Święta pachnące żywicą

To był wspaniały pomysł dziadka Bolka. Święta Wielkanocne spędzamy całą rodziną, (czyli nasza czwóreczka, trójeczka od siostry plus dziadek) poza miastem, w plenerze. Początkowo miały to być agro-święta na wsi, ale skończyło się na ośrodku wczasowym w Sierakowie. Las, jeziora, cisza, spokój i wspaniała, słoneczna pogoda. Dzieci zachwycone. My też, bo wszystko na stół zostało podane, a potem posprzątane przez obsługę ośrodka. Żadnych przygotowań świątecznych, porządków, pieczenia, żadnego obżarstwa i męczących wizyt u rodziny. Mieliśmy wszystko pod ręką i na zawołanie: pełne wyżywienie, święconkę, atrakcje dla dzieci, plac zabaw, wieczorne pieczenie kiełbasek przy ognisku, karaoke, wycieczkę krajoznawczą.
Ponieważ nasze dzieci nie miały litości nawet dla współlokatorów z ośrodka i budziły się regularnie tuż po godzinie szóstej rano, postanowiliśmy je wyprowadzać przed śniadaniem do lasu. Nie, nie tak jak w bajce o Jasiu i Małgosi… Nie zostawialiśmy ich tam samych. Chodziliśmy razem na spacery, aby mogły się wykrzyczeć w lesie. Nabierały też większego apetytu na śniadanie.
W niedzielę rano było obfite śniadanie wielkanocne. Po skończonej biesiadzie dzieci szukały w ogródku zajączka. To była ta największa atrakcja dnia. Pojechaliśmy też na mszę do kościoła do Sierakowa, a że było tak ciepło, to po południu urządziliśmy sobie piknik na plaży przy jeziorze. Dzieci biegały na bosaka po piasku, a Zo chciała nawet się kąpać. Na szczęście wmówiliśmy jej, że bez stroju kąpielowego nie może wejść do wody, a stroju nie zabraliśmy ze sobą.
Franki opanował balkon naszego pokoju. Na stoliczku urządził czasową wystawę żołnierzyków, których zabrał ze sobą i tych, których dostał od zajączka. Nasz mały militarysta siedział na krzesełku pilnował ekspozycji i łypał czujnym wzrokiem na okolicę pod balkonem:
– Cześć piesku.
Dzień dobry, jak się pani nazywa? A co robicie?– wołał ze swojego punktu obserwacyjnego do przechodzących pod balkonem stworzeń i postaci.
– O! Zakochana para – dał się słyszeć w pewnym momencie okrzyk z balkonu. – Zośka, szybko, chodź, oni się całują! 

Szkoda, że czas tak szybko minął. Dzieci bardzo żałowały, że musieliśmy w poniedziałek  wracać do domu.
– Ja jestem ciężko chory – oznajmił Franki.
-A co ci jest? – spytała mama.
– Jestem ciężko chory – Franki skulił się tak, jakby go bolał brzuszek. – Dlatego nie mogę iść jutro do przedszkola.
O cho, rośnie nam mały symulant. Dobrze, że jeszcze nie umie tak przekonująco nas nabierać. Ale myślę, że z czasem nabierze w tym wprawy.

 

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubi pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od blogu, poprzez recenzje książkowe na utworach literackich kończąc. Obecnie pracuje w drukarni naukowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *