poruszane są ważne kwestie dotyczące bieżących zdarzeń, nadchodzących wydarzeń, czasem nostalgicznych wspomnień. Cieszy nas też to, że w przygotowaniu posiłków coraz większy udział mają właśnie nasze dzieci.

To nasze tworzenie rodziny przy stole nie wzięło się nagle i tak z natchnienia. Pielęgnowany zwyczaj wprowadzony został już od początku naszego małżeństwa. Centralnym miejscem tworzonego przez nas domu stał się stół. Po kupnie łóżka i lodówki nabycie stołu stało się dla nas nowożeńców najpilniejszą potrzebą. Gdy pojawiły się nasze dzieci uczyliśmy je i oswajaliśmy, że miejscem naszych rodzinnych spotkań jest stół w dużym pokoju. Tu spożywaliśmy wszystkie posiłki, przyjmowaliśmy gości, odrabialiśmy z dziećmi lekcje, graliśmy w gry, wspólnie się modliliśmy. Stół nas jednoczył i dzięki temu pozostał do dziś miejscem spotkań.

Dziś gdy nasze dzieci zaczynają się od nas stopniowo oddalać, szukając przestrzeni dla siebie próbujemy z żoną za wszelką cenę utrzymać poczucie rodzinnej jedności. Ten mały cud zjednoczenia następuje codziennie, na krótko przy obiedzie. Jesteśmy wtedy razem. Właśnie przy stole objawia się w pełni nasza rodzina.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Małżeństwo, Rodzina | Dodaj komentarz

Spełnienie

Ćwierć wieku temu pisałem wiersze. Przez pewien czas wydawało mi się, że mogę być poetą i to takim, który tworzy coś znaczącego. Były konkursy i nawet jakieś nagrody. Wygrałem III edycję ogólnopolskiego konkursu poetyckiego ,,Ikarowe strofy”. Wtedy poraz pierwszy moje wiersze zostały opublikowane. Potem było niszowe czasopismo kulturalne, jakiś wieczór autorski. I to było wszystko, co osiągnąłem. Mrzonki wieku dorastania z których szybko się przebudziłem. Czas miniony do którego już nie chciałem wracać… aż tu nagle moja piętnastoletnia córka pyta się mnie w sobotę, czy mogę jej pokazać jakiś mój wiersz. Na zajęciach teatralnych w liceum mają zinterpretować dowolny utwór poetycki. Zosia postanowiła wybrać coś z mojej twórczości. Dałem jej moją pierwszą publikację, a ona sama wybrała utwór.

Dziś były zajęcia i Zosia wprawiła wszystkich w zdumienie czytając ,,Pierwszy lot” – nagrodzony wiersz z konkursu ,,Ikarowe strofy”. To było największe wyróżnienie dla mnie i spełnienie. Po zapomnianą już przez wszystkich twórczość sięgnęła moja pierworodna i z dumą zaprezentowała ją na forum swojej klasy. Nic więcej mi dziś nie potrzeba. Najwyższy stopień uznania. Ogromne wzruszenie.

Pierwszy lot

Tato uczył mnie latać

zbierał gęsie pióra kleił do ramion

synu patrz kasztany kwitną już czas

pisałem zmyślone strofy kolejny wiersz

niezgrabny jak brzydkie kaczątko

stawałem na palcach dachu domu

otwierałem usta z zachwytu płakałem

synu patrz wieża kościoła już czas

pierwszy lot

upadek

gdy leciałem bezwiednie w dół

ufna dłoń mnie dźwignęła

spojrzałem w górze była twarz

małego człowieczka

mój Tato

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Bliskość

Poranek 31 grudnia, ostatni dzień roku. Czas na podsumowania. Modląc się rano w kościele oo. dominikanów przyszła mi jedna niesamowita myśl. Co tak naprawdę było dla mnie najważniejsze w mijającym roku? Owszem, tych wydarzeń trochę się zebrało i jest za co dziękować Panu Bogu. Ale tym najważniejszym zdarzeniem okazała się niespodziewana bliskość Pana Boga.

Czas pandemii zaskoczył nas wszystkich i napędził sporo strachu. W marcu w okresie wielkiego postu wprowadzono ograniczenia dotyczące gromadzenia się wiernych w kościołach. Nasza parafialna świątynia opustoszała. To wtedy proboszcz zwrócił się do mnie o pomoc w posłudze przy ołtarzu. Po blisko trzech dekadach wróciłem do służby liturgicznej. Z wielkim przejęciem przyjąłem ten niespodziewany zaszczyt bycia podczas Najświętszej Ofiary tak blisko ołtarza. Bardzo duchowo przeżyłem i święta Wielkiej Nocy i Boże Narodzenie.

Dziś podczas porannej modlitwy w wielkim wzruszeniu zrozumiałem jak wielkim darem w tym roku obdarzył mnie sam Pan Bóg. W tych trudnych czasach ofiarował mi swoją bliskość. Czyż można prosić o więcej?

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Msza święta | Dodaj komentarz