Constans

Mam wrażenie, że żyję ostatnio w dużym napięciu przekładającym się niestety na rozdrażnienie, opryskliwość, czasem zaś w rezygnację i apatię. Po śmierci ojca utraciłem jakiś wewnętrzny spokój i poczucie stabilności. Trochę tak, jakbym został bez kapitana na statku przemierzającym ocean. Nie widzę lądu, a dopłynąć jakoś trzeba. Brak mi doświadczonego przewodnika, który zawsze, nawet podczas największych sztormów wiedział co robić. Teraz zostałem sam, biorąc w pełni odpowiedzialność za losy całkiem dużego i wiekowego statku zwanego Rodziną.

Dryfujemy gdzieś ku przyszłości, ku lądowi zwanemu Ziemią Obiecaną. Załoga trochę się buntuje, ma różne wizje i nie zawsze zgadza się ze mną co do obranego kierunku. Poza tym kapitan nie zniknął bez śladu zostawiając za sobą sporo spraw do ogarnięcia i załatwienia. Jest takie powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Szczęścia może nie, ale na pewno dużą dozę spokoju. A tego mi teraz brakuje. W zasadzie jednego i drugiego.

Trochę mi ostatnio nie wychodzi to moje kapitanowanie w Rodzinie. Nie potrafię sprostać oczekiwaniom i chyba zawodzę moją załogę. Ucieczka i zamykanie się w kajucie własnego, wewnętrznego świata chyba nie jest najlepszym lekarstwem na wyjście z kryzysu. Statek przecieka, bo zarażam depresyjnym nastrojem.

Jest jednak jedna stała w moim życiu. Jest takie miejsce, przestrzeń gdzie wszystkie ciężary i bolączki unoszą się lekko ku niebu jak dziecięce balony. Uzmysłowiłem to sobie dziś podczas porannej eucharystii. Stanięcie pod krzyżem Zbawiciela jest moim constansem. Tu nie muszę niczego udawać, nie mam nic do ukrycia. Stoję w prawdzie przed Jezusem i już wiem, kto jest moim najlepszym Kapitanem. Przez tę jedną chwilę uczestnictwa w eucharystycznym misterium nie mam lęków, nie mam strachu, żadnych obaw. Czuję się prawdziwie kochany. Ogarnia mnie silne wzruszenie.

Potem wychodzę z kościoła, wracam do świata. Jest jeszcze rano, przede mną cały dzień. Znów zalewa mnie bezkresny ocean. Znów nie widzę lądu, a statek niebezpiecznie kołysze po wzburzonych falach…

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki dorosłych już dzieci. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Msza święta, Rodzina. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź do Constans

  1. Marek893 pisze:

    Bardzo poruszający i pełen emocji wpis. Pięknie oddaje poczucie zagubienia i ciężaru odpowiedzialności, a jednocześnie pokazuje, jak ważne jest znalezienie oparcia w wierze. Metafora kapitana i statku świetnie oddaje wewnętrzny kryzys, a opis momentu w kościele dodaje tekstowi głębi i nadziei. Mocny, szczery tekst, który skłania do refleksji nad własną drogą i tym, co daje nam prawdziwy spokój.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *