Dziś w niedzielę 27 października moja Zosieńka skończyła czternasty rok życia. Niby kolejne urodziny, refleksja, że ukochana córka jest coraz starsza, coraz bardziej samodzielna. Niby naturalna kolej rzeczy… A jednak wciąż i nieodmiennie zadziwia mnie cudu jej istnienia. Nasza pierworodna, wymodlona, wyczekiwana Zofia Faustyna. Czternaście lat temu w czwartkowe, pochmurne popołudnie w sali porodowej szpitala miejskiego wydarzył się największy cud w moim życiu. Zostałem ojcem. Duma objawiająca się prawdziwymi łzami szczęścia, ale też i niedające spokoju pytanie: czy podołam?
Kolejny obrazek z historii ojcostwa to moment przywiezienia ze szpitala mamy i malutkiej istotki do naszego domu. Czekali na nas goście, najbliższa rodzina. Każdy chciał zobaczyć i powitać na tym świecie nowego członka rodziny. Ale kiedy wszyscy wyszli zostaliśmy sami, nasza trójeczka: mama, ja i nasza Zosieńka. Wtedy jeszcze silniej wzrosła obawa, co mamy robić, jak zadbać o to kruche jeszcze, wątłe życie? Nikt nas tego nie nauczył, nikt nas do tej roli nie przygotował.
Mijały kolejne tygodnie, które z wielkim mozołem przemieniały się w miesiące. Zosieńka dawała nam do wiwatu. Wpierw problemy z karmieniem, potem wysypka skórna, ciągłe płacze i niespokojne noce. Minęło siedem miesięcy gdy nasza córka po raz pierwszy bez budzenia i płaczu przespała całą noc. Ciągłe wizyty u lekarzy różnych specjalności, nocne bieganie do apteki w poszukiwaniu mleka hipoalergicznego i nieustanne zmęczenie z niedospania i ciągłego noszenia Zosieńki na rękach. A kiedy po roku wydawało nam się, że teraz będziemy mieli już z górki, na świat przyszedł nasz synek Franek. I historia zaczęła się powtarzać. Ale przeszliśmy przez to wszystko, zdaliśmy egzamin.
Jeszcze jedna scena głęboko tkwi w mojej pamięci. Wizyta w prywatnym gabinecie lekarza neurologa i diagnoza: córka ma objawy poronnego porażenia mózgowego. Dlatego jest taka niespokojna i ma w sobie wewnętrzne napięcie. To będzie rzutować na jej przyszły rozwój zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Będzie mogła mieć wadę postawy i problemy z nauką w szkole. Wtedy brzmiało to jak wyrok z którym trudno było nam się pogodzić. Dużo sił, wysiłku i poświęconego czasu straciliśmy na załatwianie i jeżdżenie z Zosią na różne zajęcia związane z rehabilitacją ruchową. Baliśmy się momentu posłania naszej córki do przedszkola i z lękiem obserwowaliśmy jej początkowe problemy z adaptacją do nowego otoczenia i brak otwarcia się na kontakty z rówieśnikami. A jednak wszystkie obawy okazały się płonne. Zosia potrzebowała więcej czasu niż inne dzieci, by zaadoptować się do przedszkola, ale w następnych latach okazało się, że rozwija się prawidłowo, na równi ze swoimi rówieśnikami. Gdy pod namową dyrektorki przedszkola rozważaliśmy, czy nie zostawić po pierwszym roku Zosi w młodszej grupie, tak aby mogła chodzić razem ze swoim bratem Frankiem, przekonaliśmy się o sile jej charakteru i woli samostanowienia o sobie. Zosia jakby wyczuła wtedy nasze intencje i zaczęła histerycznie płakać domagając się zostawienia jej w swojej grupie. Była dzielną wojowniczką.
Dziś patrzę z radością na moją córkę, która tak pięknie rozkwita. Jest już małą kobietką. Przygotowuje się do swojego, własnego życia. Jest mądra, samodzielna i ma własne, wyrobione zdanie. Dobrze się uczy, po raz kolejny skończyła rok szkolny z czerwonym paskiem. Od czternastu lat obserwuję cud jej rozwoju, siłę zmagania się z trudami życia szkolnego, a obecnie zmagań z niełatwym okresem bycia nastolatką. Jako ojciec chciałbym ją teraz jak najlepiej przygotować do samodzielnego życia, do wejścia w dorosłość. Chciałbym móc jej przekazać pałeczkę pokoleniowej sztafety. O to się dziś modliłem. Modliłem się do mojego Ojca Niebieskiego. Dziękuję Mu za to, że sam mogłem się sprawdzić w roli ojca.
