Nic większego

Dziś w święto Niepokalanego Poczęcia Maryi miałem sposobność uczestniczenia wraz z żoną w porannej mszy świętej podczas rorat. Wcześnie rano pojechaliśmy do miasta, do kościoła, by zdążyć na nabożeństwo jeszcze przed rozpoczęciem pracy.

Zanim cokolwiek zacząłem dziś robić wpierw był stół eucharystyczny. Zanim o cokolwiek zacząłem się martwić na stole eucharystycznym objawił mi się Pan Jezus. Zanim podjąłem normalny trud dnia Pan Jezus w komunii świętej już był ze mną, w moim sercu.

Patrzyłem na moment przeistoczenia. Wpatrywałem się w hostię, wierząc głęboko, że w tym momencie wpatruję się w oblicze samego Pana Boga. To był największy i najwspanialszy fragment z całego dnia. Nic już nie będzie w tym dniu większego. Nic nie przebije swoją rangą tej jednej niesamowitej chwili. Obcowanie z Panem Bogiem.

Czasami zamartwiam się tym, co mnie ma czekać w danym dniu. Zadania związane z pracą, wypełnianie obowiązków domowych, załatwianie przeróżnych spraw i radzenie sobie z nieoczekiwanymi problemami. Jednak gdy zaczynam dzień od wpatrywania się w oblicze Boga Żywego nie muszę się już o nic martwić. Ten jeden moment daje mi siłę i wiarę, że nie ma nic, co by ten moment przerosło. Pan Bóg rozprasza wszelkie mroki nocy.

Zaszufladkowano do kategorii Msza święta, Pan Bóg | Dodaj komentarz

Raport z teraźniejszości

 

Łykam dwie krople nadziei

rano przed śniadaniem

i dwie przed snem w kieliszku

– ponoć są dobre na ból serca

 

lubię dłubać palcem w pierzastej chmurze

robiąc dziurkę na promień słońca

boski teatr światłocieni

uświęca moje fantazje z dzieciństwa

 

wędrując horyzontem drogi

lękam się dotknąć jej końca

by nie spaść w otchłań

pytań bez odpowiedzi

 

siadam więc przy stole i piszę

bo słowo uwiera niestrawione

a potem zamykam list w kopercie

nie chcąc pamiętać za czym tęsknię

 

Ps.

żyję

wciąż jeszcze mi się chce

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dotyk Łaski

Kiedy mój syn Franek w szkole podstawowej z własnej, nieprzymuszonej woli został ministrantem byłem przeszczęśliwy. Wierzyłem, że jego życie opierać się będzie na silnych podstawach wiary. Bliskość ołtarza mogła wpływać na głębsze i bardziej świadome budowanie jego relacji z Panem Bogiem. Ja swoją służbę ministrancką zakończyłem trzy dekady temu. Mimo to miałem takie ciche marzenie, że może kiedyś się zdarzy, że oboje będziemy służyć przy ołtarzu. Tylko my dwoje: ojciec i syn. Przez całą karierę ministrancką Franka w naszej parafii taki przypadek zdarzył się zaledwie raz jedyny. Trochę przez przypadek.

Po bierzmowaniu nowiutką, ledwo co kupioną przeze mnie albę ministrancką Franek wrzucił do szafy i zaczął coraz bardziej oddalać się od Kościoła. Wreszcie tuż po osiemnastce w ogóle przestał uczęszczać na niedzielną mszę świętą. Źle się też zaczęło dziać w jego własnym wewnętrznym świecie. Przeżywał psychiczne doły i wpadał w stany depresyjne. Było to przyczyną naszego z żoną ogromnego zatroskania, a przy tym smutku,  bólu i poczucia rodzicielskiej klęski. Zaczęliśmy się intensywnie modlić o uzdrowienie naszego syna, o łaskę nawrócenia. W swoim sercu prosiłem Miłosiernego Pana Jezusa, by w tych ciężkich chwilach przytulił Franciszka do Swego Serca, by dotknął go Swoją miłością. Miałem swoją wieczorną modlitwę i kiedy on już spał stawałem przed zamkniętymi drzwiami jego pokoju i udzielałem mu mojego, rodzicielskiego błogosławieństwa.

Nie wiem, czy pod wpływem tych modlitw, czy w wyniku psychoterapii, której poddał się nasz syn w ostatnim czasie zaszła w nim głęboka, acz stopniowa przemiana. Franek zaczął coraz więcej czasu spędzać z nami, rodzicami. Otworzył się na rozmowę, a w ostatnich tygodniach zaczął z nami chodzić w niedzielę na mszę świętą. Zaznaczył jednak, że robi to tylko dla nas, żeby nas zadowolić.

Wczorajsza niedziela była jednak inna. Justyna musiała rano jechać do swojego ojca, a ja zostałem z naszymi dziećmi w domu. To sam Franek zaproponował mi, że chciałby ze mną jechać do miasta, do kościoła na mszę. Chciał odwiedzić swojego księdza katechetę z liceum. Zgodziłem się natychmiast. Nawet msza święta, podczas której wiele lat temu oboje służyliśmy przy ołtarzu, nie przyniosła mi tak silnego wzruszenia, jak ta wczorajsza eucharystia. Siedzieliśmy obok siebie w ławce, a ja kątem oka widziałem, że mój syn się modli. Naprawdę, modlił się żarliwie!

Ksiądz podczas kazania wspomniał słowa Psalmu 23: ,,Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23, 4).  Spojrzałem na wiszący w bocznej kaplicy obraz Miłosiernego Jezusa i poczułem w sobie coś, co mógłbym określić jako dotyk. Tak, jakby sam Jezus przechodził środkiem nawy i dotknął mego ramienia. To był czuły dotyk Jego Łaski. Ogarnęło mnie silne wzruszenie. Takie to są te nasze małe cuda powszednie, które dzieją się tu i teraz w naszym codziennym życiu. Dziękuję Ci Panie! Jesteś tak Wielki!

Ps.

Parę dni później gdy z żoną szykowaliśmy się już do spania Franek wszedł do naszej sypialni i zapytał się, czy możemy się wspólnie pomodlić. To był kompletny szok. Kiedyś, gdy nasze dzieci były małe co wieczór klękaliśmy wszyscy razem właśnie przy naszym łóżku i odmawialiśmy wieczorną modlitwę. Ten zwyczaj jednak skończył się dobre dziesięć lat temu. A teraz za sprawą naszego syna Franciszka znowu powrócił. To było niesamowite doświadczenie.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, modlitwa, Msza święta | Jeden komentarz

Cud życia

Wczorajsze święto Zwiastowania Najświętszej Marii Pannie jest także Dniem Świętości Życia. To właśnie tego dnia zaczyna się modlitewne dzieło adopcji dziecka poczętego. Za przykładem mojej żony co roku przyłączam się do dziewięciomiesięcznej modlitwy różańcowej w intencji ratowania życia nienarodzonych. Trwam w tej modlitwie już piętnaście lat. Początkowo modliłem się w intencji ratowania dzieci zagrożonych aborcją. Chciałem wierzyć, że moja modlitwa ratuje czyjeś konkretne życie. Dziś patrzę na to w szerszym kontekście. Warto modlić się o każde poczęte życie, nie tylko to zagrożone chęcią wymazania problemu, ale też i to chciane, wytęsknione, które czasami ledwo się tli.

Wczoraj podczas uroczystej mszy świętej w naszej parafii wróciło mi wspomnienie z początków naszego małżeństwa, kiedy to usilnie pragnęliśmy zostać rodzicami. Okazało się, że rodzicielstwo to przede wszystkim dar, a nie gotowy produkt, który można sobie w dowolnym momencie włożyć do zakupowego koszyka naszego życia. Z jakże wielkim utęsknieniem czekaliśmy na poczęcie pierwszego dziecka. Jak wiele było w nas wówczas nadziei, ale też i lęków, obaw, a nawet chwil zwątpienia. Tym bardziej wzrastała w nas świadomość współpracy z Łaską Bożą.

W końcu modlitwy zostały wysłuchane. Na świat przyszła nasza ukochana córeczka Zosia. Dokładnie rok później Pan Bóg postanowił zafundować nam niespodziewany bonus w postaci narodzin syna – Franciszka. Wielka była nasza radość i wdzięczność Stwórcy za okazane miłosierdzie. Jednak jak szybko się o tym zapomina. Życie pędzi dalej, a my już nie pamiętamy, jak wielkim cudem zostaliśmy obdarzeni. Dlatego wczorajsze przypomnienie na nowo wzruszyło moje sumienie.

Mógłbym poddać się zniechęceniu, odpuścić sobie. Kolejny rok i kolejne dzieło duchowej adopcji. Po co mi ta kolejna mobilizacja? Czy to ma jeszcze sens? Cóż, i takie myśli mnie wczoraj nachodziły. Jednak w kontekście przypomnienia o cudzie narodzin naszych dzieci uświadomiłem sobie, jak bardzo ta modlitwa jest mi potrzebna. Będę do końca życia dziękował Bogu Stwórcy za dar rodzicielstwa, za dar ojcostwa i dar życia dwójki moich dzieci. Będę się modlił o świętość ich życia. Prośbą i dziękczynieniem. Przede wszystkim –  dziękczynieniem.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, modlitwa, Rodzina | Dodaj komentarz

Mój przyjaciel Józef

Wspomnienie Świętego Józefa jest jednym z najbardziej wytęsknionych i oczekiwanych przeze mnie świąt w kalendarzu liturgicznym. Tak się złożyło, że od prawie trzydziestu lat postać Świętego Józefa stała się w moim życiu bardzo ważna i istotna. Wszystko zaczęło się od służbowych wyjazdów do Wrocławia. Pracowałem wówczas w wydawnictwie i co roku w drugiej połowie marca musiałem jeździć na targi książki akademickiej. Mój hotel, w którym przez kilka dni nocowałem, usytuowany był w pobliży kościoła oo. dominikanów. Ponieważ poranki miałem wolne coś mnie ciągnęło do tej świątyni. Tak zacząłem chodzić na akademickie poranne msze święte. Terminarz targów zbiegał się za każdym razem z dniem Świętego Józefa. I tak o to co roku we Wrocławiu uczestniczyłem w obchodach tego święta.

Jako młody chłopak po studiach tkwiłem w wielkiej niepewności co do kierunku w jakim powinno zmierzać moje życie. Wiele pytań, niepewności, lęków. Jakie jest moje powołanie, czy podjąłem dobrą decyzję o pracy zawodowej, czy będę w stanie założyć rodzinę? Powoli zaczęło do mnie docierać, że te wszystkie sprawy, moje wahania i wątpliwości powinienem powierzyć właśnie Świętemu Oblubieńcowi Maryi. Mijały kolejne lata, a moje życie zaczęło się zmieniać. Rzeczy, które wydawały mi się nieosiągalne zaczęły nagle nabierać realnych kształtów. Udało mi się założyć szczęśliwą rodzinę, zostałem ojcem, zmieniłem pracę. Przestałem jeździć w marcu do Wrocławia, ale Święty Józef został ze mną już na całe życie. Czekam niecierpliwie każdego roku na datę 19 marca. Modlę się do Świętego Józefa jak do dobrego przyjaciela z którym znam się od tak dawna. W trudnych chwilach i sytuacjach wiem do kogo mogę się zwrócić z prośba o pomoc. Najważniejsze jest to, że mój Przyjaciel nigdy mnie nie zawodzi. I to jest niesamowite!

Jego Matka rzekła do Niego: „Synu, czemu nam to uczyniłeś? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Lecz On im odpowiedział: „Czemu Mnie szukaliście? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. (Łk 2, 48-50)

W dzisiejszym czytaniu ewangelicznym uderzyło mnie słowo ,,oni”. Maryja i Józef złączeni miłością małżeńską i powołaniem rodzicielskim stali się jednością. Oni. Razem szukali Jezusa, razem wrócili do Jerozolimy, razem gubili się w domysłach i próbowali zrozumieć, to co Syn miał mi do przekazania. A On po powrocie do Nazaretu był im posłuszny. Bardzo wzruszyły i dotknęły mnie dziś te słowa. Pomyślałem sobie o własnym małżeństwie. Kiedy i ile razy myślę o nim jako ,,my”. Wiele rzeczy robimy z żoną wspólnie: jeździmy razem do pracy, jemy wspólnie posiłki, spędzamy razem czas wolny, wypełniamy obowiązki rodzicielskie, modlimy się, śpimy. Ale czy w tym wszystkim zdaję sobie sprawę, że tak na prawdę nie jestem już ,,ja” i ,,ona”, tylko ,,My”? Czy to co robię, robię dla siebie, czy jednak dla nas? Czy umiem kochać i darzyć szacunkiem żonę, tak jak czynił to Józef? Chciałbym być taki jak On – opiekun i skała. Fundament świętej rodziny. Chciałbym, choć doskonale zdaje sobie sprawę jak jest w rzeczywistości.  Jednak przy całej mojej niedoskonałości, popełnianych błędach wierzę, że tak jak Jezus trwał w posłuszeństwie przy swoich rodzicach, tak i teraz On ze swoją miłością trwa przy mnie. Nawet gdy wciąż mi daleko do wzorca Świętego Opiekuna.

Przytulam się dziś do mojego przyjaciela Józefa. Wierzę w Jego święte wstawiennictwo, a przede wszystkim niemal namacalnie doświadczam Jego obecności w moim małżeńskim i rodzinnym życiu.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Rodzina | Dodaj komentarz

Constans

Mam wrażenie, że żyję ostatnio w dużym napięciu przekładającym się niestety na rozdrażnienie, opryskliwość, czasem zaś w rezygnację i apatię. Po śmierci ojca utraciłem jakiś wewnętrzny spokój i poczucie stabilności. Trochę tak, jakbym został bez kapitana na statku przemierzającym ocean. Nie widzę lądu, a dopłynąć jakoś trzeba. Brak mi doświadczonego przewodnika, który zawsze, nawet podczas największych sztormów wiedział co robić. Teraz zostałem sam, biorąc w pełni odpowiedzialność za losy całkiem dużego i wiekowego statku zwanego Rodziną.

Dryfujemy gdzieś ku przyszłości, ku lądowi zwanemu Ziemią Obiecaną. Załoga trochę się buntuje, ma różne wizje i nie zawsze zgadza się ze mną co do obranego kierunku. Poza tym kapitan nie zniknął bez śladu zostawiając za sobą sporo spraw do ogarnięcia i załatwienia. Jest takie powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Szczęścia może nie, ale na pewno dużą dozę spokoju. A tego mi teraz brakuje. W zasadzie jednego i drugiego.

Trochę mi ostatnio nie wychodzi to moje kapitanowanie w Rodzinie. Nie potrafię sprostać oczekiwaniom i chyba zawodzę moją załogę. Ucieczka i zamykanie się w kajucie własnego, wewnętrznego świata chyba nie jest najlepszym lekarstwem na wyjście z kryzysu. Statek przecieka, bo zarażam depresyjnym nastrojem.

Jest jednak jedna stała w moim życiu. Jest takie miejsce, przestrzeń gdzie wszystkie ciężary i bolączki unoszą się lekko ku niebu jak dziecięce balony. Uzmysłowiłem to sobie dziś podczas porannej eucharystii. Stanięcie pod krzyżem Zbawiciela jest moim constansem. Tu nie muszę niczego udawać, nie mam nic do ukrycia. Stoję w prawdzie przed Jezusem i już wiem, kto jest moim najlepszym Kapitanem. Przez tę jedną chwilę uczestnictwa w eucharystycznym misterium nie mam lęków, nie mam strachu, żadnych obaw. Czuję się prawdziwie kochany. Ogarnia mnie silne wzruszenie.

Potem wychodzę z kościoła, wracam do świata. Jest jeszcze rano, przede mną cały dzień. Znów zalewa mnie bezkresny ocean. Znów nie widzę lądu, a statek niebezpiecznie kołysze po wzburzonych falach…

Zaszufladkowano do kategorii Msza święta, Rodzina | Jeden komentarz

Cierniem ukoronowanie

Pan Jezus przyjmując mękę zbawczą dał się ukoronować koroną cierniową. Oprócz fizycznego bólu głowy było to też swoiste poniżenie, wyszydzenie, które miało dotknąć psychicznej strony Skazanego. Stąd rozważając tą tajemnicę podczas odmawiania różańca w każdy wtorek i piątek często modlę się za osoby dotknięte psychicznym udręczeniem.

Pamiętam, jak wiele lat temu podczas mojej pieszej pielgrzymki do Częstochowy na istotę tajemnicy różańcowej „cierniem ukoronowanie Pana Jezusa” zwrócił uwagę pewien kapłan głoszący wówczas wędrowne rozważania. Ból głowy to nie tylko synonim fizycznego, ale także i psychicznego cierpienia. Osoby przeżywające różne choroby o podłożu neurologiczno-psychicznym mają swój punkt odniesienia w różańcowych tajemnicach. Pan Jezus też cierpiał psychiczne męki, a Jego ofiara łączy się z cierpieniem wszystkich chorych.

Wtenczas ten przekaz interpretacyjny jakoś bardzo obrazowo do mnie dotarł. Moja mama chorowała na chorobę Alzheimera. Jej stan świadomości stale się pogarszał. Nie było nadziei na poprawę. Pozostawała tylko modlitwa. Właśnie ta modlitwa, ta część różańca. Ona była mi wówczas siłą i wsparciem. Była nadzieją już nie dla życia doczesnego, ale na zbawienie. Pokładałem ufność w Boże Miłosierdzie, że moja tracąc bezpowrotnie kontakt z rzeczywistością mama jest pod czułą opieką Tego, który sam przeżywał najgorsze męki na krzyżu.

Po śmierci mamy modliłem się za moją drugą mamę, teściową, która również został dotknięta cierpieniem zapomnienia naznaczonym tą samą chorobą Alzheimera. Później dowiedziałem się o chorobie psychicznej mojego przyjaciela z czasów liceum. Przemek cierpiał przez wiele lat walcząc z kolejnymi nawrotami choroby. Nie wiedziałem, że jego wola życia osłabła w pewnym momencie do tego stopnia, że poddał się i nie miał już siły stawiać czoła przyszłości. Modliłem się za niego, za jego ,,cierniem ukoronowanie”. Dziś wierzę, że zarówno Przemka, jak i teściową tuli do siebie Pan Jezus. Oboje są z nim po drugiej stronie.

Obecnie odmawiając tę tajemnicę różańca modlę się za wszystkie osoby dotknięte depresją, zniechęceniem i smutkiem. Niestety nie brak takich osób nawet w gronie moich najbliższych. Wiem też i z własnego doświadczenia jak trudne są to stany emocjonalne, jak okrutnie ciężkie towarzyszą temu myśli. Zwykłe słowa pociechy i zachęty ,,weź się w garść” nie na wiele się tu zdają i raczej nie pomagają. Wiem natomiast, że modlitwa ma silną moc sprawczą, a eucharystia wręcz uzdrawiającą. Modlę się więc o promień nadziei, o Boże Natchnienie, o siły do walki i podniesienia się z choroby. Modlę się do Tego, który przyjął cierń korony i niósł ból w sobie. Wszystko po to, żeby ostatecznie pokonać śmierć i otworzyć nam drogę ku zbawieniu.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa | Jeden komentarz

Ojcze nasz

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: „Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów” (Łk 11, 1)

Korzystając z daru jakim jest eucharystia próbujemy w fizyczny sposób dotknąć samego Boga. Przyjmujemy pod postacią chleba ciało Zbawiciela – Jezusa, Syna Bożego, który  ofiarował się za nasze grzechy. Uświadomienie sobie tego w pełni jest fundamentem naszej wiary. Nie ma nic bardziej głębszego, wspanialszego i wznioślejszego jak istotowe zjednoczenie się z Jezusem podczas komunii świętej. On sam nas zachęcał do tego mówiąc: ..bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje” (Mt 26, 26). Jednak nim nastała ta ostatnia wieczerza i dopełniła się ofiara Syna Bożego uczniowie Jego prosili by nauczył ich się modlić. Wtedy to zostały przekazane słowa najważniejszej modlitwy w historii ludzkości – Modlitwy Pańskiej. Pan Jezus oprócz pamiątki Ostatniej Wieczerzy  zostawił nam w swoim ziemskim testamencie słowa, jakimi mamy się modlić bezpośrednio do naszego Ojca – Boga Stwórcy.

Dlatego dziś to tak bardzo ważny moment włączony do stałego fragmentu każdej mszy świętej. Odmawiając modlitwę ,,Ojcze nasz” modlimy się słowami samego Jezusa. Tak jak On nazywamy naszego Stwórcę – Ojcem i wychwalając Jego święte Imię prosimy o to, co jest najważniejsze: o nastanie Bożego pokoju, o przebaczenie, o pokarm dający nam życie, o ochronę przed pokusami złego i abyśmy dostąpili zbawienia.

Modlitwa Pańska zbliża nas do Jezusa. Modlimy się razem z Nim tymi samymi słowami przygotowując się do zarówno duchowego, jak i fizycznego zjednoczenia, które następuje chwilę później podczas komunii świętej.

Ekscytujący moment… Modlić się tymi samymi słowami, którymi modlił się Jezus. Uświadamiając to sobie czuję jak jeszcze bardziej zbliżam się do Niego i jak bardzo tej bliskości tęsknię i pożądam.

Nytyqadash shmokh, thithe melkuthokh, nehuwe sebyonokh, ajkano debyshmajo

Of bar’o habylan lahmo dysunqunan jawmuno ushybuqylan hawbayn uhatuhayn

Ajkano dofa hanan shbaqyn lhajubajn lo tha’lan lysyjono ejlo fasulan

Men bisho metul dylokhi malkutho uhailo uteshbahtho l’olam olmin amin.

(Tekst Modlitwy Pańskiej w języku aramejskim – zapis fonetyczny)

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Msza święta | Dodaj komentarz

Pozwolić odejść

W przedostatni dzień lipca zmarł mój tato. Zmagam się ze słowem ,,zmarł” i próbuję zrozumieć jego dosłowny sens. Mówi się tak ładnie, że ten co zmarł ,,odszedł do Pana”, albo dla tych bliżej świętości, że ,,odeszli do domu Ojca”. Jeszcze bardziej poetycko można powiedzieć, że ten ktoś ,,zakończył ziemską wędrówkę”. Wszystko to są tylko określenia, które mają złagodzić nasze poczucie pustki i milczenia po stracie najbliższej nam osoby. Jakbym nie zaklinał rzeczywistości, to i tak osoby mojego taty fizycznie już z nami nie ma. Nastąpił nieodwracalny koniec, zamknęły się karty historii pewnego życia.

Tata umierał w szpitalu. Było już z nim tak źle, że przez ostatnie pięć dni swego życia praktycznie nie było z nim kontaktu. Wraz z moją jedyną siostrą czuwaliśmy przy tacie na zmianę na tyle, ile mogliśmy. Patrzyłem na jego nieprzytomną twarz i zdawałem sobie sprawę, że on już odchodzi, że to jest tylko kwestia czasu. Modliliśmy się przy nim, wspólnie ze szpitalnym kapelanem. ,,Bądź wola Twoja…” – wybrzmiewały w moich uszach słowa Modlitwy Pańskiej. Nie chciałem, żeby na siłę, wszystkimi dostępnymi medycznymi metodami sztucznie podtrzymywano tacie jego ledwo tlące się życie. Lekarze i tak nie widzieli większej szansy na jego powrót do pełnego zdrowia. Z tatą od kilku miesięcy było coraz gorzej, a jego stan zdrowia fizycznego i psychicznego przypominał ostry zjazd bez trzymanki z wysokiej góry. Jego wola życia słabła z każdym tygodniem. Dlatego w szpitalu wpatrując się w nieprzytomne oblicze mojego osiemdziesięcioletniego taty  w cichej modlitwie prosiłem Miłosiernego Boga o dobrą dla niego śmierć.

Powiedziałem mojemu tacie, że pozwalam mu odejść. On już i tak zdawał się być jedną nogą w wieczności. Powiedziałem mu, żeby się nie bał nas zostawić, że potrafimy już zadbać o siebie, o nasze rodziny, o nasze dzieci. Chciałem, żeby się przestał martwić, żeby jego świadomość wędrowała już ku spotkaniu ze Stwórcą. Tata oddał ostatnie tchnienie we wtorek pod wieczór, w piątym dniu pobytu w szpitalu.

Nie było mi smutno, nie rozpaczałem. Czekałem na ten moment i przyjąłem go z dużym spokojem i zrozumieniem. Tata odszedł, bo tak chciał, bo szykował się do tej najważniejszej i ostatniej w swoim życiu drogi. Modlę się za niego, życząc mu dostąpienia łaski Bożego Miłosierdzia. Modlę się, by na nią w pełni zasłużył. Wierzę, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Spotkam się z nim i mamą. Obym i ja tak, jak oni oboje zasłużył sobie na tak spokojne i naturalne przejście na drugą stronę, ku wieczności.

 

Pierwszy lot

 

Tato uczył mnie latać

zbierał gęsie pióra i kleił do ramion

synu patrz kasztany kwitną

już czas

 

a ja pisałem zmyślone strofy

kolejny wiersz niezgrabny jak brzydkie kaczątko

na dachu domu stawałem na palcach

otwierałem usta z zachwytu

płakałem

synu patrz wieża kościoła

już czas

 

pierwszy lot

upadek

 

a gdy leciałem bezwiednie w dół

ufna dłoń mnie dźwignęła

spojrzałem

w górze była twarz małego człowieczka

mój Tato

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Piękno kontemplacji

„Będą patrzeć na Tego, którego przebili” (J 19,37)

Dziś w święto Najświętszego Serca Pana Jezusa dzień zacząłem od podróży samochodem z moim synem Franciszkiem. Podwoziłem go do szkoły. To on pierwszy zaczął rozmowę od stwierdzenia, że medytacja też może być formą modlitwy i on w ten sposób próbuje się ostatnio modlić do Pana Boga. Przyznałem mu rację. Zacząłem mówić o zakonach kontemplacyjnych, o różnych formach adoracji w ciszy. Na końcu obaj doszliśmy do wniosku, że to wcale niełatwa forma modlitewna, wymagająca czasu i skupienia.

Później podczas uczestnictwa w porannej eucharystii zastanawiałem się nad dzisiejszym przesłaniem z Ewangelii: ,,Będą patrzeć na Tego, którego przebili”. Przecież to właśnie zapowiedź kontemplacji krzyża, wpatrywania się w znak zbawienia, adoracji Najświętszego Serca Pana Jezusa z którego spływają na nas zdroje łaski.

Tyle się teraz mówi o krzyżu i jego obecności w naszym życiu. Zdumiewa mnie jak wielu osobom zaczyna ten znak przeszkadzać, jak próbują usunąć go z przestrzeni życia publicznego. Pamiętam jak z bólem serca odkryłem, że nawet mój syn próbował kiedyś zdjąć krzyżyk znad drzwi swojego pokoju. Tłumaczył się pokrętnie, że niby gwóźdź słabo trzymał. Jestem z pokolenia, które w czasach komunistycznych śpiewało w kościele: ,,nie zdejmę krzyża z mojej ściany, choć by mi umrzeć trzeba”. Gdy to śpiewałem miałem ciarki na całym ciele i wilgotniały mi oczy ze wzruszenia. Przypominam sobie też czasy liceum i moje samotne wędrówki po mieście. Nieraz szukając wyciszenia i natchnienia wstępowałem do starego kościoła by w całkowitej ciszy wpatrywać się w wielki krucyfiks wiszący nad ołtarzem. Czy to już wtedy była moja pierwsza modlitwa kontemplacyjna?

Wydaje mi się, że o wiele łatwiej przeżywam adorację podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu niż podczas kontemplacji krzyża na przykład w czasie mojej wieczornej modlitwy. Wpatrywanie się w Hostię pozwala mi się skupić, zrozumieć, że to jest właśnie ten specjalny czas na moje pełne oddanie się Bogu, na to, by wszystkie myśli skierować ku niemu. W oktawie Bożego Ciała miałem trzykrotnie możliwość niesienia baldachimu podczas procesji wokół kościoła. Szedłem tak blisko Pana Jezusa. Miałem go w monstrancji niemalże na wyciągnięcie ręki. To były prawdziwie wzruszające chwile.

Wpatrując się w Chrystusa wzmacniam moją wiarę. Tak naprawdę nie wiem, czy w tym momencie korzystam ze zdrojów łaski, czy otrzymuję błogosławieństwo. Wiem jednak jedno, że czuję bliskość, czuję utulenie, czuję opatrznościową opiekę i jest mi z tym szalenie dobrze. W czasie kontemplacji spływa na mnie spokój i pewność, że to jest to miejsce, ten czas w którym czuję się kochanym.

Patrzenie na krzyż jest też swojego rodzaju współuczestniczeniem naszym w cierpieniu Bożego Syna. To współuczestnictwo oznacza też, że Pan Jezus chce wejść w nasze cierpienia i problemy z którymi się zmagamy. Może dzięki tej świadomości łatwiej jest nam znosić nasze umęczenie.

Dziękuję Panie Jezu za Twój krzyż.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa | Dodaj komentarz