Helo Felo!

Z wielką radością pragnę ogłosić Urbi et Orbi, że na świat przyszedł dziś w nocy mój siostrzeniec FELIKS! Cieszymy się wszyscy, że rodzina nam się powiększa, przybywa pociech i na pewno kolejnych wątków do opisania. Nasze dzieci, jak przekazaliśmy im rano nowinę ucieszyły się bardzo. Ciekawe, jak zareaguje Karolinka na swego braciszka?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Franko da Vidzi, czyli jak widzą nas dzieci

Oto portret naszej rodziny według Frankiego.

 

Od lewej strony:
– Pradziadek Feliks – od czasu kiedy powiedziałem Frankiemu, że mój dziadek, a jego pradziadek zginął w czasie wojny, a jego imię i nazwisko jest wybite na pomniku Państwa Podziemnego, stał się on ulubionym bohaterem mojego syna.
– Mama Misza, czyli jak widać pani w fioletowym sweterku (ulubiony kolor Miszy) i w krótkiej spódniczce. Usta otwarte, tak jakby wykrzykiwała: dzieci na lekarstwa, Franki umyj buzie, Zośka posprzątaj i chodź na kolacje!
– Tata Święty Mikołaj – dzieci pamiętają, że dwa lata temu przebrałem się na wigilię w strój Mikołaja. Było mi w nim tak gorąco, że na chwilę zdjąłem sztuczną brodę i wówczas zostałem rozpoznany. Misza miała wtedy do mnie pretensje, że tym jednym posunięciem popsułem całe dzieciństwo naszych pociech, bo nie wierzą już w prawdziwego Mikołaja.
– Franki – wypisz, wymaluj cały on.
– Brat Frankiego – brat, którego (jeszcze) nie ma, a którego chciałby mieć, bo miałby nareszcie się z kim bawić
– Zo – na samym końcu Zo jako dzidzia. A skoro siostra jest dzidzią, to jak się tu z nią bawić?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Niedobrzy chłopcy

,,Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę
Szukają czegoś, co wypełni im czas
Rzucają kamieniami w koła samochodów
I patrzą na spódnice dziewczyn, które nie chcą ich znać”

Siedzimy sobie wieczorem z Zo w kuchni przy stole. Misza kąpie Frankiego. Zo rysuje  kolejny portret księżniczki, a ja porządkuje pudełko z kredkami i słucham radia. Akurat leciała piosenka Myslovitz ,,Chłopcy”. Powiedziałem Zo, że bardzo lubię ten utwór. Gigonka natychmiast nastawiła baczniej uszu i zaczęła się dopytywać:
– A o czym jest ta piosenka?
– O chłopcach, którzy wychodzą na ulicę.
– Bez mamy i taty? – zdziwiła się córka moja jedyna.
– No, tak, bo to są już tacy starsi chłopcy, którzy się nudzą i z tych nudów przesiadują na ulicy.
– Bez rodziców nie można wychodzić samemu przed dom – rezolutnie stwierdziła Zo. – To nie mogą być dobrzy chłopcy, skoro wychodzą na ulicę, a ich mamy o tym nie wiedzą. Jak może ci się podobać taka piosenka?
Spojrzała na mnie z wyrzutem i nie czekając na moje wyjaśnienia pobiegła do Miszy. W łazience zaczęła jej streszczać słowa piosenki.
– To jest o takich niegrzecznych chłopcach, co wychodzą na podwórko bez mamy. Oni nie słuchają mamy, więc są niedobrzy. Prawda mamo?
I wyszło na to, że słucham złych piosenek i sieję zgorszenie wśród swego potomstwa…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Bardzo krótka bajka

Franki jak się nakręci, to potrafi gadać bez przerwy. Ostatnio nawet nie słuchamy radia podczas jazdy samochodem, bo doznania dźwiękowe dostarcza nam z tylnego siedzenia nasz pięcioletni wokalista.
– Jakiej piosenki chcielibyście teraz posłuchać? – pyta się nasze prywatne studio radiowe. – Może być piosenka kowbojska, rycerska, żołnierska albo o piratach…
Fakt, wybór tematyczny jest dość obszerny, ale wykonawca jeden, a i tak wszystkie przeboje brzmią mniej więcej tak:
– Kowboje, kowboje, są fajni, bo jeżdżą na koniach i wygrywają.  Kowboje, kowboje są najlepsi, bo mają przygody.
Wczoraj natomiast młodemu ,,rzuciło się” na opowiadanie bajek. Właśnie konsumowaliśmy pączki w kawiarni, gdy Franki zaproponował, że opowie nam bajkę:
– Jaką chcecie usłyszeć bajkę? Może być o kowbojach, rycerzach, żołnierzach albo o piratach…
– Ja chcę o księżniczkach – zaproponowała Zo.
– O księżniczkach nie znam – odparł stanowczo bajkotwórca. – Mogę opowiedzieć bajkę o gwiezdnych wojnach.
– O! – wyraziłem swoje zdziwienie, gdyż wydawało mi się, że Franki nie oglądał nigdy tego filmu. Ale co robią reklamy telewizyjne…
– To jest bajka o takich robotach, które strzelają w kosmosie i dżedajach, którzy mają takie świetne miecze!
– Jest tam też księżniczka Lea – chciałem naprowadzić Frankiego na życzeniowy motyw Zo.
– Nie, to inna bajka – odparł twardo wielbiciel militariów.
Jakiś czas później spytał się ściszonym głosem:
– A czy rycerze mieli żony?
– No pewnie – odparła Misza –  i były to księżniczki.
Franki miał wyraźnie skwaszoną minę…

A teraz na koniec najkrótsza bajka Frankiego.
– Chcecie posłuchać mojej najnowszej bajki? Dawno, dawno temu żyli długo i szczęśliwie. Koniec.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Kiedyś to było strasznie nudno

Wczoraj podwoziliśmy samochodem Kubę – kolegę Frankiego z przedszkola. Franki pokazał mu bilet z Muzeum Poznańskiego Czerwca’56. Do muzeum zabrałem Frankiego i Zo w sobotę. Po pierwsze dlatego, by Misza mogła zrobić w spokoju porządki w domu, po drugie dlatego, że w sobotę wpuszczają do muzeum za darmo. Trudno jednak małym dzieciom opowiedzieć co działo się w Poznaniu ponad pół wieku temu. Tłumaczyłem więc, że Polską rządzili wówczas źli ludzie, że pracownicy w fabrykach ciężko pracowali za marne pieniążki, że nie było nic w sklepach, że ludzi okłamywano i kiedy ci wyszli na ulice, to wysłano przeciw nim wojsko i czołgi. Franki był pod wrażeniem moich opowieści i tego co zobaczył w muzeum. Jego relacja przekazana koledze Kubie na tylnym siedzeniu samochodu brzmiała mniej więcej tak:
– Wiesz, byliśmy w takim wojskowym muzeum. Tam byli ludzie, którzy nie mieli pieniążków, nie mieli chleba, nie mieli picia. Oni walczyli ze złymi żołnierzami. I dzieci też walczyły…
– I dziewczyny też – wtrąciła się z mądrą miną Zo.
– To nie było wtedy supermarketów? – z wielkim zdziwieniem zapytał Kuba.
– Nie! – odparł natychmiast Franki. – Nie było żadnych sklepów i żadnych zabawek.
– To ale musiało być nudno – podsumował po chwili Kuba.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wakacyjne ostatki

Toż się nam pogoda rozszalała pod koniec wakacji! Czerwiec zimny, w lipcu lało, a pod koniec sierpnia mamy nareszcie plażową pogodę. Szkoda tylko, że jesteśmy już w domu, a nie gdzieś nad morzem. Nic to, jakoś sobie radzimy.W zeszłym tygodniu spędziliśmy tzw. długi weekend w domku dziadka pod miastem. Dzieciaki trochę dokazywały na ogródku, ale głównie to roznosiły cały piasek z piaskownicy po terenach zielonych dziadkowej oazy i ziemię po dywanach w domku, bo oczywiście wychodząc z ogródka zapominały zdejmować buty (taki drobiazg, co tam).
Żeby ich czymś zająć ciekawym zaproponowaliśmy wycieczkę do pobliskiego lasku. Miała to być wyprawa w nieznane. Franki ucieszył się, powiedział, że zabierze ze sobą dwa miecze (tak na wypadek samoobrony przed krzyżakami). Chciał też żebyśmy zabrali koc, bo może zrobimy sobie piknik.
– Nie będę dźwigał żadnego koca – obruszyłem się. Nie dość, że biorę plecak z ekwipunkiem takim, jakbyśmy mieli przed sobą co najmniej tygodniowy rajd pieszy, to jeszcze miałby się obarczać grubym kocem. Co to, to nie…
Zo zabrała ze sobą swojego papierowego przyjaciela – pieska. Jest teraz na etapie wcinania z papieru i klejenia dużych formatowo wizerunków zwierząt. Składa je w kosteczkę i wkłada do różowej torebki, którą nosi przy sobie. Torebka wypchana jest już pokaźnym stosikiem makulatury…
Faktycznie wyprawa okazała się prawdziwą wycieczką w nieznane. Zeszliśmy z główniej ścieżki i ruszyliśmy wzdłuż zabagnionego strumyka. Rosło tam wiele pokrzyw, więc musieliśmy drogę torować sobie frankowymi mieczami (a jednak na coś nam się one przydały). Potem przeszliśmy przez nasyp kolejowy i wyszliśmy na dziewiczą łąkę porośniętą trawą aż do pasa. Przebrnięcie w pełnym słońcu przez to zielsko było nie lada wyczynem. Wkrótce dotarliśmy do jakieś polnej alejki drzew. Zmęczeni szukaliśmy miejsca do odpoczynku.
– Przydałby się nam teraz koc – powiedział z lekkim wyrzutem pod moim adresem Franki.
Nie cierpię kiedy okazuje się, że nie miałem racji…
Wkrótce wróciliśmy na główny trakt leśny. Dzieciakom podobała się wyprawa i trochę ich wymęczyła. Nas z resztą też. Przynajmniej przeżyliśmy jakąś wakacyjną przygodę i to nie całe kilkanaście kilometrów od naszego domu.

Wczoraj, w niedzielę znów była ładna pogoda. Wybraliśmy się z dziećmi do kościoła, który znajduje się już poza miastem, na wzgórzu, z którego roztacza się przepiękny widok na jezioro. Kościółek jest niewielki, więc w ciepłe dni większość uczestników mszy staje na łące przed świątynią. Wzięliśmy dla dzieci kocyk i pozwoliliśmy im całą mszę przesiedzieć na nim. Była cisza, spokój i pełne, obopólne zadowolenie (czyli nas rodziców i dzieci). Po mszy dokonaliśmy szybkiego przebrania w stroje plażowe i rozbiliśmy się obozem nad jeziorkiem. Miejsce jest bardzo sympatyczne i nie ma aż tak dużych tłumów. Jedynym mankamentem są samochody. Niektórzy wjeżdżają nimi prawie do wody. Otworzy sobie taki jeden z drugim kufer, wyciągnie grilla i już myśli, że jest królem wybrzeża. Żeby nam nikt nie wjechał na koc rozbiliśmy nasz plażowy namiocik. Dawało nam to nieco schronienia przed słońcem i odgradzało od reszty plażowiczów. Dzieciarnia ruszyła z hałasem do wody. Zo wymyśliła nowy styl pływania. Nazywa się on kucykowy i polega głównie na udawaniu, że pływaczka Zo unosi się na wodzie. Franki chciał łowić ryby, ale oprócz wiaderka nie miał innego, bardziej stosownego sprzętu.
Ogólnie rzecz biorąc było wspaniale. Dzieci nie marudziły, wiaterek miło powiewał znad wody, słońce skrzyło się w falach. Zupełnie jak na wakacjach. Jednak była
to tylko niedziela. W perspektywie poniedziałek, praca, przedszkole… Ale co tam, liczy się dobrze przeżyty dzień.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Kościelna opłata

Tak jak większość rodziców podczas niedzielnej mszy świętej przekazujemy dzieciom pieniążki, żeby mogły je wrzucić podczas kolekty do koszyka. Nie wiem dlaczego tak się robi? Jaką przyjemność w tym mają dzieci? Może to taki przerywnik podczas nużącej ich ceremonii, coś co mogą wykonać samodzielnie… Wrzucić pieniążek… Tak robią wszystkie dzieci. Wszystkie, tylko nie Franki. On kolekcjonuje i zbiera. Jak mu się już coś da, to nie chętnie się tego pozbędzie. A taki pieniążek to przecież wspaniały okaz kolekcjonerski. Na pewno lepszy niż zardzewiałe kapsle po piwie znajdowane na placu zabaw. Już parę razy w kościele musieliśmy stoczyć walkę z małym kolekcjonerem, by moneta powędrowała do koszyka. Po ostatnich tego typu ekscesach stwierdziliśmy, że nie będziemy już dawać mu pieniążków. Jakież więc było zdziwienie Frankiego, gdy podczas kolejnej niedzielnej mszy przeszedł obok niego kościelny z tacą, a on nie miał co mu wrzucić. Obrócił się do nas i pełnym przejęcia głosem wykrzyknął:
– A ja dziś nie zapłaciłem! 
O mało co nie udusiłem się ze śmiechu.

Z kronikarskiego obowiązku
Metoda przekupstwa w sprawie spania w swoich łóżkach zaczyna przynosić wymierne korzyści. Franki przestał w nocy do nas przychodzić. Nie należy go jednak za to chwalić, bo wtedy zaczyna domagać się ,,prezentu”. Parę jednak razy przespał w swoim łóżku bez prezentu. Jest więc nadzieja.

Znów mamy rybki w akwarium. Są to dwie samiczki bojownika, ale dzieci zadecydowały, że to na pewno jest para: chłopiec i dziewczynka. Rybka Zo nazywa się Doris, a Franki swoją nazwał Buzz (od Buzza Astrala z ,,Toy Story”). Zo jest przekonana, że Doris zakochała się w Buzzie i że będą parą. Nad akwarium przyczepiłem siateczkę, więc Franki nie może zanurzać w nim swoich rączek i nie wrzuca tam już żadnych przedmiotów. Jest szansa, że rybki zostaną z nami dużej niż Karuzo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 5 komentarzy

Miłość męsko-męska

Zeszłej niedzieli strasznie padało. Co tu robić z dziećmi w taką niepogodę. Zaproponowałem, że pojedziemy na basen. I to był świetny pomysł! Dzieci się wyszalały w wodzie, pływały w brodziku i zjeżdżały ze zjeżdżalni. Super zabawa. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni. Franki po wyjściu z basenu z radością wkroczył ze mną do męskiej szatni i zakrzyknął na cały głos:
– Wiesz, co ci powiem? Kocham cię!
Było to niezwykle wzruszające wyznanie syna wobec ojca. Jednak w kontekście szatni męskiej i tego, że oboje staliśmy na przeciw siebie całkiem nadzy, poczułem się lekko zawstydzony i poprosiłem Frankiego, aby tak nie krzyczał.
– Jak chcesz, to dam ci order – kontynuował dalej Franki. – Albo nawet pięć. A jaki chcesz? Kowbojski, żołnierski, czy rycerski?
Zgadnijcie jaki wybrałem…
Oczywiście rycerski. W końcu nasza miłość musi być oparta na prawdziwych rycerskich cnotach.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Przekupstwo

To co napiszę jest zapewne wysoce nie pedagogiczne. Cóż jednak począć, gdy wszystkie pedagogiczne i wielce mądre rady zawodzą? W czym rzecz? Otóż chcę opisać jak walczymy z naszymi dziećmi, żeby nie przychodziły w nocy spać w naszym małżeńskim łóżku. Mijają już dwa lata od czasu, gdy zdecydowaliśmy z Miszką, że każde z naszych dwóch pociech zasługuje na prawdziwe łóżko w swoim pokoju. Po długich konsultacjach i poszukiwaniach w sklepach meblowych zdecydowaliśmy się na szwedzki wynalazek made in IKEA, czyli łóżeczka ,,rosnące” razem z dziećmi. Wspaniały pomysł i piękna idea.
Mijają już dwa lata od czasu, gdy nasza wspaniała i piękna idea wciąż nie może się zrealizować w praktyce. Mijają dwa lata jak noc w noc odbywają się wędrówki małych ludów w naszą stronę i migracje tych dużych w przeciwną. Już od dwóch lat śpię w dziecięcym łóżeczku!!!
Stosowaliśmy różne metody. Prośby, tłumaczenia, męskie rozmowy i groźby. Przenoszenie takiego Frankiego w nocy z powrotem do swojego łóżka jest o tyle bezcelowe, że on stale powraca. Zupełnie jak bumerang. Zo jest trochę lepiej, bo ona czasem prześpi całą noc u siebie. Ale jak widzi, że Franki wciąż ładuje się bezczelnie w naszym łóżku, to i ona ulega pokusie nocnego przychodzenia.
W końcu pozostał nam jedyny, ostateczny sposób. Ów całkiem niepedagogiczny… Chodzi oczywiście o przekupstwo! Tak jest. Upadliśmy tak nisko, ale wynika to z naszego zmęczenia całą tą sytuacją. Wczoraj zaproponowaliśmy dzieciom, że jak prześpią całą noc w swoich łóżeczkach to dostaną następnego dnia jakąś niespodziankę. Zo i Franki przystali na ten pomysł ochoczo.
Gdzieś w okolicach godziny 23 zaspany Franki przytuptał do nas do łóżka.
– Wracaj do siebie, bo nie dostaniesz niespodzianki – szepnęła Miszka. O dziwo, podziałało. Franki zrobił w tył zwrot i wrócił do siebie. W środku nocy obudził nas jego jęk. Jęczał, że się boi. Miszka poszła go uspokoić i zapewnić, że na pewno dostanie niespodziankę. I znów podziałało. Nareszcie wyspałem się w swoim łóżku…
Teraz muszę po pracy skoczyć do sklepu z zabawkami i coś kupić. W końcu była umowa. Ciekawe tylko, czy obowiązuje ona na dalsze noce?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Leśne harce

Takoż i wróciliśmy z naszych leśnych wakacji. Na dwa pełne tygodnie zaszyliśmy się w letniskowym domku nad jeziorem w uroczych stronach Pojezierza Drawskiego. O dziwo nasze dzieci tym razem nie zachorowały przed wyjazdem, a ich pobyt na świeżym powietrzu miał chyba zbawienny wpływ na ich zdrowotną kondycję. Las, jezioro, czysta, piaszczysta plaża, a przede wszystkim brak sklepów z pamiątkami bardzo dodatnio wpływał także na naszą, czyli rodziców psychikę. Dzieci bawiły się pod naszą dyskretną kontrolą wokół domku, a my z Miszką mieliśmy święty spokój. Jakiekolwiek próby dalszego spaceru w głąb lasu kończyły się marudzeniem i narzekaniem naszych dzieci na obolałe nóżki. Zrezygnowaliśmy więc z dalszych wypraw i ograniczyliśmy się jedynie do podróżowania na odcinku domek-plaża, tudzież domek-budka z lodami.
Nie mogliśmy narzekać na samotność. Co chwila ktoś nas odwiedzał. Przyjechała Marianna z rodzicami, Marta nawet nocowała, Karolinka pojawiła się przelotem w drodze znad morza. Jeżeli do tego dodać Olgę, koleżankę z przedszkola, która mieszkała po sąsiedzku i Bernadetkę oraz jej siostrę Kornelię, to można stwierdzić, że nasze dzieci miały cały czas doborowe towarzystwo. Baczny czytelnik w tym momencie zauważy zapewne, że wymieniłem tylko żeńskie imiona. I tak było faktycznie. Same dziewczyny. Franki trochę się z tego powodu nawet burzył i zżymał, ale nawet i on (uzbrojony stale w jakieś kije) potrafił się z dziewczynami dogadać we wspólnej zabawie. 
Nasze dzieci nabrały wielkiej odwagi do kąpieli w jeziorze. Nie straszne mi było nawet zimno w bardziej pochmurne dni. Stale się pluskały przy brzegu i udawały, że umieją pływać. Ja przy pomocy własnych, osobistych dwu płatów płucnych musiałem nadmuchać olbrzymiego wieloryba, który służył jako zabawka do wodnych kąpieli. Problem był jednak tej natury, iż wieloryb został zaprojektowany jako jednoosobowa jednostka pływająca, a żadne z dzieci nie chciało ustąpić drugiemu pierwszeństwa. Stale były o to kłótnie. Najgorszym jednak przeżyciem, był wypadek podczas którego Franki spadł z dmuchanego wieloryba i zaczął tonąć. Płynąłem obok niego i zorientowałem się, że nie wyczuwam nogami gruntu. Franki zniknął w wodnych czeluściach. To były chyba najgorsze sekundy w moim życiu… Dzięki Bogu wyciągnąłem Frankiego na brzeg. Był lekko wystraszony, ale też i nieźle podekscytowany. Od razu pobiegł do mamy krzycząc:
– Mamo, wiesz, a ja się topiłem!

Inne ciekawostki. Marta, Zo i Franki spali w jednym łóżku leżąc w poprzek jak sardynki. Rano pierwsza obudziła się Marta.
– To co będziemy teraz robić?- spytała konspiracyjnym szeptem zaspaną jeszcze Zo.
– Nie wiem – odparła Zo.
– To może pogadamy?
– Dobrze.
– A o czym chcesz gadać? .
– No nie wiem… – Zo była jeszcze nie obudzona.
– To może pogadajmy o moich urodzinach! – zatriumfowała Marta.

Z tym spaniem, to stał się prawdziwy cud. Zo nigdy, ale to przenigdy od czasu swoich narodzin nie potrafiła długo spać. Kiedyś budziła się nawet o 5 rano. Ostatnio dosypiała nawet do godziny 7. Tu na wyjeździe nagle przesunął się jej biologiczny zegar i potrafiła spać nawet do 9 rano. To absolutny rekord świata w jej wydaniu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz