Wspólnota

Wczoraj zdarzył się w naszym domu mały cud. W związku z epidemią koronawirusa ludzie zaczynają panikować i dużym niepokojem odczytują informacje przekazywane przez media. Pojawia się też naturalna potrzeba modlitwy w intencji wszystkich chorych. Wczoraj przez wiadomości sms-owe dotarła do nas prośba o wspólną modlitwę różańcową o godzinie dwudziestej. I tu właśnie zdarzył się ów cud rodzinny. Wieczorem cała nasza czwóreczka uklękła zgodnie przed obrazem Matki Bożej i zmówiła wspólnie tajemnicę chwalebną różańca i Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Znów, jak za dawnych lat, gdy nasze dzieci były jeszcze małe modliliśmy się całą rodziną. To obrazek, który chciałbym, żeby nasze dzieci miały go zawsze w swoim sercu – wspomnienie modlącej się wspólnie rodziny. Jednoczy nas modlitwa!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mądrość

Kto spośród was jest mądry i rozsądny? Niech wykaże się w swoim nienagannym postępowaniu uczynkami spełnianymi z łagodnością właściwą mądrości. (Jk 3, 13)

Sytuacja, która przytrafiła mi się w sobotę wieczorem nie przestaje mnie bawić aż do teraz. Wraz z Justyną byliśmy na balu organizowanym przez Radę Rodziców w szkole do której chodzą nasze dzieci. Podczas balu, na którym bawiło się około 250 osób spotkałem mojego kolegę Rafała z którym chodziłem do szkoły podstawowej. Nie widzieliśmy się w zasadzie przez trzy dekady. Rafał bardzo się ucieszył na mój widok, a że był lekko podchmielony wyściskał mnie ,,na misia” i nie wiedząc zapewne co powiedzieć spytał:

– Co porabiasz? Nadal jesteś mądry?

Widząc moje zdziwienie Rafał brnął dalej:

– Ale powiedź mi, nadal jesteś mądrym człowiekiem, jak w podstawówce?

Zacząłem się śmiać i śmieję się nadal na to wspomnienie. W szkole nie byłem geniuszem, ani kujonem, ale zależało mi na dobrych ocenach i starałem się mieć wysoką średnią. Zależało mi na dobrym wykształceniu i chyba moi ówcześni koledzy z klasy przez pryzmat moich ambicji właśnie w ten sposób mnie oceniali.

Chociaż pytanie, o to czy nadal jestem mądry rozbawiło mnie, to jednak w kontekście dzisiejszego Słowa Bożego musiałbym zrobić sobie mały rachunek sumienia. Bo cóż znaczy dziś być mądrym człowiekiem? Czy możliwość zdobycia wiedzy, bycia specjalistą w danej dziedzinie nadaje komukolwiek prawo do takiego określenia. Poczucie swojej wyjątkowości może zbytnio uderzyć w egoistyczną nutę. Stąd niedaleko jest już do bycia przemądrzałym. A może mądrym jest ten, kto wykaże się swoimi uczynkami, dobrymi uczynkami? Mądrym jest ten, kto mądrze postępuje. Jak pisze święty Jakub: mądrość … jest przede wszystkim czysta, skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy.

Myślę, że mam w sobie taką nieustającą tendencję do szukania ugody, porozumienia. Nie lubię konfliktów, sporów i stawiania sprawy na tak zwanym ,,ostrzu noża”. Niektórzy określają to jako moją słabość charakteru, albo wadę. Ale taka jest już moja natura. Nie jestem typem wojownika. Może to dlatego, że źródłosłów mego imienia Sławomir wskazuje na ,,męża sławiącego mir, czyli pokój”. Wiem jednak, że unikanie konfliktów nie zawsze idzie u mnie w parze ze skłonnością do zbytnich ustępstw, posłuszeństwa i ochotą do przebaczenia. I w tym względzie nie dorastam jeszcze do miana mądrego człowieka. Łaknę miłosierdzia, sam go jednak często skąpiąc.

Chciałbym, aby kiedy przyjdzie pora, ludzie patrząc na moją trumnę w dniu pogrzebu mówili, że to był dobry, mądry człowiek. Może nie dostąpił zaszczytu otrzymania tytułów naukowych, ale żył i postępował mądrze. Żeby jednak na takie miano sobie zasłużyć wciąż muszę nad tym pracować, wciąż muszę się starać. Każdego dnia, w każdej chwili.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Walentynki

W piątek obchodziliśmy Walentynki, czyli ogólnopolskie, mocno już skomercjalizowane  szaleństwo ukazywania w sposób jawny lub bardziej skryty kogo to się kocha. Wobec tego szaleństwa trudno przejść obojętnie lub je zwyczajnie zignorować. Chcąc, nie chcąc zaczynasz w tym uczestniczyć…

W tym roku moi najbliżsi dostali ode mnie po tabliczce czekolady ze specjalnymi dedykacjami, a  Justyna przygotowała dla nas uroczysty piątkowy obiad w postaci sushi. Wspólnie umówiliśmy się też na sobotni wieczór na spacer do miasta i na wyjście do kina na ciekawy film spoza nurtu obowiązującego w multipleksach. W piątek jednak, nas rodziców najbardziej interesowało to, jak nasze dzieci przeżyły walentynki w szkole. Czy dostały od kogoś serduszka? Zosia przy obiedzie przyznała się, że dostała jedną walentynkę od tajemniczej osoby, która napisała ,,lubię cię”. Nadawcą okazała się być młodsza siostra najlepszej koleżanki Zosi z klasy. To było dość wzruszające wyznanie. Poza tym, jak udało się nam jeszcze ,,wycisnąć” informację z Zośki, dostała czekoladkę od swojego  kolegi z sąsiedniej klasy, który ją niedawno zaprosił na bal ósmoklasistów na zakończenie roku szkolnego. Franek zbył milczeniem nasze dociekania, jak to było w jego klasie. Sprawiał wrażenie, że okazywanie uczuć innym osobom w jego wieku jest jak najbardziej nie na miejscu.

Najbardziej wzruszająca rzecz w Walentynki czekała na nas wieczorem przed snem. Zosia przygotowała specjalne serduszka i poprzyklejała je w różnych miejscach. W łazience wisiało przypomnienia ,,umyjcie ładnie ząbki”, przy łóżku była poduszka z napisem ,,klęczniczek”, a na naszych poduszkach w sypialni serduszko ,,Kocham Was, jesteście emeizon!” (sic!) Franek też dostał walentynkę od swojej siostry: ,,zawsze możesz na mnie liczyć”.

Okazywać uczucia można na różne sposoby, przy różnych okolicznościach. Nie trzeba do tego specjalnego święta. A jednak jest coś wzruszającego w takim naocznym i namacalnym geście wykonanym pod naszym adresem ze strony kogoś, kto cię kocha. I może właśnie dlatego dobrze, że są te Walentynki!

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Małżeństwo | Dodaj komentarz

Znosić jedni drugich

Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! (Kol 3, 12-13)

Widzę jak wiele jest we mnie żalu do osób, które w jakiś tam sposób mnie zraniły, albo dotknęły przez swoje zobojętnienie. Noszę w sobie owo brzemię, które nie łatwo mi porzucić, z którym jakoś słabo sobie radzę. Hoduję w sobie moje małe żale.

Jakiś czas temu spotkały mnie pewne przykrości ze strony znajomych osób. Ktoś mnie obraził, ktoś inny wygarnął mi w niezbyt pochlebnych słowach co o mnie myśli. Żal zaczął kiełkować. To nawet nie obraza, nie złość, tylko cichy, powolny żal, który trafił na dobrą glebę mego złego samopoczucia. Wiem, że powinienem oblec się w miłosierdzie, wybaczając z czasem osobom, które mnie skrzywdziły, jednak moja hodowla wciąż się rozrasta i nie łatwo będzie ją teraz wyrugować z serca.

Straszne to brzemię, że nie raz musimy znosić jedni drugich. Są takie osoby, do których jednak ciężko jest podejść z miłością braterską. Jak mówi przysłowie, gdy podasz mu palec, to on zabierze ci całą rękę nie dając nic w zamian. Najlepiej być od takich osób z daleka.  I właśnie wtedy, gdy zaczynasz ich unikać słyszysz, że zamykasz się w ,,swojej sferze komfortu”, by uciec od problemów. Zarzut!

To prawda, że niektórych osób unikam skupiając się wyłącznie na problemach mojej rodziny. Nie chcę żyć czyimś, obcym mi życiem, gdy przy sobie mam sporo własnych spraw do rozwiązania. Może, gdybym widział zaangażowanie w relacje i zainteresowanie z drugiej strony, te nasze relacje byłby bardziej przyjacielskie. A tak nie jest. Stąd może właśnie bierze się ów żal, że ktoś mnie niesłusznie ocenia i obwinia.

Nie dojrzałem jeszcze do wybaczenia. Żale mają się dobrze i jakoś nie dociera do nich pawłowe pouczenie. Jeszcze nie teraz.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Zachwyt

Przed świętami Bożego Narodzenia mam wrażenie, że funkcjonuję w dwóch różnych rzeczywistościach. Jedna z nich to szał zakupowy w zatłoczonych centrach handlowych i cały ten zgiełk przedświąteczny. Kakofonia dźwięków Christmas songów, tłumy zagonionych ludzi goniących za czasem, za okazją, za promocją, nieustanne korki na ulicach i parkingach. Mało w tym wszystkim serdeczności, uśmiechu, dostrzegania drugiego człowieka.

Druga rzeczywistość objawia mi się na akademickich roratach u dominikanów. Już przed szóstą rano wypełnia się cała świątynia. Czasami nawet brakuje miejsca. Dominują młodzi ludzie, młody Kościół. Z ciemności poranka rodzi się jasność bijąca z setek świec woskowych. Z ciszy nocy unosi się spokojny, równy śpiew pieśni adwentowych. Czas oczekiwania, skupienia, serdeczności. Ludzie podają sobie ręce, uśmiechają się do siebie. Po godzinie kończy się sprawowana msza święta. Na ulicy jest jeszcze ciemno, ale już widać blask poranka. Tłumy młodych ludzi wychodzą z kościoła na miasto. Idą w świat zacząć nowy dzień. Patrzę na ich twarze. Jacy oni są piękni!

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Msza święta | Dodaj komentarz

Siła uśmiechu

Od kilku tygodni załatwiam dokumenty w starostwie powiatowym. Podziwiam ludzi, którzy muszą pracować w takim urzędzie. Setki klientów, spraw, ciągły ruch, hałas. Wywoływany numerek do stanowiska, petent, sprawdzanie dokumentów, pieczątka, podpis, kolejny numerek, kolejny petent… i tak przez kilka godzin. Trudno zapamiętać czyjąś twarz. A jednak… Gdy byłem w urzędzie 6 grudnia, po wypełnieniu i złożeniu odpowiednich formularzy podziękowałem pani, która przyjmowała ode mnie dokumenty i z uśmiechem życzyłem jej miłego święta Mikołajek. Spojrzała wtedy na mnie zdziwiona, ale odwzajemniła uśmiech. Dziś po dziesięciu dniach znów byłem w starostwie i załatwiałem kolejną sprawę. Była inna pani w okienku. Jednak w pewnym momencie przeszła przez korytarz pani, która obsługiwała mnie 6 grudnia. Mimo iż na sali znajdowało się wielu klientów odwróciła się specjalnie do mnie i z uśmiechem na twarzy przywitała się:

– Dzień dobry panu.

Zapamiętała mnie. Siła jednego uśmiechu, który nie kosztuje wiele wysiłku, a daje tak dużo drugiej osobie. Uśmiechajmy się częściej do siebie na wzajem!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Siła modlitwy

Prosimy nieustająco o namacalne znaki Bożej opieki nad nami. Wciąż modlimy się o różne rzeczy, prosimy o wstawiennictwo, o ułożenie się trudnych spraw. Nieraz modlimy się długo, uporczywie, a czasem sporadycznie, jakby od niechcenia, bez nadziei. W wielu rzeczach wydaje się nam, że Pan Bóg nie wysłuchuje naszego błagania. Ale są też i takie momenty w życiu, że doznajemy olśnienia. Nasza modlitwa została wysłuchana i spełniona. Cud!

Takiego cudu doświadczyłem wczoraj. Głęboko na sercu leżała mi pewna sprawa finansowa. Mam zobowiązanie do uregulowania do końca miesiąca. W związku z tym zapadła rodzinna decyzja o sprzedaży naszego starego samochodu. Samochód jest już mocno wysłużony, ale zadbany i w pełni sprawny. Niestety na umieszczone w internecie ogłoszenie zaczęli się zgłaszać się sami handlarze używanymi samochodami, którzy oferowali mocno zaniżone stawki. Ktoś nawet ofiarował mi zamianę samochodu na używanego iphona. Przez parę dni miałem niespokojne noce i bałem się, że nie uda mi się sprzedać samochodu w dobre ręce. Modliłem się o pomyślne załatwienie tej trudnej dla mnie sprawy.

W poniedziałek dostałem natchnienia. Choć ważność badania technicznego samochodu kończy się dopiero za miesiąc uznałem, że dla dobra przyszłego właściciela powinienem załatwić kolejne badanie już teraz, żeby wyeliminować ewentualne wątpliwości co do sprawności pojazdu. W stacji diagnostycznej okazało się, że muszę wymienić skorodowane sprężyny z tylnego zawieszenia. Kosztowało to paręset złotych i martwiłem się, że muszę ponosić taki koszt przed sprzedażą. Wtedy moja żona powiedziała coś bardzo mądrego: jeżeli modlę się o uczciwego kupca, to sam muszę być uczciwy i zadbać o to, by po sprzedaży ktoś nie doznał przeze mnie przykrości.

Może ta naprawa i uczciwe postawienie sprawy było sygnałem dla nieba? Tego nie wiem, ale gdy tylko wróciłem z warsztatu odezwał się natychmiast telefon i zadzwoniła pewna pani, która powiedziała, że bierze mój samochód od razu za żądaną przeze mnie kwotę. Pani była bardzo uszczęśliwiona i twierdziła, że właśnie takiego samochodu szukała. Wieczorem u niej w domu dopełniliśmy formalności i ze spokojem sumienia mogłem przekazać samochód w dobre ręce.

Dla mnie to wydarzenie miało znamiona małego cudu. Stało się coś, o co gorliwie się modliłem. Stało się to nagle i w zupełnie zaskakujący sposób. Może tak jest, że dobrzy ludzie jakoś wyczuwają się na odległość, że trafiają na siebie. Pan Bóg nad tym wszystkim czuwał.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Pan Bóg | Jeden komentarz

Jego łaskawość nad nami potężna

Alleluja.
Chwalcie Pana, wszystkie narody,
wysławiajcie Go, wszystkie ludy,
bo Jego łaskawość nad nami potężna,
a wierność Pańska trwa na wieki.   (Ps.117)

Czas adwentu nierozerwalnie kojarzy mi się z akademickimi roratami u dominikanów. To także dobry czas na spowiedź, a wiadomo, że dominikanie spowiadają najlepiej. Skorzystałem więc z tej sposobności i w poczuciu solidnie odbytego sakramentu pojednania opuściłem konfesjonał z zadziwiającą pokutą. Miałem przeczytać psalm 117. Jakież było moje zdziwienie, gdy po otwarciu Pisma Świętego odkryłem, że zadany mi psalm jest najkrótszym z rozdziałów biblijnych i zawiera jedynie cztery linijki tekstu. W pierwszej chwili myślałem, że spowiednik się pomylił, albo ja źle usłyszałem. Co to za pokuta przeczytać jedno zdanie wychwalające Pana? A jednak, nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej żebym tak długo rozważał i przeżywał jakąkolwiek zadaną mi wcześniej pokutę. Nie poprzestałem tylko na przeczytaniu psalmu i radosnym okrzyku: Alleluja i do przodu! Zacząłem szukać w internecie interpretacji tego tekstu (m.in. wyjaśnienia o. Adama Szustaka w cyklu audycji ,,Plaster miodu”). Przez głowę zaczęło przechodzić mi całe mnóstwo rozważań.

Skoro psalm 117 był  zadany mi jako pokuta zawartą w nim treść powinienem odnieść przede wszystkim do siebie.  I tu dopiero zacząłem odkrywać ogromną głębie tych kilku słów. W jaki sposób ja wychwalam mego Boga? Czy robię to codziennie, w każdej chwili mego życia? Czy dostrzegam Bożą obecność w moim życiu, w sytuacjach które mnie spotykają? Czy potrafię wychwalać Boga w zdarzeniach trudnych, przykrych dla mnie, w problemach z którymi ciężko mi sobie poradzić? Te pytania zawstydzają mnie, bo nie umiem odpowiedzieć na nie pozytywnie. Jak mało jest we mnie postrzegania obecności Boga w moim życiu. Wydaje się tylko, że On jest obecny chwilowo, rano i wieczorem przez pięć minut modlitwy, raz w tygodniu w niedzielę podczas mszy świętej. A w międzyczasie jest zajęty innymi ważnymi sprawami tego świata. To błąd mojego postrzegania i wciąż ogromne pole do duchowej gimnastyki.

Druga część psalmu zawstydza mnie jeszcze bardziej. Przyzwyczaiłem się do myślenia, że Bóg Miłosierny odpuszcza nam grzechy i po sprawie. Stało się to prawie bezrefleksyjnym rytuałem. Idę co jakiś czas do konfesjonału, mówię co leży mi na sercu i co mnie przygniata, puk, puk i jestem wolny. Carte blanche i można żyć dalej! Nie zdaję sobie do końca sprawy jak potężne jest Boże przebaczenie. Nie raz obrażam się na kogoś za drobne rzeczy i długo chowam urazę. Ciężko przychodzi mi zapominanie o krzywdach i niesprawiedliwościach jakie mi ktoś wyrządził. Tymczasem Bóg odpuszcza moje przewinienia i niewierności bezwarunkowo, natychmiast. Czy już za ten sam fakt nie należy wysławiać i wychwalać Boga? Jego miłość do człowieka jest porażająca, przeogromna i trudna do pojęcia. Dlatego może chowamy się za rytuałem, żeby to jakoś ,,przetrawić”, po ludzku przyjąć do świadomości.

Od pewnego czasu podczas robienia rachunku sumienia zadaję sobie jedno podstawowe pytanie. Skoro tyle razy w życiu wołam z nadzieją ,,Jezu ufam Tobie!”, to powinienem odwrócić adresata i zapytać się: ,,Jezu, czy Ty możesz ufać mi?” I tu już dosłownie płonę ze wstydu raz trzeci. Wierność Pana trwa na wieki. Jest nieskończona. Skoro przebacza natychmiast nie może chować urazy. I tak wciąż na okrągło. Wyznaję moje grzechy i przewinienia, obiecuję poprawę, a później  znów grzeszę. A Pan Bóg znów mi przebacza. Fakt, staram się być lepszy, staram się żyć z coraz większą świadomością obecności Boga Stwórcy w moim życiu. Ale i tak mam poczucie, że wciąż krążę na odległej orbicie, niczym malutki Pluton w stosunku do słońca, jakim jest Boże Miłosierdzie. Dlatego wciąż powinienem wychwalać Pana, wysławiać Go na wszelkie sposoby. Choćby świadectwem mojego życia! Amen!

Zaszufladkowano do kategorii Miłosierdzie Boże, modlitwa | Dodaj komentarz

Bliskość bliskich

Wczoraj w nocy przyśnił mi się ksiądz Tomasz, który ponad trzydzieści lat temu był moim katechetą, a później opiekunem w czasach gdy zostałem ministrantem. Był moim pierwszym autorytetem i w pewnym sensie pierwszym przewodnikiem duchowym. Przez ten sen poczułem, że muszę odwiedzić tego kapłana i powiedzieć mu, jak wiele znaczyła jego osoba w moim życiu, jaki miała wpływ na moją duchową drogę rozwoju.

Nie widziałem się z nim od czasu, gdy jako wikary opuścił moją rodzinną parafię i został przeniesiony do innego miasta. Minęło ponad trzydzieści lat i zastanawiałem się, czy on będzie mnie jeszcze pamiętał. Zabrałem dzieci i pojechałem dziś w niedzielę na mszę świętą do parafii w której ksiądz Tomasz został proboszczem. Miałem szczęście bo odprawiał mszę świętą, podczas której udzielany był sakrament chrztu. Poczułem silne wzruszenie gdy zobaczyłem siwiejącego już księdza Tomasza przy ołtarzu. Głos jednak pozostał ten sam, jego empatia i serdeczność również. Obserwowałem z jakim namaszczeniem i serdecznością podchodził do młodych rodziców, którzy przynieśli swoje dziecko do kościoła by prosić o chrzest. Patrząc na księdza w myśli układałem sobie wszystko to, co będę chciał mu powiedzieć. Z dużymi nadziejami podszedłem do zakrystii po mszy i czekałem na spotkanie po latach. Ksiądz Tomasz wyszedł i wpadł prawie w moje ramiona.

– Króluj nam Chryste! – zawołałem tak, jak to zawsze robiłem trzydzieści lat temu, gdy byłem ministrantem.

Ksiądz Tomasz spojrzał na mnie zdziwiony i minął mnie bez słowa. Podbiegłem za nim i przypomniałem  swoje nazwisko.

– A, pamiętam ciebie. Wybacz, ale spieszę się.

Na tym skończyło się spotkanie z moim autorytetem z dzieciństwa. W pierwszej chwili zrobiło mi się trochę przykro. Nie tak wyobrażałem sobie naszą rozmowę. Nie było wzruszenia, wyznań i wspomnień. Po prostu proza życia. Dopiero gdy wyszedłem z kościoła dotarło do mnie, że tak na prawdę nie mam się o co obruszać. To dla mnie ksiądz Tomasz był autorytetem, to dla mnie miało znaczenie spotkanie z nim. Ja jestem jedynie jednym z setki dzieciaków, które ksiądz spotkał w swoim życiu. Widocznie nie zapisałem się znacząco w jego pamięci.

Tak naprawdę najważniejsze w całym tym zdarzeniu było to, że były przy mnie moje dzieci Zosia i Franciszek, że oboje wybrali się ze mną na tę sentymentalną dla mnie wycieczkę. To oni są moim największym szczęściem, moją dumą i nadzieją. Ja swoje dzieciństwo już przeżyłem, miałem szczęście, że na swej drodze spotkałem kogoś takiego jak ksiądz Tomasz. Ale to są tylko moje wspomnienia, moje odczucia. A życie jest tu i teraz. Moi bliscy, moja rodzina są dla mnie najważniejsi i to u nich szukam oparcia w codzienności. Nie mogę mieć pretensji, że ktoś tam nie miał dla mnie czasu, że nie okazałem się dla kogoś znaczącą osobą. Czas muszę mieć przede wszystkim dla moich bliskich: żony, dzieci i to im jak najwięcej mam go poświęcać. Bo to oni są dla mnie najważniejsi, a ja jestem dla nich kimś ważnym. A sny niech sobie płyną w podświadomości…

 

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Siła trwania w miłości

Ostatnio z żoną mieliśmy ciekawą rozmowę na temat roli modlitwy i wiary w Boga w naszym małżeństwie. Jesteśmy ze sobą już ponad szesnaście lat. Jak w każdym związku bywało u nas różnie, czasem radośnie, a czasem mniej znośnie.  Nigdy jednak żadne z nas nie poddało w wątpliwość sensu naszego małżeństwa. Trwamy przy sobie, bo łączy nas nie tylko wspólne konto w banku, ale przede wszystkim miłość oparta na głębokiej wierze w Boga.

Podczas naszej rozmowy doszliśmy oboje do wniosku, że ludziom, którzy swój los pokładają w Opatrzności Bożej jest jakby lżej żyć na tym świecie. W przeciwieństwie do kilku znanych nam osób, nie patrzymy na nasze minione życie, jak na zmarnowane szanse.  Owszem, nie przelewało nam się w małżeństwie, nie mieliśmy możliwości korzystania z pełni życia, podróżowania po świecie, rozwijania się towarzysko, realizowania własnych pasji i zainteresowań. Ciężka praca, wychowywanie dwójki dzieci, zmaganie się z szarą codziennością obowiązków rodzicielskich, domowych. A jednak żadne z nas nie narzeka (przynajmniej nie głośno). Jesteśmy razem, bo jest z nami Pan Bóg. Wszystkie troski, żale, nasze nadzieje i prośby zanosimy do Niego. W Nim też pokładamy nadzieję. Dzięki temu już nie raz w naszym życiu doświadczyliśmy Bożej interwencji, jasnego wskazania co do dalszego działania i postępowania.

Na naszych ślubnych obrączkach kazaliśmy sobie wygrawerować sentencję: Jezu ufam Tobie. Te trzy słowa są kwintesencją naszego małżeństwa. Stąd właśnie bije siła naszej miłości i nadzieja na przyszłość. Wiara umacnia nas, a wspólna modlitwa jest jak zaprawa łącząca i stabilizująca  fundament naszego związku. Niedzielna eucharystia i stała obecność Chrystusa w naszych sercach to recepta na udany związek. Od pięciu lat prowadzimy razem z żoną spotkania dla narzeczonych w ramach katechez przedmałżeńskich. Staramy się nie wymądrzać przez cytowanie podręczników i suchych pouczeń. Dla nas spotkanie z parami narzeczonych do przede wszystkim okazja do dawania świadectwa z naszego życia. Może dzięki temu uda nam się trafić z przekazem Dobrej Nowiny do tych, którzy mają nadzieję na stworzenie najbardziej udanego związku małżeńskiego.  Oby tej nadziei nigdy nie utracili, co zawsze na koniec katechez im życzymy. Sobie oczywiście też.

Zaszufladkowano do kategorii Małżeństwo, modlitwa, Pan Bóg | Dodaj komentarz