Męskie popołudnie

Wczorajszy dzień spędziłem z dziećmi w domu. Wziąłem urlop z pracy, bo miałem nadzieję na pozałatwianie kilku spraw przedświątecznych. Niestety, temperatura czoła Zo nie chciała zejść poniżej 37-mej kreski. Czekałem więc cierpliwie na powrót Miszki. Dopiero po obiedzie mogłem się wyrwać z domu. Zabrałem ze sobą Frankiego. Zrobiliśmy sobie męskie popołudnie.
Wpierw pojechaliśmy na myjnię umyć naszą limuzynę. Franki dostał do ręki spryskiwacz i trzy minuty wodnego szaleństwa za jedyne 5 złotych. Młody uznał, że pryskać można wszystko, nie koniecznie samochód, więc używał sobie na całego. Potem dzielnie pomagał mi wycierać szyby. Pojechaliśmy jeszcze do kwiaciarni po kwiaty i znicze, a później na cmentarz do babci. A tam kolejne wodne szaleństwo. Frankiemu podobało się, że mógł chodzić po wodę do kraniku i polewać granitową płytę grobu. Pomoczył się przy tym i pobrudził ziemią, ale jaki był zadowolony…
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do biblioteki po zapas nowych książek do czytania na dobranoc. Franki, jako zapalony militarysta, wybrał książkę o Robin Hoodzie (a to dlatego, że jest tam mnóstwo rycerzy i że strzelają z łuków). Zrobiliśmy też małe zakupy w sklepiku. Jako faceci zmęczeni po tak wypełnionym zadaniami dniu, zasłużyliśmy sobie na chwilę relaksu. Dlatego kupiłem dla nas colę i chipsy. Wracając do domu samochodem zajadaliśmy się chipsami i słuchaliśmy głośno radia. Akurat leciał stary przebój Fiction Factory ,,Feels like heaven”.
– O! Znam to! – wykrzyknął Franki i zadowolonym głosem zaczął  sobie nucić pod nosem – Filjak hejwend, filjak hejwend…
Ha, nie ma to jak męskie popołudnie. Ja i mój syn.
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Akcja ząb

No to mamy już pierwsze rwanie mleczaka za sobą. Zo pozbyła się wczoraj swojego pierwszego ząbka. Została po nim przerwa w dolnym uzębieniu. Mamy teraz w domu małą szczerbatkę. Ale po kolei…
Od dobrego tygodnia w dolnej szczęce Zo ruszała się jedynka. Wypychał ją stały ząb, który zaczął już kiełkować. Wszelkie jednak próby usunięcia mleczaka domowymi sposobami natrafiały na opór właścicielki. Grzebanie przy jej zębie rodziło wielki niepokój Zo, która nie pozwalała nawet go sobie dotykać. Nie było innej rady, Miszka postanowiła, że jedziemy do dentysty. Franki też pojechał z nami, na przegląd.
Oba brzdące bardzo dzielnie zniosły wizytę u pani stomatolog. Może dlatego, że miały obiecane drobne upominki, jeżeli będą zachowywać się grzecznie. Pani dentystka chwyciła kleszcze i jednym sprawnym ruchem ukręciła mleczaka. Zo nawet tego nie poczuła. W nagrodę dostała blaszane pudełeczko na ząbki.
– Wydżysz Flanek, to nycz ne bolało – mówiła Zo przez tamponik, który trzymała wciąż w ustach.
– No przecież wiem – odpowiadał lekceważąco Franki, który swój przegląd uzębienie również uważał za bohaterski wyczyn.
Wieczorem ząbek schowany w blaszanym pudełku spoczął pod poduszką Zo.
– Czy wróżka przyniesie mi w nocy złoty pieniążek? – spytała senna właścicielka pudełeczka.
– Tak, oczywiście – zapewniłem i zacząłem się zastanawiać skąd wytrzasnąć złotą monetę. Na szczęście przypomniałem sobie o mojej kolekcji okazjonalnych dwuzłotówek. Gdy Zo zasnęła przejrzałem zbiory i wybrałem monetę wybitą z okazji dożynek. Na awersie była dziewczyna w stroju ludowym, więc uznałem, że może się to Zo spodobać.
Rano jeszcze przed godziną szóstą obudził mnie radosny okrzyk Zo:
– Tato! Zobacz dostałam złoty pieniążek!
– No, niesamowite -odparłem zaspanym głosem.
– Jak tobie wypadną ząbki to też dostaniesz pieniążka – oznajmiła radośnie moja córka.
– Wiesz, nie sądzę. A poza tym, jeśli mi zaczną wypadać zęby to tylko ze starości i nowe mi nie odrosną.
– To nie martw się tato – powiedziała Zo na pocieszenie. – Jak chcesz, to ten pieniążek może być nasz wspólny.
                                                                                                      

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Szef pierduszki

Franki znów zachorował. Który to już raz w tym roku? Cały tydzień przesiedział ze Stenią w domu. Zo oświadczyła, że w domu jej się nudzi i woli chodzić do przedszkola.
W czwartek pojechałem z Frankim po południu do lekarza na kontrolę. Obiecałem mu, że jak się będzie dobrze zachowywał to kupię mu w sklepie jakąś gazetkę z zabawką. Franki rzeczywiście zachowywał się wzorowo tak i w poczekalni, jak i w gabinecie lekarskim. Po wyjściu od pani Małgosi Dobrotliwej nie omieszkał jednak wyegzekwować złożonej przeze mnie obietnicy. Weszliśmy do sklepu. Jedyną sensowną i odpowiednią, według mojego uznania, gazetką, były ,,Przygody Kaczora Donalda”.
 – A co jest w środku? – dopytywał się Franki łapczywie zerkając na dołączoną do czasopisma zabawkę. Chwyciłem rzeczone pismo, by bliżej przyjrzeć się zawartości i odczytałem na głos:
– Po-du-szka pier-du-szka.
– Wow! – wykrzyknął na cały sklep Franki. – Poduszka, która pierdzi! Ale będzie śmierdzieć!
Zupełnie nieoczekiwanie sprawiłem dziecku największą frajdę, która śmiało może pretendować do miana frajdy miesiąca. Franki był strasznie podniecony nowym nabytkiem i nie mógł się doczekać, kiedy go wreszcie przetestuje. Z miną triumfatora wkroczył do domu… A tu goście. Karolinka z rodzicami i dziadek Bolek.
– Zobaczcie mam śmierdzącą poduszkę! – wykrzyknął Franki na powitanie. Pierwszą osobą, tak zwanym testerem, na którym wykonano próbę z poduszką była Karolinka. A potem zaczęło się… Temat pierdzenia i śmierdzenia nie schodził z ust dzieci. Zo chichrała się przy tym, jakby to był najśmieszniejszy dowcip świata. Karolinka jej wtórowała. We trójkę wypróbowywali poduszkę pierduszkę na wszelkie możliwe sposoby i kombinacje. Zaczęli ją sobie nawet wyrywać. Wtedy kontrolę nad całą sytuacją postanowił objąć Franki. Chwycił poduszkę w rękę i
niczym Syfon z ,,Ferdydurke” uniósł ją z namaszczeniem ku górze.
– Ja jestem szefem tego i wy musicie chodzić za mną –  oświadczył z uroczystą miną.
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wegetarianizm Zo

Rano Zo podczas porannej toalety w łazience podzieliła się ze mną osobistą refleksją:
– To nie dobrze, że ludzie jedzą zwierzęta. Nie powinno się jeść zwierzątek, które z nami mieszkają: kurczaczków, świnek, krówek…
– Ale te zwierzątka się hoduje po to, by mieć z nich mięsko – próbowałem jakoś to wytłumaczyć.
– To ja już nie będę jadła mięsa – uroczyście oświadczyła Zo.
I tak oto nasza córka w wieku pięć i pół została zdeklarowaną wegetarianką.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Bajka Frankiego

Dawno, dawno temu ludzie nie mieli jedzenia. Wszyscy płakali, wszyscy martwiali. A Pan Bóg powiedział tak: dziś stworzę wszystko. Pan Bóg stworzył domy, różne zamki, różne czołgi, żołnierzów i SKLEP.
Ludzie powiedzieli: możemy iść do sklepu. A tu wszystkie różne jedzenia. Tylko nie było ani jednej wody. No i to było straszne.
Koniec.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Misja ewnagelizacyjna Zo

Odwiedziła nas niedawno Olga z rodzicami. Zo bardzo się cieszyła na jej odwiedziny. W końcu są najlepszymi przyjaciółkami z przedszkola. My, starzy zasiedliśmy przy stole w dużym pokoju i raczyliśmy się herbatą i słodkim zakupionym na tę okazję przez Miszkę. Młodzież zajęła się sobą. O dziwo, Franki też lubi wizyty Olgi i potrafią się bawić razem we troje. Co jakiś czas młodzi formując trzyosobowy pochód maszerowali z jednego pokoju do drugiego. Zo na przodzie nadawała tempo i hasła, które wspólnie skandowali. Był więc pochód księżniczko-rycerski, był pochód indiańsko-kowbojski, był też przemarsz… hmm… przemarsz wyraźnie o zabarwieniu religijnym.
– Idziemy do Pana Jezusa! – wydzierała się Zo, a reszta pochodu powtarzała za nią.
– Pan Jezus na nas czeka! Tu są jego opłatki – pochód zatrzymał się przy naszym herbacianym stole, a Zo zaczęła rozdawać jego uczestnikom wyrwane z zeszytu karteczki. Chwilę później religijna manifestacja przeniosła się do kuchni, a do naszych uszu dotarła pieśń zaintonowana oczywiście przez naszą córkę:
– Hosanna, hosanna! Hosanna na wysokości!

– Skąd ci się wzięło takie natchnienie do pieśni kościelnych? – pytałem z rozbawieniem Zo, gdy Olga i jej rodzice wyszli już od nas.
– Oj, tato, to tylko taka zabawa.
– Przecież Olga nie chodzi w przedszkolu na religię.
– Teraz już chodzi – odparła dumnie Zo. Mówiła to tak, jakby to była jej osobista zasługa.
Zresztą, kto wie…

                                                                                                                                      

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Od autora

Dość długo milczałem, ale to z powodu małego kryzysu twórczego. Zostałem skrytykowany za swój subiektywizm w opisywaniu prawdy obiektywnej, jaka niewątpliwie jawi się z życia naszej Czwóreczki. Dobrze więc, obiecuję, że będę narratorem bardziej sprawiedliwym i poprawnym. Wracam do blogowania, bo jest parę fajnych rzeczy do opisania.

                                                                                                                                      

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Z kronikarskiego obowiązku

Znów jest nas więcej. W sobotę nad ranem Iza urodziła Jadwinię.

                                                                                                                                      

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dzień dziecka

Czwartek był ostatnim dniem pobytu Zo i Frankiego na chorobowym w domu. Z tej okazji wziąłem wolne w pracy, by pobyć trochę z moimi ukochanymi stworkami. Postanowiłem zafundować im dzień dziecka.
Rano, gdy Miszka cichaczem wymknęła się do pracy, my w trójkę urządziliśmy sobie piżamowe przyjęcie przy telewizji śniadaniowej. Żadnej bieganiny, nerwowości, szybkiego mycia się, czy ubierania. Luz. Bajki w telewizji i jajecznica dla wszystkich. Dopiero gdzieś koło godziny dziesiątej postanowiliśmy ruszyć się z miejsca. Zo narysowała rysunek dla swojej koleżanki Olgi, która akurat się rozchorowała. Postanowiliśmy zawieźć Oldze ten rysunek.
Franki też przystąpił do tworzenia swego dzieła życia na kartce formatu A3 pt: ,,Żołnierze amerykańscy”, ale nie chciał się nim podzielić z koleżanką. Chętnie jednak pomachał jej przez szybę samochodu. Olga odmachała nam z okna swego pokoju. Zo śmiała się i podskakiwała na foteliku ukazując tym swoją wielką radość.
Po tym jakże wzruszającym spotkaniu pojechaliśmy do centrum handlowego. Lubię jak jest w nim tak pustawo, sennie. Wtedy o wiele lepiej robi się zakupy. Ponieważ nastała wiosna przyszedł czas na zmianę obuwia u dzieci. Nam dorosłym na szczęście nie rosną już stopy i śmiało możemy włożyć, to co pół roku temu odłożyliśmy do szafki. U dzieci jeszcze nie zaobserwowałem takiej prawidłowości. Co sezon trzeba kupować nowe buty. Powybierałem, przymierzałem i w końcu kupiłem wiosenne obuwie dla Zo, Frankiego i kapcie dla siebie. Potem zafundowałem dzieciakom pobyt na placu zbaw. Zrobiłem to trochę wbrew zaleceniom Miszki, która uważa, że place zabaw w centrach handlowych pełne są zarazków, bakterii chorobotwórczych, promieni uv i wysokiego stężenia radiacji…
Po szaleństwach na zjeżdżalniach zamówiłem młodzieży wysoce niezdrowe zestawy dziecięce z KFC. Głównie chodziło, o zabawki, które są dodatkiem do jedzenia. Kupiliśmy sobie jeszcze słodycze w markecie, wycyganiliśmy dwa reklamowe baloniki i wróciliśmy do domu.
W poczuciu winy, że może niezbyt dobrze dbam o odpowiednie wyżywienie dzieci upiekłem im naleśniki. Zo zjadła nawet jednego. Franki nie skosztował, bo zdążył w tym czasie usnąć.
Nagle dzwonek do domofonu. Mamy wyjrzeć przez okno. W samochodzie siedziała Olga. Właśnie wracała od lekarza. Pomachała  nam przyjaźnie, Zo odwzajemniała jej swoim machaniem z okna.
Zanim wróciła Miszka Franki zdążył się przebudzić. Z buzią wysmarowaną od czekolady, z przepoconą (od spania) czupryną, wymachując zdobytym w KFC pluszowym osiołkiem powitał mamę:
– Hurra! Zobacz co dostałem!
– A Olga machała mi z samochodu – dodała uradowana Zo.
Widać, był to dzień pełen wrażeń.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

I nastał spokój

Pan Bóg po trudach stworzenia całego świata siódmego dnia odpoczął. I nastał spokój.
Misza i ja doświadczyliśmy wczoraj czegoś podobnego.
Młodzież wydostaje się już całkiem ze swych chorób, a nawet jak się patrzy na ich rozbrykanie, to można odnieść wrażenie, że są już całkiem zdrowi. Wczoraj po południu Zo pojechała z Miszą do laryngologa na badania kontrolne swojego biednego uszka. My faceci  zostaliśmy sami w domu. Początkowo bawiliśmy się w rycerzy walcząc na plastikowe kręgle i poduszki. Wkrótce jednak zostałem przez Frankiego aresztowany, związany i odstawiony do więzienia na kanapę. Przesiadując w mojej celi poczułem błogość płynącą z miękkiego materaca kanapy.
– To co, może obejrzymy ,,Teleekspress” – zaproponowałem młodemu wojownikowi, bo czułem, że sam nie mam już siły wstać z mojego słodkiego więzienia. Wojownik skrzywił się, a chyba nawet lekko obraził. Dopiero jak zmieniłem kanał w telewizji na bajkę o pomysłowym Dobromirze usiadł przy mnie. Wkrótce i on poddał się przymilnym urokom kanapy i zaczął opadać na poduszkę. Nim bajka się skończyła młody spał w najlepsze.
Wkrótce wróciła Misza z Zo. Wróciła trzymając naszą córkę w objęciach, gdyż ta zasnęła jej w samochodzie. Była godzina 18, a nasze pociechy spały na dobre. W domu zapanowała niezwykła, jak na tę porę dnia cisza.
I co tu robić? A tak, jest cała sterta rzeczy do prasowania. Można jeszcze posprzątać mieszkanie, przetrzeć lustra, umyć naczynia, wyrzucić śmieci. Można też zaparzyć sobie herbatę, usiąść w kuchni i zjeść ze spokojem kolację. Można nareszcie pogadać, prowadzić (tak bardzo pożądany przez Miszę) dialog małżeński.
Dzieci nie obudziły się do rana.
Jaki błogi spokój…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz