Wspomnienie Świętego Józefa jest jednym z najbardziej wytęsknionych i oczekiwanych przeze mnie świąt w kalendarzu liturgicznym. Tak się złożyło, że od prawie trzydziestu lat postać Świętego Józefa stała się w moim życiu bardzo ważna i istotna. Wszystko zaczęło się od służbowych wyjazdów do Wrocławia. Pracowałem wówczas w wydawnictwie i co roku w drugiej połowie marca musiałem jeździć na targi książki akademickiej. Mój hotel, w którym przez kilka dni nocowałem, usytuowany był w pobliży kościoła oo. dominikanów. Ponieważ poranki miałem wolne coś mnie ciągnęło do tej świątyni. Tak zacząłem chodzić na akademickie poranne msze święte. Terminarz targów zbiegał się za każdym razem z dniem Świętego Józefa. I tak o to co roku we Wrocławiu uczestniczyłem w obchodach tego święta.
Jako młody chłopak po studiach tkwiłem w wielkiej niepewności co do kierunku w jakim powinno zmierzać moje życie. Wiele pytań, niepewności, lęków. Jakie jest moje powołanie, czy podjąłem dobrą decyzję o pracy zawodowej, czy będę w stanie założyć rodzinę? Powoli zaczęło do mnie docierać, że te wszystkie sprawy, moje wahania i wątpliwości powinienem powierzyć właśnie Świętemu Oblubieńcowi Maryi. Mijały kolejne lata, a moje życie zaczęło się zmieniać. Rzeczy, które wydawały mi się nieosiągalne zaczęły nagle nabierać realnych kształtów. Udało mi się założyć szczęśliwą rodzinę, zostałem ojcem, zmieniłem pracę. Przestałem jeździć w marcu do Wrocławia, ale Święty Józef został ze mną już na całe życie. Czekam niecierpliwie każdego roku na datę 19 marca. Modlę się do Świętego Józefa jak do dobrego przyjaciela z którym znam się od tak dawna. W trudnych chwilach i sytuacjach wiem do kogo mogę się zwrócić z prośba o pomoc. Najważniejsze jest to, że mój Przyjaciel nigdy mnie nie zawodzi. I to jest niesamowite!
Jego Matka rzekła do Niego: „Synu, czemu nam to uczyniłeś? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Lecz On im odpowiedział: „Czemu Mnie szukaliście? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. (Łk 2, 48-50)
W dzisiejszym czytaniu ewangelicznym uderzyło mnie słowo ,,oni”. Maryja i Józef złączeni miłością małżeńską i powołaniem rodzicielskim stali się jednością. Oni. Razem szukali Jezusa, razem wrócili do Jerozolimy, razem gubili się w domysłach i próbowali zrozumieć, to co Syn miał mi do przekazania. A On po powrocie do Nazaretu był im posłuszny. Bardzo wzruszyły i dotknęły mnie dziś te słowa. Pomyślałem sobie o własnym małżeństwie. Kiedy i ile razy myślę o nim jako ,,my”. Wiele rzeczy robimy z żoną wspólnie: jeździmy razem do pracy, jemy wspólnie posiłki, spędzamy razem czas wolny, wypełniamy obowiązki rodzicielskie, modlimy się, śpimy. Ale czy w tym wszystkim zdaję sobie sprawę, że tak na prawdę nie jestem już ,,ja” i ,,ona”, tylko ,,My”? Czy to co robię, robię dla siebie, czy jednak dla nas? Czy umiem kochać i darzyć szacunkiem żonę, tak jak czynił to Józef? Chciałbym być taki jak On – opiekun i skała. Fundament świętej rodziny. Chciałbym, choć doskonale zdaje sobie sprawę jak jest w rzeczywistości. Jednak przy całej mojej niedoskonałości, popełnianych błędach wierzę, że tak jak Jezus trwał w posłuszeństwie przy swoich rodzicach, tak i teraz On ze swoją miłością trwa przy mnie. Nawet gdy wciąż mi daleko do wzorca Świętego Opiekuna.
Przytulam się dziś do mojego przyjaciela Józefa. Wierzę w Jego święte wstawiennictwo, a przede wszystkim niemal namacalnie doświadczam Jego obecności w moim małżeńskim i rodzinnym życiu.
