Pierwsza krew

Ciepłe, słoneczne popołudnie. Zaraz po przedszkolu Zo pojechała z Miszką na zajęcia rehabilitacyjne, a ja postanowiłem wyjść z Frankim na plac zabaw. Wzięliśmy jego spiderman-owski rowerek, piłkę i butelkę z wodą mineralną. Jazda rowerkiem szybko się znudziła młodemu i wolał ganiać za piłką. Wkrótce na placu pojawił się kolega Frankiego i Zo – Piotruś. Kolega przyniósł ze sobą butelkę po spryskiwaczu na szyby. Butelka wypełniona była wodą, która pod wpływem ręcznego pompowania wspaniale się rozpylała. Frankiemu aż zaświeciły się oczy z podniecenia. Gotów był przehandlować swoją piłkę i rowerek za parę minut używania spryskiwacza. Niestety woda szybko się skończyła. Wtedy Franki wpadł na pomysł, że do dalszej zabawy można wykorzystać jego wodę pitną.
– A co, tam – pomyślałem sobie i zgodziłem się na ten koncept.
Chwilę później chłopacy ganiali się po całym boisku. Obok nich grali w piłkę nieco starsi piłkarze. Nagle uciekający przed Piotrusiem Franki zetknął się z torem kopniętej niezbyt mocno piłki. Siła uderzenia była jednak na tyle duża, że obaliła młodego, który lotem zestrzelonej kaczki zarył rękami o brukowaną nawierzchnię boiska. Goły łokieć (Franki biegał w krótkim rękawku) prawej ręki przytarł się aż do krwi. Oszołomiony młodzieniec wstał, popatrzył na czerwieniejący łokieć i nie wiedział co ma robić. Minę miał taką, jakby się miał za chwilę rozpłakać. Ale obok stał Piotruś, więc nie mógł być mazgajem. Podbiegł do mnie i jęczał:
– Auć, auć…
Chciałem mu przemyć ranę wodą, ale cały zapas wody jaki mieliśmy ze sobą został zużyty podczas zabawy z rozpryskiwaczem. Przyłożyłem mu więc do rany chusteczkę higieniczną.
– Wracamy do domu? – spytałem, ale Franki już biegł dalej. Ganiał się jeszcze z Piotrusiem przez dobry kwadrans. Cały czas trzymał twardo chusteczkę przy łokciu. Ciężko mu się tak biegało, ale był wytrwały. Dopiero po tym kwadransie podbiegł do mnie i powiedział:
– Boli mnie, chcę do domu.
Po powrocie z dumą pokazał mamie swoją ranę. Było to najważniejsze wydarzenie z podwórka. Poprosił o założenie plasterka.
No, to będzie miał teraz co opowiadać jutro w przedszkolu… To jego pierwsza tak poważna rana odniesiona podczas zabawy na podwórku. 

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubi pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od blogu, poprzez recenzje książkowe na utworach literackich kończąc. Obecnie pracuje w drukarni naukowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Pierwsza krew

  1. Miszu pisze:

    Muszę dopisać ciąg dalszy historii. Otóż Franki po założeniu opatrunku nie pozwalał sobie dotykać rany przez kilka najbliższych dni. Wrzeszczał i panikował przy każdej najmniejszej próbie ściągnięcia plastra. Dopiero po kilku dniach Miszka zauważyła, że rana zaczyna brzydko pachnieć. Zaczęły się tworzyć jakieś zaropienia. Przerażona Miszka dzwoniła nawet po poradę do przychodni. Na szczęście po intensywnym odkażaniu rękę udało się uratować. Obecnie Franki posiada kilka mniejszych i większych skaleczeń na całym ciele. Wczoraj w przedszkolu nabił sobie potężnego guza. Jest z tego faktu wielce dumny, bo nareszcie wygląda jak prawdziwy żołnierz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *