Smutek dołujący

Od pewnego czasu zdarza mi się doświadczyć dziwnej przypadłości. Nazywam ją smutkiem dołującym. Nawiedza mnie on niespodziewanie, tak jakby ktoś przekręcił w mojej głowie guzik i zamienił perspektywę patrzenia na świat. Wystarczy błahy powód, najczęściej taki, który dotyka mego chyba ostatnio przewrażliwionego ego. W niepokojący sposób obrażam się na wszystkich, którzy nie postępują zgodnie z moim myśleniem. Dotyczy to zwłaszcza osób mi najbliższych: rodziny, przyjaciół (czy ja jeszcze takowych mam?). Smutek zamyka mnie w sobie, prowadzi monologi wewnętrzne, podsyca zniechęcenie, obrazę i zaczyna tworzyć twierdzę warowną. Okopuje szańce przed światem zewnętrznym, żeby nikogo do niego nie wpuścić.  Najbliżsi widzą, że mam wtedy doła. Wydobycie się z niego jest bardzo mozolne i długotrwałe. Może potrwać nawet kilka dni. Dlaczego tak się dzieje, trudno mi wytłumaczyć. Może to kryzys wieku średniego? A może początki depresji?

Nie ważne jak to by się nazywało, smutek dla wyznawcy Chrystusa jest przyzwoleniem na dostęp do duszy niszczycielskiego zła. Stan zamknięcia powoduje, że nie dostrzegamy promyków radości, które próbują się do nas przedrzeć. Pogrążamy się coraz bardziej w swoich ciemnych zakamarkach duszy drążąc jeszcze głębsze tunele. Brak radości i optymizmu blokuje miłość. Nawet miłość bożą. A bez niej sami nie podźwigniemy się z mroku dołującego smutku. I tu koło się zamyka.

Kiedyś  kapłan podczas spowiedzi próbował wytłumaczyć mi, że chrześcijanin powinien być osobą promieniującą radością. Człowiek radosny szuka szczęścia dlatego jest blisko Pana Boga. Człowiek pogrążony w smutku chowa się przed Bogiem. Ratunkiem wyrwania się z tego błędnego koła jest radykalne rzucenie się w objęcia Chrystusa. Przede wszystkim muszę uporządkować swoje życie, oczyścić sumienie przez sakrament pojednania i pokuty. Modlitwa jest kolejnym etapem. Stała, codzienna modlitwa podjęta w konkretnej intencji. Zaczynam dzięki temu myśleć o innych, a nie tylko o sobie. Dobro poczyna kiełkować. A potem dobry uczynek, który wymaga mojego poświęcenia. Muszę zrobić coś dla kogoś mi bliskiego, tak żeby sprawić mu radość. To rzeczywiście pomaga i przekręca guzik w głowie na optymistyczne okulary.

„Teraz już nie ja żyję, a żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).

Wczoraj pod natchnieniem poszedłem oddać krew do moblinego punktu poboru, dziś rano zaszedłem na poranną mszę św. do dominikanów. Po drodze odmawiałem koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Zaszufladkowano do kategorii modlitwa, Pan Bóg, Psychologia | Dodaj komentarz

Jak Ty nas Tato wytrzymujesz?

Patrząc na dwójkę moich dorastających dzieci czasami zastanawiam się czy nadal kocham ich z taką samą siłą jak w chwili ich narodzin. Zarówno przyjście na świat Zosi czternaście lat temu, jak i Franciszka rok później było największym cudem w moim życiu. Byłem szczęśliwy, dumny i gotów na niewiarygodne poświęcenie dla moich dzieci. Samo słowo ,,moje” miało w tej formie pojęciowej najcenniejszą wartość spośród wszystkiego, co mogło oznaczać moją własność. Niczego innego, żadnej rzeczy nie byłem w tym najwyższym stopniu znaczenia ani twórcą, ani posiadaczem. Moje dzieci kształtowane na mój obraz i podobieństwo. To była właśnie duma. Szczęściem natomiast było to, że byłem ojcem, czyli kimś wyjątkowym, jedynym dla moich dzieci. Ktoś pokochał mnie bezwarunkowo, tylko dlatego, że jestem ich stwórcą i opiekunem. Gotowość do poświęcenia to nie tylko wyrzeczenie się dotychczasowego, wygodnego życia, własnego egoizmu, ale i najwyższa ofiara.

Podczas jednego ze spotkań w Kościele Domowym przyszło mi do głowy pewne porównanie, którym się podzieliłem z innymi. Patrząc na niewinną i bezbronną twarzyczkę mojej Zosi wiedziałem, że jestem gotów dla niej na wszystko. W razie jakieś tragicznej sytuacji bez wahania oddałbym swoją nerkę, siatkówkę oka, czy cokolwiek innego. Poświęciłbym cały majątek, żeby ją ratować. Skoro ja darzę swoje dziecko tak wielką miłością, to jaką miłością musi darzyć nas Pan Bóg? Jak bardzo Stwórca musi kochać swoje stworzenie, skoro poświęcił dla niego swego Syna?

Tak sobie myślę, że Pan Bóg patrzy na nas jak na dorastające dzieci. My rodzice, doświadczeni już przez życie patrzymy na nasze zmierzające ku dorosłości pociechy z troską i niepokojem o ich przyszłe losy. Tymczasem dzieci są niepokorne, roszczeniowe, kłótliwe, zajęte swoimi egoistycznymi sprawami. Nie zdają sobie sprawy z tego ile trudu włożyliśmy w ich wychowanie. Czasami dzieci nas irytują, denerwują, wkurzają. Ale przecież to nie oznacza, że ich nie kochamy. Wciąż pragniemy ich dobra, nawet gdy ich zachowania nas ranią. Pan Bóg ma o wiele więcej cierpliwości od nas. Pozwala nam na wszystko, bo nas nieskończenie kocha. Nam ludziom zapewne w naszym ograniczonym ziemskim pojmowaniu rzeczywistości trudno zrozumieć taką miłość. Pozostaje nadzieja, jaką żywi każdy rodzic. Z czasem nasze dzieci dorosną, przeżyją swoje dramaty, rozczarowania, niepowodzenia i zrozumieją, jak bardzo były przez nas kochane. Pan Bóg też wie, że prędzej czy później uświadomimy sobie ogrom Jego uczucia do każdego z nas.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Pan Bóg, wychowanie | Dodaj komentarz

Dotyk Boga

Ostatnio miałem takie oto refleksje dotyczące fragmentów Pisma Świętego.  Jezus przemieszczał się po Palestynie, spotykał się z ludźmi, jadał z nimi posiłki, uzdrawiał. Syn Boga przebywał pośród ludzi. Czy Marta, która przygotowywała dla Niego posiłek miała tego świadomość? Czy Maria obmywająca Jego stopy widziała w Nim kogoś więcej niż tylko przystojnego nauczyciela (J 12)? Jezus gdy przebywał u Łazarza mówił, że jest w domu swego przyjaciela, którego miłuje (J 11). Jezus gdy uzdrawiał dotykał chorych, ich oczu, rąk (ujął córkę Jaira za rękę Mk 5, 41-42). Myślę o tych wszystkich ludziach wymienionych na kartach Pisma Świętego, jako o wybrańcach, którzy mieli jedyną w historii ludzkości możliwość namacalnie obcować z Bogiem. A jednak nie wielu umiało to dostrzec, jeszcze mniej zrozumieć i pojąć. W czytaniu na dzisiejszy dzień (Mt 13, 54-58) wiele osób, które znało Jezusa od urodzenia szczerze powątpiewało w Jego boską naturę:

,,Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda? Także Jego siostry czy nie żyją wszystkie u nas? Skądże więc u Niego to wszystko?”.

Jak ja bym postąpił na miejscu tych ludzi? Uwierzyłbym? A może głośno protestował przeciwko jawnemu bluźnierstwu? Dziś modlę się: Panie Jezu przyjdź, dotknij mnie, chcę poczuć Twoją bliskość. Zazdroszczę tym, którzy dwa tysiące lat temu odczuli na sobie dotyk lub spojrzenie Zbawcy. Ale mówię to ja, dziś bogatszy o dwa tysiące lat doświadczenia Kościoła. A wtedy? Jak bym postąpił?

Odpowiedź przyszła sama podczas porannej mszy świętej u dominikanów. Ksiądz podczas krótkiego kazania powiedział, że nasze wątpliwości rozwiewa każda komunia święta. To dlatego Jezus ustanowił Najświętszy Sakrament abyśmy wszyscy, nawet ci żyjący dwa tysiąclecia po wydarzeniach w Jerozolimie, mogli każdego dnia odczuwać Jego bliskość. Bliskość Boga, który przecież jest Bogiem Żywym. Przychodzimy do niego z tymi naszymi ułomnościami, zwątpieniami, czasem pretensjami. Bóg sobie z tym poradzi. Przyjmie nas takimi, jacy jesteśmy. Pytanie tylko, czy my sami tego chcemy?

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wspomnienia

Minęły prawie dwa lata od ostatniego wpisu na moim blogu.

Milczenie nie było spowodowane jakimś traumatycznym przeżyciem, lecz raczej wydarzeniem natury technicznej. Portal Onet.pl na którym prowadziłem bloga zlikwidował blogosferę. Zarchiwizowane pliki trzymałem w komputerze mając nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się je otworzyć. I okazało się, że Deon działa na tej samej platformie programowej co onetowy blog. Dlatego mogłem zaimpotrować moje pliki pod nowym adresem blogowym: tatamaracje.blog.deon.pl

Przez te dwa lata trochę się zmieniło. Wszyscy staliśmy się nieco starsi. O ile po mnie i Miszy to tak aż bardzo nie widać, to po Zo i Frankim aż nadto. Mamy teraz w domu dwóch nastolatków, którzy zaczynają przechodzić swój okres burz i naporów. Zośka ma 14 lat, Franek 13. Opisywanie ich perypetii rodzinnych nie jest już tak zabawne jak kilka lat temu. Zdaniem naszych dzieci upublicznianie ich prywatnego życia uwłacza ich godności. Szanuję to, dlatego niniejszy blog zmienia nieco swój profil i ciężar gatunkowy przenosi na sferę dotyczącą moich osobistych przemyśleń na temat życia małżeńskiego, rodzinnego.

Ponieważ blog znajduje się na religijnym portalu Deon, refleksje będą też pewnym świadectwem mojej wiary w Boga. „Tata ma rację”, to trochę prowokacyjny tytuł na bloga. Tak naprawdę nie chodzi tu o mnie, tylko o Ojca w niebie. Abba Ojcze!

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Kulturalna niedziela

To miał być dobry dzień. Nasz dzień – rodzinna niedziela. Bez kłótni o lekcje, bez nudy, fajnie przeżyty czas wolny z jakąś niezapomnianą atrakcją. Tą atrakcją miało być wyjście do kina na ,,dorosły” film ,,Mój Vincent”. Ponieważ Zosi koleżanki z klasy były już na tym filmie i były zadowolone, uznałem, że nasze dzieci też już są na tyle dojrzałe, że mogą ten tytuł kinowy zobaczyć. Fabuła tego niezwykłego filmu, animacji stworzonej z obrazów malarskich, osnuta jest wokół zagadkowej śmierci samobójczej Vincentego van Gogha. Temat troszkę przyciężkawy, ale obraz filmowy – niezwykły i pobudzający artystyczną wyobraźnię.

Zosia była filmem zachwycona. Franki jakoś przebolał te półtorej godziny. Miszy też się bardzo podobało, choć narzekała na drakońskie ceny biletów w multipleksie w niedziele.

Po zakończonym seansie Zosia promieniała, a Franki rzucił się pod fotel na którym siedział i usilnie czegoś poszukiwał. Trwało to dość długo, a Młody nie chciał powiedzieć co zgubił. W końcu jednak wydusiłem z niego wyznanie:

– Wydłubałem sobie ząb, który mi się ruszał i gdzieś mi on teraz spadł – wyszeptał Franki uśmiechając się i pokazując piękną szczerbę po prawej stronie szczęki.

Gdy wracaliśmy samochodem do domu ( a było już wieczór) z tylnej kanapy dochodziło przytłumione westchnienie Zosi:

– Uciął sobie ucho i dał je dziwce…

– To była kobieta! – zaprotestował natychmiast Franki.

– Nie, to była dziwka. Tak mówili w filmie – upierała się Zośka.

Takie to oto wrażenie wyniosły nasze dzieci z tego artystycznego filmu. Franki stracił ząb, a Zośka poznała inne określenie na kobietę upadłą. Na domiar złego po powrocie do domu okazało się, że przez to usilne poszukiwanie frankowego zęba Misza zgubiła telefon. Został w kinie (razem z zębem). Trzeba było po niego wracać. Na szczęście udało się go odzyskać (telefon, nie  ząb).

Można więc rzec, że nasza niedzielna wyprawa do kina, mimo różnych perypetii zakończyła się happy endem.

 

Zaszufladkowano do kategorii nastolatki, Rodzinne, śmieszne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dorastanie

Dzieci nam dorastają. Wydaje mi się, że w zastraszającym tempie. Popatruję sobie na zdjęcia małych bubusiów buszujących na placu zabaw, a tymczasem w drzwiach stoją dwa całkiem już spore osobniki, które zaczynają po swojemu rozpychać się w życiu. Dla mnie to szokujący wciąż fakt, że mam dwoje nastolatków w domu. Jeden poszedł do szóstej klasy, drugi do piątej. Nawet nie wiem teraz jak wygląda szkoła w środku, bo już w zeszłym roku przestaliśmy ich odbierać po lekcjach ze świetlicy. Sami wracają autobusem do domu.

Niedawno jechałem z Młodym tramwajem. Po drodze spotkaliśmy moją znajomą z pracy. Gadka-szmatka o pogodzie, o tym jak ciężko się wraca w korku do domu. Franki początkowo się nam przysłuchiwał, ale wkrótce sam się włączył do rozmowy. Bez skrępowania zaczął snuć opowieści.

– Bo u mnie w klasie… Też kiedyś w tramwaju… Tak mi się przytrafiło… Bo moi koledzy…

Słuchałem z uśmiechem na twarzy jak Franki zagadywał moją znajomą. Nawet nie miałem szansy, żeby się wtrącić. Gdy wysiedliśmy na przystanku Młody stwierdził:

– Całkiem miła była ta twoja znajoma. Wiesz, lubię nawet rozmawiać z takimi starszymi paniami jak jadę tramwajem lub autobusem. Zwłaszcza wtedy, gdy nie mam co robić.  Jeszcze rok temu nie miałbym w sobie takiej śmiałości.

No proszę, mój syn prowadzi konwersacje z dorosłymi. Umie się kulturalnie zachować w publicznym miejscu. Dojrzewa.

Natomiast w minioną sobotę moja córka umówiła się przez WhatsAppa z koleżankami z klasy na spotkanie w galerii handlowej. Poszły do kawiarni na lody. To było jej pierwsze samodzielne wyjście ,,do miasta”. Dziewczyny miały do obgadania swoje własne sprawy. Sprawy dojrzewających dziewczyn.

Życie się zmienia. Dzieci dorastają, a to świadczy o tym, że my się starzejemy. I tego też nie da się ukryć. Może dlatego moja aktywność na niniejszym blogu zamiera. Dzieci piszą już swój scenariusz życia. Nie muszę być ich kronikarzem.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, nastolatki, Rodzinne | Dodaj komentarz

Super urodziny

Franki dostał zaproszenie na urodziny koleżanki z klasy – Ingi. Był bardzo tym faktem poruszony, bo po raz pierwszy dostał takie zaproszenie od dziewczyny. Śpieszę od razu wyjaśnić, że Franek znalazł się w groni pięciu innych chłopaków zaproszonych przez Ingę, więc nie był żadnym rodzynkiem, czy innym wybrańcem. Urodziny odbywały się w parku linowym, co było już niesamowitą atrakcją samą w sobie. Po zajęciach w parku miały się jeszcze odbyć podchody w lesie. Super sprawa!

W piątek po szkole rodzice Ingi zabrali swoimi dwoma samochodami wszystkich zaproszonych gości z klasy i pod wieczór odstawili ich z powrotem pod szkołę. Franek miał okazję przejechać się nowym modelem Audi A6. Po powrocie z urodzin był w bardzo radosnym nastroju. Na moje pytanie jak było odpowiedział z wypiekami na twarzy:

– Inga jest super, tata Ingi jest super, mama Ingi jest super i mają super samochód!

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, śmieszne, szkoła | Dodaj komentarz

Wielki duch bojowy

Wczoraj po południu dostałem smsa od Zosi: ,,Hej wygrałyśmy 44 do 4 dla nas”. Po zajęciach szkolnych w pobliskim klubie sportowym Zosia grała ze swoimi koleżankami z klasy w koszykówkę. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie okoliczności.

Zosia jest najniższą i najdrobniejszą dziewczyną w klasie. Nie jest urodzoną koszykarką, a mimo to została po lekcjach, aby zagrać w szkolnym turnieju. Z jej klasy oprócz niej zgłosiły się tylko trzy inne dziewczyny. Zosia została, bo tylko drużyny z minimum czterema zawodnikami mogły startować. Grając w czwórkę pokonały liczniejszą drużynę z innej klasy. Zosia była przeszczęśliwa.

Podziwiam ją za ducha bojowego, za chęci i solidarność z koleżankami. Jej sms był dla mnie wzruszającym i  pięknym świadectwem dojrzałości mojej córki. Gratulacje Zosieńko!

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne, sport, szkoła | Dodaj komentarz

Wyjazd edukacyjny

W ramach naszych edukacyjno-turystycznych objazdów po polskich miastach na początku maja wybraliśmy się do Warszawy. Choć spędziliśmy tam trzy dni, a wiadomo, że w stolicy mnóstwo jest atrakcji, to program był bardzo napięty. Trzeba było przemierzyć wzdłuż i wszerz Krakowskie Przedmieście, Plac Zamkowy i Starówkę, odwiedzić kilka muzeów oraz zaliczyć spacer w Parku Łazienkowskim. A oto co nasze dzieci zapamiętały z pięknej naszej stolicy: kolorowe gołębie wystawiane przez ulicznych grajków na Placu Zamkowym, wiewiórki, które podbiegały do ludzi w Łazienkach i to, że drzwi w wagonikach metra szybko się zamykają. No i było jeszcze kilka atrakcji w Centrum Nauki Kopernik, ale trudno spamiętać je wszystkie. Fajnie też było w Muzeum Powstania Warszawskiego, bo można było zrywać kartki z kalendarza. Ale na drugiej stronie tej kartki nie było przepisów kucharskich. Generalnie do dzieci dotarł przekaz, że Niemcy to nie jest fajny naród, bo potrafią zburzyć całe miasto. Ale gdyby go nie zburzyli nie byłoby takiego ciekawego muzeum. To tyle jeśli chodzi o wartości edukacyjne wycieczki.

Po powrocie z wyjazdu rozmawiałem o Warszawie z moją 10-letnią siostrzenicą, która też niedawno spędziła wraz z babcią kilka dni w stolicy. Mówiłem, że z Zo i Frankim byliśmy i tu i tam, widzieliśmy to i tamto. Ona kiwała głową, a na końcu spytała:

– A byliście w ,,Złotych Tarasach”? Nie? Szkoda. Ja byłam.

Co się dziwić dzieciom. Pamiętam moją wycieczkę szkolną do Warszawy w V klasie szkoły podstawowej. Najbardziej w pamięci zapadły mi ruchome schody na Dworcu Centralnym i to, że w kiosku w Pałacu Kultury i Nauki kupiłem komiks o kowbojach.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień chwały

Dziś był dzień wielkiego triumfu Frankiego w szkole. Z okazji zbliżającej się rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja dla klas IV-VI przygotowywany był w szkolnej  świetlicy specjalny apel. Dzieci miały poszukać i zaprezentować informacje o tym historycznym wydarzeniu. Franki wpadł na pomysł napisania wiersza. Trochę mu w tym pomogłem, ale koncepcja i rytm wiersza są jego:

                                 POLSKA WIOSNA

 

Konstytucja to ustawa,

Która ustanawia prawa:

Kto i jak ma w państwie rządzić,

Kto uchwalać, a kto sądzić.

 

W Polsce były ciężkie lata,

Niepodległości groziła strata,

Caryca z Rosji przeciw nam knuła,

Plany rozbioru perfidne snuła.

 

Lecz patriotów grupa niemała

Ojczyznę ocalić od wrogów chciała,

Więc ustrojowe szykowała zmiany,

Plan ten królowi także był znany.

 

Hugo Kołłątaj spisał na papierze

I patriotyczne założył przymierze,

By w sejmie posłów szerokie ławy

Były gotowe do wsparcia ustawy.

Trzeciego maja król w wojska obstawie

Przybył do sejmu i w wielkiej wrzawie

Konstytucję uniósł w swe dłonie

I rzekł do posłów: ,,Uchwalone”!

 

Zabiły dzwony kościelnej wieży,

Król Poniatowski do katedry bieży,

Szczęśliwi patrioci i lud poddany:

,,Vivat król, vivat Sejm, vivat wszystkie stany!”

 

Franki odczytał wiersz publicznie. Zrobił to tak wyśmienicie, że otrzymał gromkie brawa od wszystkich klas. Specjalne gratulacje otrzymał od pani dyrektor. Był niesamowicie dumny z tego faktu. Przez chwile był prawdziwą gwiazdą w szkole. A ja jestem z niego bardzo dumny.

 

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, szkoła | Jeden komentarz