Bitwa o rzeżuchę

Niedzielne popołudnie. Zo i Franki zaliczają piąty dzień przymusowego pobytu w domu. Napięcie narasta od rana. Przerobiliśmy już wszystkie układanki puzzle, grę w Chińczyka, grę w karty, budowę domków z klocków oraz popołudniowe przyjęcie dla lalek i misiów. Pozostała jeszcze jedna ważna atrakcja. Tak zwane clou programu: zasianie rzeżuchy.
Franki już od dawna przejawia zainteresowania botaniczne, zwłaszcza w kwestii podlewania (choć bardziej obrazowo trzeba by powiedzieć, że przelewania). Zo natomiast marzy o posiadaniu własnego pieska, a skoro my nie chcemy się na niego zgodzić, to w ostateczności gotowa jest przystać na jakąś roślinkę. Nawet i na rzeżuchę.
Miszka ruszyła do łazienki w poszukiwaniu ligniny, jako podłoża do nasionek, ja chwilowo przebywałem w pokoju dzieci bezskutecznie nawołując młodzież, by zechciała posprzątać swoje klockowe pałace. Tymczasem Franki z Zo zaczęli toczyć spór, o to kto dokona zasiewu. Franki pierwszy chwycił torebkę z nasionami i zaczął z nią uciekać. Zo oczywiście z piskiem za nim. Powinienem zainterweniować od razu, ale myślałem, że dzieci
zdjęte litością, na widok mojej determinacji w sprzątaniu klocków, przyjdą mi w końcu z pomocą. Nic bardziej mylnego. Na odcinku kuchnia – pokój, pokój-kuchnia trwała już zacięta walka na śmierć i życie. Dochodziły tylko odgłosy walki:
– Dawaj to moje!
– Ja też chcę zobaczyć!
– Ale małe ziarenka!
Ten ostatni okrzyk zelektryzował mnie. Wiedziony złym przeczuciem ruszyłem do kuchni. To co zobaczyłem potwierdziło moje złowrogie przypuszczenia. Franki stał z rozdartą torebką, a po całej podłodze walały się rozsypane, drobne ziarenka rzeżuchy. Żeby to jeszcze było tylko w kuchni… Niestety, rozdarcie torebki nastąpiło w czasie gonitwy i rzeżucha rozsiała się po całym naszym mieszkaniu. Było jej pełno na korytarzu, w pokoju, nawet na naszej kanapie. Wystarczyłoby teraz trochę wody i mielibyśmy rzeżuchową plantację wyhodowaną na dywanie. 

Wieczorem, przed kąpielą rozmawiam z Zo o wypadkach dzisiejszego dnia. Mówię, że przykro mi, że nakrzyczałem dziś na nią i na Frankiego, ale to przez moje zdenerwowanie. Zo wtuliła się we mnie i powiedziała przymilnie:
– Nie martw się. I tak się jeszcze trochę kochamy. Przecież jesteśmy rodziną.
   

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dzieciaki na chorobowym II

Ostatnio wspomniałem jak to Franki rozpłakał się, bo nie mógł pojechać ze mną do pracy. Chciałem opowiedzieć dlaczego młody tak bardzo polubił miejsce w którym bez większego entuzjazmu zarabiam ciężką pracą na utrzymanie naszego cyrku, zwanego rodziną. Wszystko przez ukłucie igłą i pobranie krwi.
Moje biuro sąsiaduje z przychodnią. Rok temu Franki wybierał się na wycięcie trzeciego migdałka. Przed zabiegiem miał mieć zbadaną krew. Szpital, do którego zawsze w takich sprawach się udawaliśmy naszym dzieciom zaczął się bardzo niedobrze kojarzyć i każde zbliżenie się w jego pobliże objawiało się u nich atakiem paniki. Dlatego wymyśliłem, że może uda się zwabić Frankiego do mnie do pracy i pobrać krew w zaprzyjaźnionej, sąsiedzkiej przychodni. Musiałem opracować cały plan działania. Pielęgniarki zostały uprzedzone, a Franki urobiony opowieścią, że idzie ze mną zdać test na strażaka. Musiałem mu wcześniej narysować na kartce wóz strażacki i stojącego przed nim przedstawiciela Państwowej Straży Pożarnej w pełnym rynsztunku bojowym. Uzbrojony w ten rysunek Franki dzielnie wkroczył do gabinetu zabiegowego. Pani pielęgniarka założyła mu na rękę czerwoną (strażacką oczywiście) opaskę uciskową i przy pomocy (strażackiej) sikawki pobrała mu krew do (strażackiej) analizy. Franki ani nie zająknął. W nagrodę, już po wszystkim, otrzymał nowiutką, zapakowaną jeszcze sikawkę, czyli strzykawkę dwudziestkę. Był tak dumny z prezentu, że całą drogę powrotną pytał się mnie, czy może tę nową sikawkę strażacką zabrać ze sobą do przedszkola.
Nie chcę tu popadać w przesadę, ale wydaje mi się, że dzień pobrania krwi u mnie w pracy był jednym z najwspanialszych w życiu Frankiego. Dlatego właśnie płakał nie dawno, że nie może jechać ze mną do pracy.

