Leśne harce

Takoż i wróciliśmy z naszych leśnych wakacji. Na dwa pełne tygodnie zaszyliśmy się w letniskowym domku nad jeziorem w uroczych stronach Pojezierza Drawskiego. O dziwo nasze dzieci tym razem nie zachorowały przed wyjazdem, a ich pobyt na świeżym powietrzu miał chyba zbawienny wpływ na ich zdrowotną kondycję. Las, jezioro, czysta, piaszczysta plaża, a przede wszystkim brak sklepów z pamiątkami bardzo dodatnio wpływał także na naszą, czyli rodziców psychikę. Dzieci bawiły się pod naszą dyskretną kontrolą wokół domku, a my z Miszką mieliśmy święty spokój. Jakiekolwiek próby dalszego spaceru w głąb lasu kończyły się marudzeniem i narzekaniem naszych dzieci na obolałe nóżki. Zrezygnowaliśmy więc z dalszych wypraw i ograniczyliśmy się jedynie do podróżowania na odcinku domek-plaża, tudzież domek-budka z lodami.
Nie mogliśmy narzekać na samotność. Co chwila ktoś nas odwiedzał. Przyjechała Marianna z rodzicami, Marta nawet nocowała, Karolinka pojawiła się przelotem w drodze znad morza. Jeżeli do tego dodać Olgę, koleżankę z przedszkola, która mieszkała po sąsiedzku i Bernadetkę oraz jej siostrę Kornelię, to można stwierdzić, że nasze dzieci miały cały czas doborowe towarzystwo. Baczny czytelnik w tym momencie zauważy zapewne, że wymieniłem tylko żeńskie imiona. I tak było faktycznie. Same dziewczyny. Franki trochę się z tego powodu nawet burzył i zżymał, ale nawet i on (uzbrojony stale w jakieś kije) potrafił się z dziewczynami dogadać we wspólnej zabawie. 
Nasze dzieci nabrały wielkiej odwagi do kąpieli w jeziorze. Nie straszne mi było nawet zimno w bardziej pochmurne dni. Stale się pluskały przy brzegu i udawały, że umieją pływać. Ja przy pomocy własnych, osobistych dwu płatów płucnych musiałem nadmuchać olbrzymiego wieloryba, który służył jako zabawka do wodnych kąpieli. Problem był jednak tej natury, iż wieloryb został zaprojektowany jako jednoosobowa jednostka pływająca, a żadne z dzieci nie chciało ustąpić drugiemu pierwszeństwa. Stale były o to kłótnie. Najgorszym jednak przeżyciem, był wypadek podczas którego Franki spadł z dmuchanego wieloryba i zaczął tonąć. Płynąłem obok niego i zorientowałem się, że nie wyczuwam nogami gruntu. Franki zniknął w wodnych czeluściach. To były chyba najgorsze sekundy w moim życiu… Dzięki Bogu wyciągnąłem Frankiego na brzeg. Był lekko wystraszony, ale też i nieźle podekscytowany. Od razu pobiegł do mamy krzycząc:
– Mamo, wiesz, a ja się topiłem!

Inne ciekawostki. Marta, Zo i Franki spali w jednym łóżku leżąc w poprzek jak sardynki. Rano pierwsza obudziła się Marta.
– To co będziemy teraz robić?- spytała konspiracyjnym szeptem zaspaną jeszcze Zo.
– Nie wiem – odparła Zo.
– To może pogadamy?
– Dobrze.
– A o czym chcesz gadać? .
– No nie wiem… – Zo była jeszcze nie obudzona.
– To może pogadajmy o moich urodzinach! – zatriumfowała Marta.

Z tym spaniem, to stał się prawdziwy cud. Zo nigdy, ale to przenigdy od czasu swoich narodzin nie potrafiła długo spać. Kiedyś budziła się nawet o 5 rano. Ostatnio dosypiała nawet do godziny 7. Tu na wyjeździe nagle przesunął się jej biologiczny zegar i potrafiła spać nawet do 9 rano. To absolutny rekord świata w jej wydaniu.

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc. Obecnie pracuję w drukarni akademickiej i prowadzę kursy przygotowawcze dla narzeczonych.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *