Kto mieszka w lesie

Rozmowa z Frankim na temat mieszkańców lasów.
– W lesie mieszkają lisy, dziki, jakieś lenie (prawdopodobnie chodziło mu o jelenie), miś, konie, foki, krokodyl i króliczki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Z kronikarskiego obowiązku

Po pierwsze: 20 maja na świat przyszedł Patryk – drugi syn Moniki i Marcina. Modlimy się o jego zdrowie, bo Patryczek przyszedł na świat nieco wcześniej niż było to planowane. Czekamy na dobre wieści.

Po drugie: dziś Zo straciła swojego drugiego mleczaja. Ukręciła go pani dentystka Lidia z zaprzyjaźnionej przychodni koło mojej pracy. Młoda pacjentka zniosła zabieg bardzo dzielnie. Po dwudziestu minutach od wyrwania jak gdyby nic wróciła do przedszkola.

Po trzecie: nie ma już z nami Caruso. Rybce wyraźnie nie przypadło do gustu nasze towarzystwo i podczas naszej nieobecności w domu Caruso w desperackim kroku wyskoczył z akwarium. Znalazł wolność, ale niestety chyba już na drugim świecie. Dzieci zbytnio nie rozpaczały. Stwierdziły, że nie ma powodu, bo przecież można kupić drugą rybkę. Od czego są rodzice i ich pieniążki….

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Hierarchia ważnosci

Teraz to już wiem co i kto jest najważniejszy. Uświadomił mi to wczoraj Franki.
Wróciliśmy pod wieczór z placu zabaw. Jak zwykle młodzież wparowała do mieszkania i nie zdejmując butów rzuciła się do kuchni po picie.
– Pamiętajcie! Najważniejsze, zawsze po przyjściu z podwórka jest umycie rąk – zacząłem po raz setny dydaktyczną pogadankę.
– Najważniejszy tato, to wiesz kto jest? – wtrącił się z uczoną miną Franki.
-No?
– Najważniejszy jest Pan Bóg. A nie tam jakieś jedzenie, czy łazienka.
Aż mnie zatkało.
– I jeszcze jak się robi zakupy – swoje trzy grosze próbowała dodać Zo – to zapisuje się na kartce te najważniejsze rzeczy. Prawda tato?
Tak. Prawda. Najważniejszy jest Pan Bóg, a zaraz po nim to, co Miszka zapisuje mi na kartce, gdy idę po zakupy do ,,Biedronki”. I niech bym tylko spróbował zapomnieć kupić coś z listy… Wtedy lepiej niech Pan Bóg ma mnie w swojej opiece.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Rybka zwana Caruso

Właśnie zakończyliśmy huczne obchodzenie imienin Zo. Miało być skromnie, rodzinnie, a wyszedł z tego wszystkiego festiwal prezentów. Już od dłuższego czasu dzieciaki męczą nas o jakieś żywe stworzonko w domu. Jak na razie oboje z Miszką dzielnie opieraliśmy się nachalnym prośbą. Ostatecznie Zo przystała na to, że na imieniny dostanie mechanicznego stworka zwanego Zhu-zhu pets, czyli samobieżnego chomika wydającego przeróżne dźwięki i piski. To by nam wszystkim bardzo pasowało, bo jedyną formą opieki nad tym stworzeniem jest wymiana baterii. I na tym byśmy mogli zakończyć sprawę hodowania zwierząt w domu, gdyby nie dziadek Bogdan, który poprosił, żebyśmy w jego imieniu kupili Zo prawdziwą rybkę.
No, dobra. Rybka nie jest droga i nie wymaga wyprowadzania trzy razy dziennie na spacer. Rzec by można, że jest mało kłopotliwa. Mała rybka w kuli. Ot, taka drobnostka…
Miszka zadzwoniła do sklepu zoologicznego spytać się, czy są kule akwariowe. Ale pani sprzedawczyni uznała, że rybki w kuli za bardzo się stresują. Najlepsze jest małe akwarium. Akurat mają ostatnie. Akcja błysk, czyli ja wsiadam w samochód i gnam do sklepu.
– Jeśli chce pan profesjonalnie podejść do hodowli rybek musi pan w to przedsięwzięcie trochę zainwestować – oznajmiła mi pani sprzedawczyni.
– Cóż, dobrze – westchnąłem ciężko i pomyślałem sobie na pocieszenie, że część inwestycji sfinansuje przecież teść.  
– Musi pan mieć podłoże, roślinki, filtr powietrza – zaczęła wyliczać pani sprzedawczyni – bakterie oczyszczające wodę, grzałkę, pokarm żywy, pokarm suchy…
Wróciłem do domu z kartonem pełnym niezbędnego sprzętu na który wydałem ponad sto złotych i z jedną małą rybką – bojownikiem za dziewięć dziewięćdziesiąt.

Zo rzeczywiście bardzo się ucieszyła z rybki.
– Czy to jest chłopiec, czy dziewczynka? – spytała.
– Chłopiec – odparłem.
– Franki! – wykrzyknęła Zo. – To jest chłopiec. Możesz mu nadać imię!
Franki wpadł do pokoju, popatrzył zdumiony na rybkę i bez zastanowienia wypalił:
– Może Karuzela!
– Wiesz co, to nie jest dobre imię dla chłopca. Lepiej brzmi Caruso – zaproponowałem, bo jakoś tak mi się to słowo skojarzyło z karuzelą.
– Świetnie! – ucieszyli się oboje Zo i Franki. I tak rybka została Carusem.

Niedziela rano. Wczesny świt, parę minut po godzinie szóstej.
– Mamo! Mamo! – krzyczy Zo na cały głos. – A Franek chlapie mnie wodą z akwarium!

Akwarium stoi na szafce pomiędzy łóżkami Zo i Frankiego. Tak duży zbiornik z wodą stanowi nie lada pokusę dla dzieci. Już na samym wstępie Zo chciała karmić rybkę liśćmi od kwiatów, które dostała na imieniny. Franki utopił w zbiorniku kawałki czekolady. Co chwilę zanurza tam ręce i ma wiecznie mokre rękawy bluzki. Pytał się, czy może włożyć do akwarium swoich piratów.

Niedzielne popołudnie. Pora poobiednia. Zmywam naczynia w kuchni. W pokoju dzieci panuje dziwna cisza. Nagle słyszę Frankiego:
– Tato, mogę zdjąć koszulę, bo jest mi za gorąco?
– Możesz – odpowiedziałem, ale tchnęło mnie przeczucie. Pewnie młody znów zamoczył rękaw. Idę do pokoju. Dzieci stoją na stołkach i pochylają się nad akwarium. Wszędzie pełno wody.
– Gdzie rybka? – pytam się, bo nie mogę jej dojrzeć.
– Zamknęliśmy ją – mówi dumnie Franki i pokazuje mi na trzymane w ręku drewniane pudełko.
– CO!?
Otwieram przerażony pudełko, a w środku Caruso ledwo już zipie. Na szczęście po wpuszczeniu do wody cudownie ożył.
– Co wy robicie! – ponoszą mnie już nerwy.
– Bo ta rybka chciała mnie ugryźć – tłumaczy się Zo.
– Musieliśmy ją zamknąć – dodał z miną specjalisty brat – obrońca.
– Czy wiecie, że ona mogła zdechnąć bez wody?
Dzieci obraziły się na mnie.
Dopiero po pół godzinie Zo zaczęła chlipać.
– Tak mi przykro, nie chciałam jej zabić – przyszła przytulić się do mnie. – Już więcej tego nie zrobię. Obiecuję!
Pogłaskałem Zo i powiedziałem, że
na szczęście nic się  złego nie stało. Zo się uspokoiła. Franki natomiast nie poczuł wyrzutów sumienia i nie złożył w związku z tym żadnej obietnicy. Chyba nie wróży to zbyt dobrze dalszemu losowi rybki zwanej Caruso.
  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Kopciuszek bez pieska

,,Sporo tutaj jest atrakcji,
kino, Teatr Animacji
i warsztaty i wystawy
i konkursy i zabawy…”
To fragment tekstu, który Franki ma się nauczyć na przedstawienie w przedszkolu z okazji Dnia Matki. Wszyscy w domu razem z nim wałkujemy całą rolę na okrągło. Franki podchodzi do sprawy ze stoickim spokojem, gdyż według swojego osobistego mniemania, on już rolę opanował dostatecznie dobrze. Chodzi więc po domu i powtarza: ,,sporo tutaj jest AKTRAKCJI”.
A skoro już mowa o przedstawieniu i Teatrze Animacji, to Miszka wpadła na pomysł, że czas najwyższy zafundować dzieciom nieco kultury na wyższym poziomie. Od ciągłego oglądania bajek w telewizji w ich umyśle stworzyła się już lekkostrawna papka obrazkowa, niestety bez właściwych składników odżywczych, tak potrzebnych do tworzenia kulturalnej wrażliwości. Teatr zaś, to prawdziwa świątynia ducha. TEATR! Jego magia: przyciemnione foyer, wygodne siedzenia na widowni, czarna kurtyna, bliskość sceny i podniecające bicie serca na odgłos gongu. Nie ważne, że to teatr dla dzieci. Tak dawno z Miszką nie uczestniczyliśmy w nurcie kultury wysokiej, że propozycja udania się na spektakl dla dzieci wydała się nam obojgu wielce kusząca.
Akurat grano ,,Kopciuszka”. Może być. Dzieci były zainteresowane. Przyznam, że inscenizacja nie była zbyt rewelacyjna. Kopciuszek nawet nie był umazany, ciągle tylko wzdychał do gołębi, nie było matki chrzestnej-wróżki, nie było karety i bicia zegara o północy. Nasze dzieci pogubiły się już w momencie, gdy akcja przedstawienia przeniosła się w głąb sceny i aktorzy zostali zamienieni na kukiełki (w końcu to teatr animacji).
– Dlaczego są dwa Kopciuszki? – pytał się Franki, a Zo wyrażała dezaprobatę na widok niezbyt ładnego kukiełkowego księcia. Na szczęście zaczął się antrakt i młodzież mogła ochoczo przystąpić do spożywania słodyczy, które zabraliśmy ze sobą z domu.  
– Tato, a gdzie jest piesek? – wyszeptał mi do ucha Franki podczas drugiego aktu.
– Piesek? – zdziwiłem się.
– W bajce Kopciuszek miał pieska.
No tak, w filmie Disney’a występuje piesek, a dla naszych dzieci najważniejszym pierwowzorem całej opowieści jest właśnie bajka filmowa. Zakończe
nie spektaklu dzieci przyjęły z dużym uczuciem ulgi. Nie domagały się bisu.


– I jak wam się podobało? – spytała Miszka po przedstawieniu.
– Nie było pieska – podsumował Franki.

Tak to właśnie świat teatru przegrał ze światem telewizji walkę o duszę młodego widza.

 
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Plan działania

Właśnie minął termin składania w przedszkolu prac plastycznych na konkurs ,,Moja Wielkopolska”. Zo, która dotychczas nie była w ogóle zainteresowana we wzięciu udziału w konkursie nagle dostała natchnienia i wpadła w rozpacz, że ona nie ma żadnej pracy. W drodze z przedszkola do domu oznajmiła:
– Mam plan!
To super! Popatrzyliśmy na siebie z Miszką zaskoczeni. Nasze dziecko zaczyna działać konstruktywnie.
– Mama zajmie się obiadem, a tata pomoże mi w rysowaniu – przedstawiła swój plan Zo.
– Może ty Zosiu namalujesz koziołki, albo inne zwierzęta, które później się wytnie i naklei na dużą kartkę na której ja narysuję kontury Wielkopolski – zaproponowałem. 
– Nieee! – zawył Franki z tylnego siedzenia samochodu i nie wiadomo dlaczego zaczął płakać.
– Co się stało? – zaczęła dopytywać Miszka.
– Plan Zosi mi się nie podoba, a plan taty jest brzydki – zachlipał Franki.

Mimo protestów Młodego przystąpiliśmy do realizacji planu powstawania dzieła pt.: Moja Wielkopolska. Realizacja szła opornie, bo nic nikomu nie pasowało. Zo narysowała ratusz poznański, który wyglądał jak łyse drzewo. Franki stwierdził, że on w ogóle nie potrafi rysować i ze złości pogniótł rysunek Zo. To znów wkurzyło mnie i zaczęliśmy na siebie krzyczeć. W końcu udało mi się odrysować kontury województwa i poprosiłem by dzieci wypełniły je swoimi rysunkami. Franki rzucił się pierwszy i narysował słońce i chmurkę, dokładnie tam gdzie miała być zielona łąka z kwiatami. Zo uznała, że najważniejszy na rysunku jest jej podpis i złożyła go w miejscu, w którym miało być słonko i chmurka. W dodatku wykazała się niezwykłym talentem, bo napisała swoje imię wspak.
Uznałem, że to wszystko nie jest na moje nerwy i poddałem się. Uciekłem do kuchni, a na pole boju wysłałem Miszkę. Dzieci miały powycinać i ponaklejać kolorowe zdjęcia z zabytkami. Znów było pełno pisku i krzyku. Franki chciał naklejać wszystko co mu wpadło pod rękę w każde wolne miejsce na rysunku. Zo płakała, że jest krzywo, a Miszka zaczęła wołać mnie na pomoc, bo stwierdziła, że ten cały cyrk nie jest na jej nerwy. 
Krótko mówiąc cały plan działania wziął w łeb. Zamiast przyjemności ze wspólnej rodzinnej pracy, mieliśmy tylko kłębowisko nerwów. Ale, co muszę uczciwie przyznać, w końcu coś tam powstało. Nawet nie najgorszego.
Może tak to już jest, że wspólnie tworzone dzieła sztuki muszą rodzić się w bólu. A w rodzinie, w której każdy ma odmienny charakter trudno działać zgodnie z wytyczonym wcześniej planem. Może po prostu wystarczy mieć do tego więcej cierpliwości. 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wieczór poezji

Dzieci dojrzewają i zaczynają ujawniać swoje talenty. Obserwowanie tego zjawiska jest niezwykle fascynujące. Od kilku miesięcy Zo pilnie i z pełnym pasji zaangażowaniem ćwiczy się w rysunkach. Wizerunki księżniczek, piesków i kotków powstają już na skale masową. Niedawno nasza mała malarka narysowała obraz pt.: ,,Kosmiczna Barbie w fioletowych włosach i okularach”. Co ciekawe, księżniczki i inne stwory są natychmiast wycinane i stanowią samodzielne dzieło bez malarskiego tła.
Ostatnio również i Franki złapał malarskiego bakcyla i zaczął z neoficką żarliwością kreślić kredkami po kartkach papieru. Jego tematy prac ograniczają się wyłącznie do jednego motywu: wojsko. 
Wczoraj Zo zaskoczyła nas swoim nowym talentem. Zaprosiła wpierw Miszkę, a później także i mnie na swój autorski wieczór poetycki. Odbył się on w kuchni, tuż przed kolacją.
Zo zaprezentowała dwa powstałe pod wpływem nagłego natchnienia utwory. Niestety nie potrafię ich zacytować, mogę jedynie spróbować opisać.
Pierwszy wiersz był o tanecznym przyjęciu w którym uczestniczyły lalki i ukochany miś autorki – Odżo. Drugi utwór, znacznie trudniejszy w sferze interpretacyjnej miał zabarwienie bardziej ludyczne i był o babie na którą wskoczył niejaki wół Bambidu (!) i w związku z tym była kupa śmiechu.
Nie do końca wiem, co artystka miała na myśli i gdzie ukrył się podmiot liryczny, ale z prawdziwą sztuką się nie dyskutuje. Można ją tylko chłonąć. Artystka- debiutantka została więc nagrodzona gromkimi brawami i słoiczkiem przecieru jabłkowego. Zo bardzo lubi lubi ten deser, więc od razu po zakończonym wystąpieniu przystąpiła do jego spożycia. 

   
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

W kwestii higieny włosów

Nasze dwa małe utrapieńce znów są przeziębione i przymuszone do pozostania w domu pod nadzorem. Przez to przeziębienie od kilku dni oba stworzenia Boże nie zaznały porządnej kąpieli, nie mówiąc już o myciu włosów. Wczoraj rano lustrując stan higienicznej zapaści owłosienia głowy Frankiego stwierdziłem, że przydałoby mu się wreszcie porządne mycie z użyciem szamponu.
– Nie! – zaprotestował malec. – Nie chcę myć włosów. A właściwie po co mam je myć?
– Bo masz je takie… – zacząłem szukać odpowiedniego i dobitnego określenia.
– Już wiem – przerwał mi Franki. – Bo moje włosy są takie starożytne.

   
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pierwsza krew

Ciepłe, słoneczne popołudnie. Zaraz po przedszkolu Zo pojechała z Miszką na zajęcia rehabilitacyjne, a ja postanowiłem wyjść z Frankim na plac zabaw. Wzięliśmy jego spiderman-owski rowerek, piłkę i butelkę z wodą mineralną. Jazda rowerkiem szybko się znudziła młodemu i wolał ganiać za piłką. Wkrótce na placu pojawił się kolega Frankiego i Zo – Piotruś. Kolega przyniósł ze sobą butelkę po spryskiwaczu na szyby. Butelka wypełniona była wodą, która pod wpływem ręcznego pompowania wspaniale się rozpylała. Frankiemu aż zaświeciły się oczy z podniecenia. Gotów był przehandlować swoją piłkę i rowerek za parę minut używania spryskiwacza. Niestety woda szybko się skończyła. Wtedy Franki wpadł na pomysł, że do dalszej zabawy można wykorzystać jego wodę pitną.
– A co, tam – pomyślałem sobie i zgodziłem się na ten koncept.
Chwilę później chłopacy ganiali się po całym boisku. Obok nich grali w piłkę nieco starsi piłkarze. Nagle uciekający przed Piotrusiem Franki zetknął się z torem kopniętej niezbyt mocno piłki. Siła uderzenia była jednak na tyle duża, że obaliła młodego, który lotem zestrzelonej kaczki zarył rękami o brukowaną nawierzchnię boiska. Goły łokieć (Franki biegał w krótkim rękawku) prawej ręki przytarł się aż do krwi. Oszołomiony młodzieniec wstał, popatrzył na czerwieniejący łokieć i nie wiedział co ma robić. Minę miał taką, jakby się miał za chwilę rozpłakać. Ale obok stał Piotruś, więc nie mógł być mazgajem. Podbiegł do mnie i jęczał:
– Auć, auć…
Chciałem mu przemyć ranę wodą, ale cały zapas wody jaki mieliśmy ze sobą został zużyty podczas zabawy z rozpryskiwaczem. Przyłożyłem mu więc do rany chusteczkę higieniczną.
– Wracamy do domu? – spytałem, ale Franki już biegł dalej. Ganiał się jeszcze z Piotrusiem przez dobry kwadrans. Cały czas trzymał twardo chusteczkę przy łokciu. Ciężko mu się tak biegało, ale był wytrwały. Dopiero po tym kwadransie podbiegł do mnie i powiedział:
– Boli mnie, chcę do domu.
Po powrocie z dumą pokazał mamie swoją ranę. Było to najważniejsze wydarzenie z podwórka. Poprosił o założenie plasterka.
No, to będzie miał teraz co opowiadać jutro w przedszkolu… To jego pierwsza tak poważna rana odniesiona podczas zabawy na podwórku. 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Święta pachnące żywicą

To był wspaniały pomysł dziadka Bolka. Święta Wielkanocne spędzamy całą rodziną, (czyli nasza czwóreczka, trójeczka od siostry plus dziadek) poza miastem, w plenerze. Początkowo miały to być agro-święta na wsi, ale skończyło się na ośrodku wczasowym w Sierakowie. Las, jeziora, cisza, spokój i wspaniała, słoneczna pogoda. Dzieci zachwycone. My też, bo wszystko na stół zostało podane, a potem posprzątane przez obsługę ośrodka. Żadnych przygotowań świątecznych, porządków, pieczenia, żadnego obżarstwa i męczących wizyt u rodziny. Mieliśmy wszystko pod ręką i na zawołanie: pełne wyżywienie, święconkę, atrakcje dla dzieci, plac zabaw, wieczorne pieczenie kiełbasek przy ognisku, karaoke, wycieczkę krajoznawczą.
Ponieważ nasze dzieci nie miały litości nawet dla współlokatorów z ośrodka i budziły się regularnie tuż po godzinie szóstej rano, postanowiliśmy je wyprowadzać przed śniadaniem do lasu. Nie, nie tak jak w bajce o Jasiu i Małgosi… Nie zostawialiśmy ich tam samych. Chodziliśmy razem na spacery, aby mogły się wykrzyczeć w lesie. Nabierały też większego apetytu na śniadanie.
W niedzielę rano było obfite śniadanie wielkanocne. Po skończonej biesiadzie dzieci szukały w ogródku zajączka. To była ta największa atrakcja dnia. Pojechaliśmy też na mszę do kościoła do Sierakowa, a że było tak ciepło, to po południu urządziliśmy sobie piknik na plaży przy jeziorze. Dzieci biegały na bosaka po piasku, a Zo chciała nawet się kąpać. Na szczęście wmówiliśmy jej, że bez stroju kąpielowego nie może wejść do wody, a stroju nie zabraliśmy ze sobą.
Franki opanował balkon naszego pokoju. Na stoliczku urządził czasową wystawę żołnierzyków, których zabrał ze sobą i tych, których dostał od zajączka. Nasz mały militarysta siedział na krzesełku pilnował ekspozycji i łypał czujnym wzrokiem na okolicę pod balkonem:
– Cześć piesku.
Dzień dobry, jak się pani nazywa? A co robicie?– wołał ze swojego punktu obserwacyjnego do przechodzących pod balkonem stworzeń i postaci.
– O! Zakochana para – dał się słyszeć w pewnym momencie okrzyk z balkonu. – Zośka, szybko, chodź, oni się całują! 

Szkoda, że czas tak szybko minął. Dzieci bardzo żałowały, że musieliśmy w poniedziałek  wracać do domu.
– Ja jestem ciężko chory – oznajmił Franki.
-A co ci jest? – spytała mama.
– Jestem ciężko chory – Franki skulił się tak, jakby go bolał brzuszek. – Dlatego nie mogę iść jutro do przedszkola.
O cho, rośnie nam mały symulant. Dobrze, że jeszcze nie umie tak przekonująco nas nabierać. Ale myślę, że z czasem nabierze w tym wprawy.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz