Usługi fryzjerskie

Chwila mojej nieuwagi i stało się. Miszka wraca z pracy i patrząc na Zo pyta podejrzliwie:
– Przycięłaś sobie grzywkę?
– Tak – mówi z obojętną miną nasza rezolutna córeczka. – Musiałam, bo była już za długa. Franka też przycięłam…
Trudno opisać jak wyglądał Franki. Pasowała do niego jedno tylko określenie: senny koszmar szalonego fryzjera. Grzywka przycięta w odcinkach o różnej długości.
Franki uśmiechnięty na rumianej buzi okazuje pełnię samozadowolenia. W końcu nie zawsze trafia się taka okazja na darmowe usługi fryzjerskie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Żołnierski sms

Franki wczoraj wieczorem przed zaśnięciem roztoczył przede mną taką oto perspektywę swojej dorosłości:
– Tato wiesz, jak będę już dorosły to zostanę żołnierzem. I będę was często odwiedzał w domu. A jak nie, to zadzwonię, albo napiszę sms-a.
– To fajnie, że nas będziesz odwiedzał – pochwaliłem syna.
– No, fajnie – potwierdził przyszły żołnierz. – Ale tato…
– Co?
– Nie wiem tylko jak się pisze sms-a…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Tatuliś w krzyżackiej drużynie

Kilka słów o naszych rodzinnych zwyczajach. Muszę przyznać, że oboje z Miszką uwielbiamy przytulać się do naszych dzieci. Zwłaszcza rano i wieczorem kultywujemy nasze ,,tulaństwo”. Dzieci też to uwielbiają i często dopominają się o swoją dzienną porcję przytulania. Ostatnio zaskoczyła mnie Zo, która podbiegła do mnie i wyszczebiotała nowe, wymyślone przez siebie określenie mojej osoby:
– Tatuliś!
Muszę przyznać, że serce mi rozmiękło jak masło w największy upał.
Inne słodkie określenia, które używa Zo to Tati, lub bardziej z czeskiego Tatinek.
Jak to mówił Kwiczoł w ,,Janosiku”: ,,tyż piknie”.

Podobają mi się niektóre określenia jakie używa Franki. Na przykład pyta się czasami, czy może coś ,,zdejmić”.
– Mogę zdejmić ten sweter, bo mnie drapie?
Skoro można ,,zdejmić”, to zdaniem Frankiego można też coś ,,weźmić”.
– Tato, mogę ze sobą weźmić tę książkę?
Wiele rzeczy, które mu nie pasują są po prosu ,,fujowe”. Wczoraj natomiast podczas spaceru użył sformułowania ,,psy przewodnikowe”, czyli psy w charakterze przewodnika  np. dla osób niewidomych.  Kiedy jest na mnie obrażony mówi, że ,,już nie jestem w jego drużynie, tylko w krzyżackiej”.
Tak, bycie w krzyżackiej drużynie to jest najgorsza zniewaga… Lepiej już na nią nie zasługiwać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Tata Świnka

Któż nie zna uroczej bajeczki animowanej o Śwince Pepie… Ostatnio mój znajomy podczas grillowania na ogródku rzucił trafną uwagę, że postać Taty Świnki z owej bajki jest karykaturalnie wyolbrzymiona. Tata Świnka jest pociesznym, rubasznym tatuśkiem w typie rodzinnego nieudacznika. A to źle poprowadzi samochód, a to zaśnie mu się po obiedzie, a to będzie miał problemy z wbiciem gwoździa… Tata Świnka próbuje być ,,fajnym” tatą, ale jest ciągle strofowany przez swoją żonę, która wiecznie ma rację. Dzieci świnki, czyli Pepa i George tarzają się po ziemi ze śmiechu z każdej wpadki Taty.
Bajka jest oczywiście komediową konwencją mającą na celu rozbawienie zarówno dzieci jak i dorosłych. Ale jak zauważył mój znajomy z grilla, taka wizja świata celowo ośmiesza jednego z rodziców, a dzieci taki obraz podświadomie kodują sobie w pamięci.
Muszę przyznać, że wielokrotnie czuję się też w naszej rodzinie jak Tata Świnka. Już o różne rzeczy byłem obwiniany. Ostatnio na przykład, że przez moje malowanie sufitu na korytarzu przeziębił się Franek. Wczoraj byliśmy z wizytą u dziadka. Misza zapomniała zabrać z lodówki dziadka mięso, z którego miała wieczorem przyrządzić obiad dla dzieci na następny dzień. To, że mięso zostało w lodówce, było moją winą, bo zapomniałem przypomnieć, przed wyjściem, że trzeba je zabrać. Koleżanka po grillu na działce ,,wyrwała” się nieopatrznie i chciała pomóc dźwigać naszą torbę z jedzeniem, a ja zachowałem się jak świnia, bo to ja powinienem dźwigać torby, a nie rozmawiać w tym czasie przez telefon (tyle tylko, że nie zauważyłem kiedy koleżanka ,,wyrwała” się do pomocy, ale co tu się tłumaczyć, jestem skończoną świnią i tyle…). Aha, jak Misza miała stłuczkę samochodem, to też była moja wina, bo ,,wykrakałem” to nieszczęście.
Cóż, przyjmuję ciosy ze stoickim spokojem. Jestem po prostu Tatą Świnką, który stara się być ,,fajnym” tatą, ale dzieci wiedzą, że rację to ma zawsze MAMA.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Rocznicowo, czyli tak jak zwykle

We wtorek minęła ósma rocznica naszego ślubu. Postanowiliśmy z Miszką nie robić żadnych hucznych obchodów. Ot, taki dzień dla nas. Pomysły były różne. Może poprosimy kogoś by został z dziećmi, a sami pójdziemy na kolację, albo do kina, albo zwyczajnie na spacer. Jednak ze względu na pustki w portfelach (patrz – relacja z pobytu nad morzem) wybraliśmy ostatecznie program oszczędnościowy, czyli robimy sobie uroczystą kolację w domu.
Chciałem zrobić Miszce niespodziankę i wyrwałem się z pracy do pobliskiego marketu. Zakupiłem butelkę wytrawnego wina i ser szwajcarski na fondue. Do tego świeża bagietka czosnkowa i szynka sarmacka w plastrach. Po pracy okazało się, że Miszka chciała zrobić mi niespodziankę i wyrwała się z pracy do pobliskiego marketu żeby zakupić ser szwajcarski na fondue, świeżą bagietkę i kabanosy…
Tego dnia zapewne pobliski market zanotował wyraźny wzrost zainteresowania szwajcarskim serem.
Wróciliśmy do domu. Zo czuła się coś niewyraźnie i marudziła. Wkrótce zmęczona położyła się na tapczanie i zasnęła. Frankiego roznosiło więc zabrałem go na podwórko. Wróciliśmy po dwóch godzinach. Franki wymęczony zasnął szybko, a Zo wyspana po południowej drzemce wcale nie myślała o powtórnym spaniu. Miszka stwierdziła, że boli ją gardło więc zażyła leki i nie będzie piła wina. Poza tym jest zmęczona całym dniem i chce się położyć obok Zo. Ta zaś po przeczytaniu jej dziesięciu bajek raczyła wreszcie zasnąć.
Zająłem się więc w międzyczasie prasowaniem.W końcu zgłodniałem i zacząłem odkrawać sobie bagietkę i podgryzać szynkę sarmacką. Miszka przyczłapała zmęczona do kuchni:
– Myślałam, że poczekasz na mnie z kolacją – powiedziała z żalem.
– Czekałem kochanie, ale jest już po jedenastej.
– To idziemy spać – oznajmiła Miszka i wykonała w tył zwrot w kierunku tapczanu.

W lodówce spoczęły obok siebie dwa opakowania sera szwajcarskiego na fondue. Nad nimi ulokowała się butelka wina. Ani sery ani wino nie doczekało się rocznicowej imprezy. Widocznie muszą jeszcze dojrzeć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Niezbyt ustronne Ustronie, czyli relacja z wakacji nad morzem

Rozpoczęliśmy nasze rodzinne wakacje od mocnego akcentu. Pojechaliśmy jeszcze przed końcem roku szkolnego do Ustronia Morskiego. Jak to określił Franki po przyjeździe na miejsce: ,,zaczynamy nowe życie”. Tak, to miał być ten szczęśliwy czas dla naszej czwóreczki.
Dziesięć dni pobytu nad morzem mogłoby się komuś wydawać, że to wspaniały pomysł na spędzenie wakacji z dwójką małych dzieci. Może i owszem, pod warunkiem, że jest wspaniała pogoda i cały dzień spędza się na plaży. A co, gdy pogoda nie dopisze?
Poniżej krótki opis zdarzeń.
Gdy pogoda jest w kratkę można z dziećmi chodzić na spacery. Dla Zo i Frankiego spacer jest o tyle fajny jeżeli primo: trwa nie dłużej niż dziesięć minut, secundo: jeżeli jego cel ma materialną postać, np. kupienie lodów, gofrów, tandetnych pamiątek lub chińskich zabawek na straganach. W innym wypadku u dzieci pojawia się nagła choroba nóg, zmęczenie i niespodziewany atak senności.  
W czasie niepogody można siedzieć w pokoju ośrodka wczasowego i grać w Chińczyka, ale pod warunkiem, że równocześnie wygrywać będzie i Zo i Franki. Pojęcie przegranej nie jest znane naszym dzieciom. Nie warto bowiem grać w grę w której się nie wygrywa.
Można też poczytać gazetki dla dzieci, ale wiadomo, że w gazetce najważniejsza jest dołączona do niej zabawka. Reszta się już nie liczy.
Ponieważ pogoda zaiste zmienną była przez cały czas naszego pobytu w Ustroniu Morskim, postanowiliśmy się jej nie dać i jak tylko słońce przebłyskiwało zza chmur ruszaliśmy na plażę. Wiało i było chłodno, ale zakupiliśmy parawan i namiot dla dzieci. Szło jakoś wytrzymać. Nie szło za to utrzymać dzieci z daleka od wody. Biegali oboje do morza i uciekali przed falami. Konsekwencją tego było lekkie przeziębienie Zo, podwyższona temperatura i katar.
Co tam jednak morze… Dla dzieci największą atrakcją wakacji były kolorowe stoiska z zabawkami. Zaczęło się już od pierwszego dnia. Najpierw pojawiły się prośby. Zo chciała pieska na baterię, a Franki świetlisty miecz Rycerzy Jedi. Po prośbach pojawiły się błagania, potem łzy i ataki spazmów. Wytrzymaliśmy z Miszką jeden dzień. Ulegliśmy w końcu. Obiecaliśmy dzieciom, że następnego dnia pójdziemy i kupimy. Franki z podniecenia chciał iść szybko spać. Rano obudził się po szóstej i już gotów był iść na stragan.
O ile Zo rzeczywiście zachwycona pieskiem nie wołała już o więcej, o tyle żądania Frankiego wciąż wzrastały. Miecz był fajny na dwa dni. Potem chciał mieć chińską podróbę klocków Lego, Gormita, pistolet i łódkę. Do tego dochodziły liczne wydatki na automaty z grami w cymbergaja, świnki, bujane samochodziki, dmuchane zamki, place zabaw, trampoliny do skakania. Przez dziesięć dni straciliśmy z Miszką spory majątek na atrakcje dla dzieci. Gdyby jeszcze nasze pociechy wykazały bezgraniczną wdzięczność swoim rodzicielom za poniesione nakłady finansowe, to można by nawet uznać to za dobrą inwestycję… Niestety im dłużej przebywaliśmy na wakacjach, tym moje nerwy były coraz bardziej zszargane. Wieczne kłótnie, płacze i skargi. Jeden na drugiego. Tego bolą nogi, tamtą gardło, ten nie będzie jadł zupy, tamta mięsa.
– Mamo, a on mnie szczypie
– a ona za mną powtarza
– on mi wylał bańki
– ona za mną chodzi
– on mi zabiera moje zabawki.
Miało być tak cicho i ustrnonnie. Mieliśmy odpocząć od miasta od pracy, nawdychać się jodu, odprężyć… Marzenia. Wczoraj bez żalu zostawiałem Ustronie Morskie i cieszyłem się, że wracamy do domu. Może w pracy sobie trochę odpocznę i wrócę do równowagi psychicznej.
    

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

A propos chorób

Miszka co jakiś czas informuje mnie o tzw. dobrych radach znajomych, które mają w cudowny sposób zakończyć problemy z chorobami naszych dzieci. Oto moje ulubione propozycje, tzw.  top 7 ,,the best of”:
1. Homeopatia. Kilka osób oferuje nam kontakty ze super specjalistami, którzy odprawią nad naszymi dziećmi swoje ,,hokus-pokus”.
2. Alergia. Dzieci chorują, bo są na coś uczulone. Trzeba je odczulić.
3. Super szczepionki odpornościowe. Najlepsze są te, które kosztują najdrożej.
4. Sanatorium nad morzem. Koniecznie i to najlepiej na 6 tygodni. Stenia wyraziła nawet gotowość spędzenia z dziećmi dwóch pełnych miesięcy (oczywiście, jeśli pokryjemy koszty jej pobytu)
5.
Sok z buraków
6.
Zmieńcie pediatrę, na prywatnego, który kasuje 100 zł za wizytę.
7. ,,Wyrzućcie wszystkie termometry z domu”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Piłka, deszcz i choroby

Znów nastąpiła mała przerwa w przekazie, ale ile można wciąż pisać o chorobie dzieciaków. Ręce opadają… Co po chwilę łapią przeziębienia, zapalenia gardła, katar itp.
Zaczęło się od tego, że trzy tygodnie temu podczas niedzielnej jazdy samochodem do kościoła Zo zwróciła naturze zawartość swego żołądka. Potem miała przez cały dzień podwyższoną temperaturę. Nabraliśmy nawet z Miszką podejrzeń, czy Zo nie zaraziła się jakąś szwabską, czy hiszpańską bakterią, ale ponieważ nasza córka zjada mało warzyw, a surowych to już w ogóle, prawdopodobieństwo zarażenia było więc znikome. Podczas gdy Zo cierpiała w domu, ja z Frankim na zaproszenie dziadka pojechaliśmy do ogrodu zoologicznego. Była też Ania z Karolinką. Dziadek zafundował nam wszystkim przejażdżkę konnym powozem po terenie ogrodu. Dzieci były zachwycone. Franki wznosił radosne okrzyki:
– O tam jest klatka w której był kiedyś lew! A tam paw! Pa, pa!
– Zobacz a tam są rybki – pokazałem mu ręką staw.
– Rybki pipki! – wykrzyknął radośnie Franki, a Karolinka dostała napadu śmiechu. Rozochocony tym młodzian zaczął krzyczeć coraz głośniej do mijających nas przechodniów:
– Rybki pipki!Rybki pipki!

Wkrótce dolegliwości Zo przeniosły się na młodego skandalistę. Tym razem treść żołądka wylądowała nie na tapicerce samochodowej, ale na pościeli naszego łóżka.
Lekarka orzekła, że to nie żadne zatrucie tylko początek anginy. I zaaplikowała antybiotyk. Dzieciaki musiały pod opieką Steni zostać przez cały tydzień w domu.
Po kuracji antybiotykowej wydawało się, że Franki ma się dobrze. Zo natomiast po nieco lepszym okresie znów zaczęła narzekać na osłabienie. Stała się marudna, płaczliwa i senna.
Pod koniec tygodnia uznałem, że dzieciom należy się odrobina świeżego powietrza. Zo wolała zostać w domu, a ja zabrałem Frankiego na spacer do ,,Biedronki”. Trochę nas pokropiło z nieba, ale przecież mieliśmy parasol. Następnego dnia zabrałem młodego na plac zabaw. Graliśmy w piłkę. Dołączył do nas Piotruś ze swoim tatą. Tata Piotrusia zaproponował, żebyśmy się przenieśli na prawdziwe boisko. Akurat była wolna jedna z bramek. Graliśmy dwóch na dwóch, tzn. ja z Frankim broniliśmy bramki, a oni nam strzelali, a potem na odwrót. Muszę z dumą stwierdzić, że Franki wykonał kilka pięknych strzałów i zdobył dwa gole. Wracając do domu postanowiliśmy założyć drużynę piłkarską: tata i syn. Nazwaliśmy się ,,Zygzaki”.

W poniedziałek dzieciaki wróciły do przedszkola. Zo wyzdrowiała i tryskała radością oraz optymizmem. Stwierdziła, że odkryła swoje życiowe powołanie i chce zostać baletnicą. W tym celu mam ją zapisać na kurs tańca baletowego. Frankiemu zaś pogorszyło się. Wieczorem dostał kaszlu i wysokiej temperatury. Historia znów się zaczęła powtarzać.
– To przez ten spacer w deszczu i grę w piłkę – stwierdziła Miszka, a ja poczułem w sobie lekkie wyrzuty sumienia.
Na dworze ciepło, czerwiec w pełni, a Franki kisi się drugi tydzień w domu. W sobotę mamy jechać nad morze. Trzymam kciuki, żeby młody do tego czasu zdążył się wychorować.
 
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Czas dla taty

Już chyba o tym kiedyś pisałem, że facet, który poświęca się cały czas rodzinie, wychowaniu dzieci powinien czasami mieć jakąś odskocznie w postaci typowo męskiej roboty. Powinien iść na polowanie, wziąć udział w rajdzie motocyklowym, porąbać drzewo na opał, albo chociaż… pomalować mieszkanie. Chodzi o coś, co by mu przyniosło odrobinę dumy i satysfakcji z wykonanej własnoręcznie pracy.
Ostatnio zgodziliśmy się z Miszką, że nasze mieszkanko wymaga częściowego odświeżenia. Przynajmniej pokój dzieci i korytarz trzeba pilnie odmalować. Ale oczywiście nie ma czasu na to, bym sam się w tym babrał. Postanowiliśmy więc wynająć fachowców. Fachowcy w sile dwóch rosłych facetów zjawili się u nas w piątek rano. My z dziećmi przenieśliśmy się na weekend do ,,rezydencji” dziadka Bolesława. Nawet nie zdążyliśmy się dobrze rozpakować, gdy w sobotę rano miałem telefon od fachowców:
– Niech pan przyjedzie, gotowe.
Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wszystko było gotowe. Prosiłem o dokonanie drobnych poprawek, które zdążyłem przyuważyć. I to wszystko. Robota wykonana, praca zapłacona. Do widzenia.
Dopiero jak Miszka wróciła z dziećmi do domu zaczęło się…
– Przecież sufit w korytarzu miał być biały, a nie oliwkowy jak ściany!
Biały sufit? Czy my to wcześniej uzgadnialiśmy? Może rzeczywiście w tym korytarzu zrobiło się ciemno jak w norze…
– To mają być fachowcy? Na ścianach są zacieki, tu nie domalowane, tam przebija stara farba. Nie pomalowali pod kaloryferem i pod parapetem.
Kurcze! Rzeczywiście po bliższym oglądzie wszędzie widać jakieś niedoróbki.
– Nie podoba mi się tato – skrzywiła się Zo.
I to był dla mnie cios ostateczny.
Co może zrobić prawdziwy facet w takim wypadku? Odszukać ,,fachowców” i nawalić im po mordzie lub wziąć się samemu do poprawiania ich fuszerki. Po krótkim namyśle wybrałem tę drugą opcję. Jednak do wykonania zadania potrzebowałem dwóch rzeczy: wolnego czasu i braku dzieci. W kolejny piątek Miszka zabrała dzieci po przedszkolu na wyprawę do parku, a ja spiesznie udałem się do mieszkania i zacząłem przygotowywać korytarz do odmalowania sufitu na biało. Wszystkie ściany pozasłaniałem folią malarską. Wyglądało to trochę jak jakieś performance w stylu Christo-Pakowacza. Dzieciaki miały fajną uciechę, gdy wróciły do domu. Niestety położenie dwóch warstw białej farby okazało się niewystarczające. Całe moje foliowe performance musiało zostać do soboty.
W nocy Franki zaczął jęczeć i okazało się, że ma wysoką temperaturę. Miszka miała nieprzespaną noc. Poza tym sama też źle się czuła, więc cała zła energia, jaka z niej emanowała od rana przelała się na mnie. Dostało mi się za ,,fachowców”, za moje ofoliowanie korytarza i jeszcze za chorobę Frankiego, bo (uwaga!) ,,gdyby nie to moje malowanie, Franki nie musiałby tak długo być w parku i pewnie by się tak nie przemęczył”.
Bardzo lubię filmy Krzysztofa Kieślowskiego, zwłaszcza ,,Spokój”. Jerzy Stuhr, odtwórca głównej roli wciąż powtarza sobie jak motto życiowe słowo ,,spokój”. Nawet w ostatniej scenie, gdy kuli się na ziemi od pobicia wciąż wymawia szeptem: ,,tylko spokój, tylko spokój”.
Późnym popołudniem zakończyłem operację: korytarz. Sufit lśni bielą, wszystkie niedoróbki poprawione. Poczułem lekką dumę i odrobinę satysfakcji. Moja męska robota. Bywa jednak tak, że ta duma i satysfakcja okupiona musi być dużą dawką cierpliwości i zrozumienia dla emocji współmałżonki. Bo jak to mówił jeden mądry Pan Jacek na naukach przedmałżeńskich, miłość to nie zakochanie, tylko suma wszelkich wyrzeczeń i poświęceń dla drugiej osoby.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dzień dziecka czyli jak przyjemne połączyć z pożytecznym

To mógł być prawdziwy cios dla naszych dzieci, ale postanowiliśmy z Miszką nieco przystopować w ofiarowywaniu dzieciom różnych prezentów. Niedawno była Wielkanoc, potem imieniny Zo, teraz dzień dziecka. Powoli kończą się nam już pomysły na prezenty, a oczekiwania dzieci, podsycane reklamami w telewizji wciąż wzrastają. Dlatego uznaliśmy, że dzień dziecka będzie dniem atrakcji, ale bez podarków w postaci zabawek. Zapowiedzieliśmy to naszym maluchom, które nie do końca chyba zrozumiały o co nam chodzi. Jak to dzień dziecka bez prezentów?
Byliśmy jednak konsekwentni w swoim postanowieniu. Niespodziewanie na odsiecz dzieciom przybyła ciocia Ania, która przyniosła mi do pracy dwie paczuszki z niespodziankami. Jakaż więc była radość Zo i Frankiego, gdy po wyjściu z przedszkola (w którym nota bene dostali słodycze i buteleczki na bańki mydlane) na fotelikach samochodowych znaleźli prezenty od cioci Ani. A ciocia już wie, co kupić dzieciom, żeby wpadły w zachwyt.
Z naszej, czyli rodziców strony zaproponowaliśmy wycieczkę do McDonald’sa na Happy Meal i lody. Zestawy dziecięce są z zabawkami (akurat były to postacie z filmu ,,Kung-fu Panda”), więc dzieci dostały kolejne prezenty. Najważniejsze i najbardziej upragnione jednak były lody. My w tym czasie zaliczyliśmy z Miszką jakieś jedzenie z menu podstawowego, które musiało wystarczyć nam za dzisiejszy obiad.
Szczęśliwa czwóreczka postanowiła kontynuować, tak dobrze zaczęte popołudnie i ruszyliśmy do… salonu meblowego. Od tygodnia planowaliśmy z Miszką zakup nowego chodnika na korytarz do mieszkania. A, że w salonie meblowym jest kącik zabaw dla dzieci, to czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym. I tak dzieci miały kolejną porcję atrakcji w postaci zabawy, a my satysfakcję z zakupu nowego chodnika.
Czyż nie był to w pełni udany dzień? Dla nas wszystkich, oczywiście.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz