Patrząc na dwójkę moich dorastających dzieci czasami zastanawiam się czy nadal kocham ich z taką samą siłą jak w chwili ich narodzin. Zarówno przyjście na świat Zosi czternaście lat temu, jak i Franciszka rok później było największym cudem w moim życiu. Byłem szczęśliwy, dumny i gotów na niewiarygodne poświęcenie dla moich dzieci. Samo słowo ,,moje” miało w tej formie pojęciowej najcenniejszą wartość spośród wszystkiego, co mogło oznaczać moją własność. Niczego innego, żadnej rzeczy nie byłem w tym najwyższym stopniu znaczenia ani twórcą, ani posiadaczem. Moje dzieci kształtowane na mój obraz i podobieństwo. To była właśnie duma. Szczęściem natomiast było to, że byłem ojcem, czyli kimś wyjątkowym, jedynym dla moich dzieci. Ktoś pokochał mnie bezwarunkowo, tylko dlatego, że jestem ich stwórcą i opiekunem. Gotowość do poświęcenia to nie tylko wyrzeczenie się dotychczasowego, wygodnego życia, własnego egoizmu, ale i najwyższa ofiara.
Podczas jednego ze spotkań w Kościele Domowym przyszło mi do głowy pewne porównanie, którym się podzieliłem z innymi. Patrząc na niewinną i bezbronną twarzyczkę mojej Zosi wiedziałem, że jestem gotów dla niej na wszystko. W razie jakieś tragicznej sytuacji bez wahania oddałbym swoją nerkę, siatkówkę oka, czy cokolwiek innego. Poświęciłbym cały majątek, żeby ją ratować. Skoro ja darzę swoje dziecko tak wielką miłością, to jaką miłością musi darzyć nas Pan Bóg? Jak bardzo Stwórca musi kochać swoje stworzenie, skoro poświęcił dla niego swego Syna?
Tak sobie myślę, że Pan Bóg patrzy na nas jak na dorastające dzieci. My rodzice, doświadczeni już przez życie patrzymy na nasze zmierzające ku dorosłości pociechy z troską i niepokojem o ich przyszłe losy. Tymczasem dzieci są niepokorne, roszczeniowe, kłótliwe, zajęte swoimi egoistycznymi sprawami. Nie zdają sobie sprawy z tego ile trudu włożyliśmy w ich wychowanie. Czasami dzieci nas irytują, denerwują, wkurzają. Ale przecież to nie oznacza, że ich nie kochamy. Wciąż pragniemy ich dobra, nawet gdy ich zachowania nas ranią. Pan Bóg ma o wiele więcej cierpliwości od nas. Pozwala nam na wszystko, bo nas nieskończenie kocha. Nam ludziom zapewne w naszym ograniczonym ziemskim pojmowaniu rzeczywistości trudno zrozumieć taką miłość. Pozostaje nadzieja, jaką żywi każdy rodzic. Z czasem nasze dzieci dorosną, przeżyją swoje dramaty, rozczarowania, niepowodzenia i zrozumieją, jak bardzo były przez nas kochane. Pan Bóg też wie, że prędzej czy później uświadomimy sobie ogrom Jego uczucia do każdego z nas.