A co słychać w naszym domu? Zo ma zapalenie ucha i wciąż popiskuje, że ją boli. W przerwach pomiędzy popiskiwaniem prowadzi wojnę zaczepną z Frankim. Franki, który o chorobie wcale nie pamięta prowadzi zażartą walkę z nudą, czyli kombinuje jak tu napsocić Zo. Czasami jednoczą swoje siły i gremialnie przystępują do ataku na Stenię. Każdy dłuższy pobyt dzieci w domu kończy się jakimiś stratami. Mija czwarty dzień ich przymusowego pobytu na zwolnieniu chorobowym. Czas na pierwsze podsumowanie strat:
– Zmoczona herbatą torebka Steni. Geniusz strategiczny naszych dzieci sięgnął zenitu, kiedy w odwecie za przymuszanie ich do zjedzenia śniadania postanowili wylać swoją herbatę do otwartej torebki opiekunki. Potem porwali jej telefon, żeby nie zdążyła zadzwonić i naskarżyć mamie.
– Plamy tłustych rąk na odmalowanej rok temu ścianie (to chyba robota Frankiego)
– Oberwane liście od kwiatka stojącego na parapecie okna (,,bo rósł za wysoko” –
z miną specjalisty botanika wytłumaczył mi Franki)
– Klejąca się podłoga w kuchni wysmarowana tajemniczą substancją, niewiadomego pochodzenia.
– Walające się po całym mieszkaniu zszywki od spinacza wyciągnięte z mojej szuflady.
Nie będę wliczał w to naszych, czyli Miszki i moich, zszarganych nerwów, krzyków i upomnień. Czteroosobowa rodzina zamknięta w czterech ścianach przez dłuższy czas (a właśnie trwa weekend) zaczyna przypominać dom wariatów. Przed nami jeszcze tydzień chorobowego. Boimy się tylko, czy Stenia wykaże w sobie tyle samozaparcia, by przyjść do naszych dzieci w poniedziałek. Będę musiał pomyśleć o jakimś dodatku finansowym dla niej za pracę w ciężkich warunkach.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dzieciaki na chorobowym

Za długo było dobrze. Przez ponad miesiąc Zo i Franki dzielnie chodzili do przedszkola nie dając się zwieść żadnym choróbskom. Ten idylliczny stan nie mógł trwać wiecznie. Nastał wreszcie jego kres i to w nocy z środy na czwartek. Franki stękał przez sen, rzucał się po całym łóżku i strasznie się pocił. Pomiar ciepłoty ciała dokonany przez Miszkę przy użyciu profesjonalnego sprzętu, czyli termometru wykazał, że ma gorączkę.
Rano postanowiłem z nim i na wszelki wypadek także z Zo, która narzekała na ucho, pojechać do lekarza. Nasza lekarka, Pani Małgosia Dobrotliwa, przyjmuje dopiero od godziny ósmej. Koniecznie chciałem być pierwszy, dlatego w przychodni zameldowałem się wraz z dziećmi już pół godziny wcześniej. O dziesięć sekund wyprzedziła nas jednak matka z dzieckiem podejrzanym o ospę. Podejrzany i jego matka zniknęli w izolatce, a moje dzieci opanowały w całości pustą jeszcze poczekalnię. Franki po zażyciu leków na obniżenie gorączki wcale, ale to wcale nie wyglądał na chore dziecko. Wraz z Zo urządzili sobie wyścigi po całej poczekalni wrzeszcząc tak, jakby byli na placu zabaw. Aż pielęgniarka wyszła z recepcji i karcącym głosem oznajmiła, że jak nie przestaną hałasować, to zamknie ich w izolatce. Groźba podziała piorunująco i wystraszona dzieciarnia pobiegła ku mnie, by skryć się za moimi plecami. Przez jakiś czas był spokój.
– Dzień-do-bry! – zawołały chórem dzieci gdy weszliśmy do gabinetu lekarskiego. Pokój pani Małgosia Dobrotliwej traktują jak drugi dom. Były tu już tak niezliczoną ilość razy, że zupełnie oswoiły się z tym miejsce i doskonale wiedzą co mają robić. Franki zaczął od razu podnosić koszulkę do góry, z Zo ruszyła do bocznej szafki w poszukiwaniu nowych ulotek bądź naklejek. Pani Małgosia Dobrotliwa uśmiechnęła się serdecznie i powiedziała:
– Dawno się nie widzieliśmy
No rzeczywiście, odparłem w myślach, chyba z dobry miesiąc. To i tak, jak na nasze dzieci zupełny rekord.
Franki miał zaczerwienione gardło, a Zo wszystko było w porządku.
– Do wi-dze-nia! – zawołały chórem dzieci i wyszły z gabinetu wynosząc w swoich małych łapkach zdobyczne ulotki i naklejki.
Mimo nie najgorszych diagnoz co do stanu ich zdrowia dzieci zostały w domu pod opieką naszej nieocenionej opiekunki Steni. Tylko Franki zaniósł się rzewnym płaczem, bo myślał, że skoro nie pojechał do przedszkola, to przynajmniej pojedzie ze mną do pracy.
– Innym razem – obiecałem szepcząc mu czule do ucha.

Po południu gdy wróciliśmy z pracy Stenia zdała nam raport. Franki nie gorączkuje, nie ma też żadnych większych objawów choroby. Gorączkuje za to Zo i to całkiem poważnie.
Masz ci los, jak oni sobie przekazują te choroby?
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dlaczego trzeba robić siusiu

Wczoraj Zo przedstawiła mi swój naukowy wywód na temat konieczności załatwiania potrzeb fizjologicznych.
– Wiesz tato, trzeba często robić siusiu i kupę. A wiesz dlaczego? Bo gdyby się nie chodziło siusiu i nie robiło kupki to by pupa zwariowała.

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pożytki z gingera

Ginger to taka fajna, użyteczna aplikacja (ach, co za słowo) na telefon komórkowy. Dzięki niej mogę w każdej chwili sprawdzić rozkład jazdy i czasy odjazdów z dowolnego przystanku każdego autobusu lub tramwaju. Ostatniej soboty aplikacja ta bardzo mi się przydała.
Miszka (na szczęście już zdrowa) pochłonięta licznymi sprawami na mieście wzięła naszego rolls-royca i pognała w siną dal pozostawiając mnie sam na sam z Zo i Frankim. Za oknem świeciło co prawda słońce, ale zimny wiatr przypominał, że wciąż mamy jeszcze kalendarzową zimę. Siedzieć jednak w domu nie było dobrym pomysłem w kontekście wzbierającej w dzieciach fali nadmiernej energii życiowej.
– Jedziemy do Małpiego Gaju – zaproponowałem wycieczkę na plac zabaw pod dachem.
– Hurra!-
odpowiedzieli okrzykiem, niczym gotująca się do ataku krasnaja armia.
Dzięki gingerowi sprawdziłem o której odjeżdża nasz autobus i radośnie ruszyliśmy na przystanek. Autobus przyjechał z pewnym opóźnienie, ale za to mogliśmy zająć aż cztery miejsca siedzące: Zo, Franki, ja, a na czwartym fotelu na spółkę Miś Odżo i Miś-Krzyś Frankiego. Przed nami 11 przystanków. W połowie drogi mijaliśmy dom Karolinki.
– A może wstąpimy do Karolinki? – zaproponowałem.
– Nie… Do Małpiego Gaju – odpowiedzieli zgodnie.
W Małpim Gaju prawdziwe szaleństwo. Zjeżdżalnie, drabinki, dmuchany zamek, tunele, zabawa w basenie z piłkami. A licznik tykał nieubłaganie i nabijał kolejne złotówki do rachunku. Aby nie okazało się, że jestem niewypłacalny musiałem zaproponować im coś tak atrakcyjnego, co odwróciłoby ich uwagę od placu zabaw.
– Chcecie jechać do McDonald’sa?
-Taaaak! – znów zawrzała w dzieciach krew czerwonogwardyjska.
Sprawdziłem na gingerze kiedy odjeżdża najbliższy autobus i ruszyliśmy na przystanek. Do McDonald’sa 9 przystanków.
W połowie drogi mijamy dom Karolinki.
– A może wstąpimy do Karolinki? – zaproponowałem kolejny raz.
– Nie… Do McDonald’sa – wyszeptał zapadający w lekką drzemkę Franki.
Zaliczyliśmy więc Mcfrytki i McNuggetsy. Niestety, skończyły się atrakcyjne zabawki w zestawach Happy Meal, co Franki skwitował żałosnym rykiem. Wmówiłem mu, że wałek na pieczątki, który dostał jest narzędziem szpiegowskim do robienia tajnych znaków. To go uspokoiło.
No, to jakoś przebrnąłem przez ten dzień. Zbliżała się bowiem godzina o której Miszka miała powrócić z miasta.
-To co, zbieramy się do domu – powiedziałem zmęczonym głosem do dzieci.
– Nieeee! – zakrzyknęli równocześnie. – Teraz chcemy jechać do Karolinki.
Wzdychnąłem ciężko i sięgnąłem po komórkę, by na gingerze sprawdzić o której jedzie najbliższy autobus.
 

 
Kuzynka Karolinka

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dobrość

Podczas wieczornej lektury poduszkowej przeglądaliśmy sobie z Frankim Biblię dla dzieci. Młody gadał jak najęty i wcale nie zamierzał odpłynąć do krainy snu. Zainteresowały go bardzo rysunki przedstawiające ukrzyżowanie Pana Jezusa. Zaciekawiły zapewne dlatego, gdyż jako zawzięty militarysta Franki dostrzegł postaci żołnierzy rzymskich. Od razu ożywił się i zaczął mnie wypytywać o to, czy żołnierz mieli miecze, dlaczego mieli czerwone płaszcze i czy byli źli. Potem spojrzał na rysunek Pana Jezusa w cierniowej koronie i zapytał:
– A dlaczego oni go zabili?
Nim zdążyłem wymyślić jakąś dobrą odpowiedź Franki sam sobie jej udzielił.
– Ja wiem, to za jego DOBROŚĆ.
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Tata przedszkolak

W dawnych czasach mężczyzna chodził na polowania, udawał się na wojnę, ciosał drewniane belki i budował dom. Robił męskie rzeczy, które mężczyźnie po prostu przystawało robić. Dziś mężczyzna, który ma szczęście być młodym ojcem musi spełniać zupełnie inne życiowe role. Nie chce wspominać tu o tak prozaicznych czynnościach jak spacery z dziecięcym wózkiem, przewijanie niemowlaka, karmienie go jedzeniem ze słoiczków, czy podcieranie mu pupy. Prawdziwym wyzwaniem dla mężczyzny-tatusia jest uczestniczenie w przedszkolnym życiu swojej pociechy.
Pamiętam, jak po raz pierwszy poszedłem na tak zwane zajęcia integracyjne dla dzieci i rodziców w grupie Zo. Rysowanie ludzików i pomoc dziecku w ich wycinaniu to był pikuś. Schody zaczęły się w momencie, gdy rodzice mieli wykonać taniec w parach. Wszystkie mamusie, a była ich przytłaczająca większość szybko potworzyły pary. Bez przydziału zostałem tylko ja i… tata Karola. Dwóch facetów, dwóch rodzynków w całym tym żeńskim cieście. Chcąc, nie chcąc chwyciliśmy się z tatą Karola za ręce i zaczęliśmy w ryt muzyki tworzyć taneczne kółka. Dodać muszę, że tata Karola jest o całą głowę wyższy ode mnie. Czułem się strasznie, okropnie, tak zupełnie nie męsko.
Wczoraj mój przyjaciel Marcin zaprosił mnie na wykład o ojcostwie do przedszkola swojego syna. Mówił, że będzie kawa, pączki, no i uciekniemy od zagonienia nas przez żony do sobotnich porządków. Czemu nie… Fajna propozycja.
Poszedłem i… trafiłem na zajęcia integracyjne dla ojców w prywatnym przedszkolu. Dwie młode wychowawczynie wpierw kazały wszystkim przybyłym panom przykleić na koszulach kolorowe karteczki z własnym imieniem. Potem rozdały kartki z tekstem piosenek i powiedziały, że mamy się tego nauczyć, bo na majówce ojcowie stworzą chór i ku uciesze swoich żon odśpiewają im ową zadaną piosenkę. Próba chór wypada blado, więc musieliśmy ,,za karę” wykonać dodatkowe zadania. W skarpetkach chodziliśmy po rozłożonej na podłodze kolorowej chuście i na dany sygnał trzeba było nadepnąć wywołany przez prowadzącą kolor. Potem bawiliśmy się jeszcze w pociąg, taniec cieni, udawanie parasola, pchanie zepsutego samochodu. Dorośli poważni faceci, ciężko zarabiający na utrzymanie swych rodzin zostali przymuszeni do zabawy w małych chłopców. Dobrze, że rajstopek nie musieliśmy jeszcze zakładać.
– Mój Boże! – myślałem – Co ja tu robię? Nie moje przedszkole, a ja bawię się w przedszkolaka ku uciesze dwu pań przedszkolanek. Zatęskniłem za odkurzaczem i płynem do czyszczenia toalet.
Na szczęście zajęcia się skończyły i w nagrodę była kawa oraz pączki. Potem wykład. Było o tym, że ojciec powinien być prawdziwym mężczyzną, ostoją rodziny, tym który daje prawdziwe poczucie bezpieczeństwa. No, po prostu twardym facetem z jajami.
Nie dopiłem kawy, a pączek przestał mi smakować. Odechciało mi się być tatą-przedszkolakiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dzień wkurzeń

Czasami tak już jest, że jak pada deszcz i spada ciśnienie to wszystkim nam puszczają nerwy i dzień robi się nie do wytrzymania.

Wkurzenie Misza
Wczoraj Franki zabrał ze sobą do przedszkola dużego pluszowego pieska. Dostał go niedawno w prezencie. Pieska nie zabrał ze sobą do sali, tylko zostawił w szatni, żeby pilnował jego kurtki. Miałem chyba jakieś niedobre przeczucia
. Dwa dni temu Zo ktoś uprowadził pluszowego kotka. Zaproponowałem wiec, że zabiorę pieska do samochodu.  Ale Franki uparł się, że piechu ma zostać w szatni. Gdy wróciłem po południu po Frankiego w szatni nie było już pluszowego stróża. Albo sam wyszedł, albo ktoś mu pomógł w ewakuacji… Franki w ryk, a mnie ogarnęła tsunamiczna fala wkurzenia. Tyle razy powtarzamy dzieciom, żeby nie zabierały ze sobą zabawek do przedszkola. Próżne gadanie…

Wkurzenie Zo
Siedzimy w domu przy obiedzie. Zo trochę grymasi, ale coś tam zjada. Franki natomiast zajęty budową namiotu dla żołnierzy nie chce podejść do stołu. Pojawił się dopiero po dłuższej chwili i zaczął grymasić, że zupa jest ,,fujowa”. Rozbawiło to Zo, która zaczęła mu wrzucać do jego talerza części swego obiadu. No i awantura gotowa. Wrzaski, krzyki, bitwa na warzywa. Skończyło się to interwencją rozjemczą Miszki i zastosowaniem sankcji w postaci zakazu oglądania bajek w telewizji. Takie dictum zjednoczyło zwaśnione przed chwilą strony i Zo z Frankim zaczęła się zmawiać przeciwko nam:
– Nie słuchajmy ich, chodźmy włączyć telewizję – szeptała konspiracyjnym szeptem Zo i przystąpiła do natychmiastowego działania. Wtedy tsunamiczna fala wkurzenia dotarła do mnie raz drugi. Pogoniłem Zo i wykrzyczałem, że jak nie będzie słuchać rodziców to Pan Kapeć będzie musiał porozmawiać z jej pupą. I to tym razem wkurzyło Zo. Zaczął się teatralny spektakl pt.: atak histerii małej dziewczynki. Zo wyła, zamykała za sobą drzwi pokoju i udawała, że się dławi własną śliną. Znów jako siła rozjemcza musiała wkroczyć Miszka.

Wkurzenie Frankiego
W zasadzie historia Frankiego jest bardzo podobna do Zo, tyle że wystąpiła godzinę później. Wiadomo, deszcz za oknem, obniżone ciśnienie i młodego roznosiło po naszym mieszkaniu. Nie umiał sobie znaleźć miejsca, wtrącał się w zabawy Zo i się jej psocił. W kółko powtarzał:
– Nudzi mi się, chcę bajki.
Ale sankcja nałożona przez Miszkę nadal pozostawała w mocy. Franki próbował więc szantażu emocjonalnego:
– Nie kocham was, nigdy was nie będę kochał.
Widząc brak reakcji z naszej strony zaostrzył środki protestu i położył się na podłodze wyjąc w niebo głosy. Trwało to dobry kwadrans. Zmęczony całym spektaklem Franki padł na swoje łóżko i pogrążony w beznadziejnej rozpaczy zasnął.

Wkurzenie Miszki
Wieczorem, zmęczeni całym wkurzjącym dniem, leżymy już z Miszką w łóżku. Ona zasypia, a mną targają ,,złote myśli” odnośnie naszej rodzinnej przyszłości. Myśli kotłują się, więc wydobywam je z siebie i pragnę przekazać je współmałżonce. W końcu spełniam prośbę Miszki o prowadzenie dialogu małżeńskiego. Wyrzuciwszy z siebie to, co mnie tak nurtowało, przewróciłem się na drugi bok i zasnąłem snem sprawiedliwego. Dopiero rano usłyszałem od Miszki:
– Przez ciebie nie mogłam spać! Tak intensywnie myślałam o naszej rozmowie, że długo nie mogłam usnąć. Wkurza mnie, jak zaczynasz takie poważne rozmowy w momencie kiedy ja zasypiam.
Cóż… Dziś znowu pada i chyba jest obniżone ciśnienie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Uroki tramwaju

Siedem lat temu wprowadziliśmy się z Miszką na Sokoła. To były szczęśliwe początki naszego małżeńskiego stażu. Bez dzieci, z marzeniami o szczęśliwej rodzinie, z pustką w portfelach (wszystkie oszczędności poszły na mieszkanie). Przed nami wiła się wąską ścieżką rutyna życia codziennego. Wstawanie do pracy, praca, powrót do domu, domowa krzątanina, zakupy, gotowanie, pranie raz w tygodniu, sobotnie prasowanie, sprzątanie. Było jednak w tej rutynie coś ekscytującego, coś co pozwalało nam w natłoku codzienności dostrzegać drobne zdarzenia o wyjątkowych znaczeniach. Na przykład poranna jazda tramwajem.
Nasz tramwaj nie jest zbyt zatłoczoną linią, a jedzie w znacznej mierze przez tereny parkowe i śliczną aleję kasztanowców. Zwłaszcza na początku wiosny wpatrując się w krajobraz za szybą, zapominając, że de facto jedzie się do pracy, można odnieść wrażenie uczestnictwa w wycieczce turystycznej na łono przyrody.
Któregoś dnia jechaliśmy z Miszką starym tramwajem (bo tylko takie kursują na naszej linii) siedząc obok siebie. Nagle pojazd gwałtownie zahamował. Przez tory przechodziła właśnie kacza rodzina: mama i młode. Wszyscy pasażerowie obserwowali z zaciekawieniem to niecodzienne zjawisko przez szyby. Innym razem na naszym przystanku powitała nas rankiem ruda wiewiórka skacząca po gałęziach. Pamiętam też starszego pana, który przychodził na przystanek z latarką przymocowaną gumką do swojej czapki. Wyglądał jak górnik, który toruje sobie drogę przez szarości poranka. Przez kilka tygodni byliśmy z Miszką światkami tramwajowego romansu. Pewien pan już całkiem niemłody z teczką aktówką w dłoni
każdego ranka oczekiwał niecierpliwie na przystanku na pewną panią w wieku średnim. W tramwaju siadali obok siebie i prowadzili ożywioną konwersację. Ich cichy romans wydał się dopiero w walentynki, kiedy to podczas jazdy do pracy wymienili się między sobą walentynkowymi sercami.
Takie to były uroki tramwajowych podróży. Były, bo potem w naszym życiu pojawiły się dzieci. Gdy dojrzały już do przedszkola postanowiliśmy zawozić je tam samochodem.
Czasami tylko, gdy popołudniami idziemy na spacer proponuję dzieciom przejażdżkę na pętlę tramwajową i z powrotem. To tylko trzy przystanki od nas. Tramwaj jest już pustawy, więc mogą ,,rządzić” się w nim na całego. Zmieniają miejsca, Zo usadza swego misia Odżo w różnych punktach pojazdu, Franki bawi się w motorniczego. Dzieci  uwielbiają te nasze tramwajowe przejażdżki.
Drrryń, drrryń, odjazd….
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Nocne wędrówki

Nasze niewielkie mieszkanko na drugim piętrze w starym bloku zdołało pomieścić dużą, rozkładaną kanapę do spania dla mnie i Miszki oraz dwa osobne łóżka dla Zo i Frankiego.
– Ach, jakie to cudowne, że dzieci będą miały swoje łóżeczka – wzdychała radośnie Miszka, gdy kupowaliśmy owe meble.
Teoria teorią, a życie rządzi się swoimi prawami. Początkowo dzieci przesypiały całą noc w swoich łóżeczkach, ale z czasem odkryły, że o wiele lepiej śpi się w towarzystwie rodziców na dużej kanapie. No i rozpoczęły się nocne wędrówki…
Czasami zaczyna się już w momencie, gdy w naszym pokoju zalega nocna cisza. Wyłączamy telebzdety, radio, czy internet (co tam akurat chodzi) i kładziemy się z Miszką spać. I wtedy czujny aparat słuchowy Frankiego, działający niczym radar daje mu sygnał do działania: atak na łóżko rodziców. Słychać tupot bosych stóp biegnących po parkiecie, po czym niczym torpeda zaspany Franki ląduje precyzyjnie między nami. Przekładanie go z powrotem do swojego łóżka przynosi tylko chwilowy skutek. Franki jak bumerang potrafi wracać do nas kilkakrotnie w ciągu nocy. Nawet, gdy próbuję spać z nim kończy się to tym, że otrzymuję częste ciosy w brzuch zadawane kopnięciem mego syna. Cóż, Franki lubi spać rozwalając się szeroko. Nie pomagają żadne perswazje, tłumaczenia, a nawet drobne próby przekupstwa. Franki zawsze tłumaczy się w ten sam sposób:
– Boję się duchów, piratów i że mi się coś złego przyśni.
Z Zo początkowo nie było takich problemów. Ale ostatnio, skonstatowawszy, że skoro Franki może spać w łóżku rodziców, to czemu nie ona, zaczyna też odbywać nocne wędrówki. To już ponad moje siły. Opuszczam moje łoże małżeńskie i przenoszę się do łóżeczka Frankiego. Robię to już całkowicie bezwiednie, jak lunatyk. Rano się dziwię jak to się stało, że budzę się w innym miejscu niż zasypiałem.
Najbiedniejsza w tym wszystkim jest Misza, która dzielnie trwa na posterunku i śpi z dziećmi. Śpi, to za dużo powiedziane, bo jak można się wyspać na krawędzi łóżka? 
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz