Zo postanowiła wziąć udział w konkursie plastycznym ogłoszonym przez wielce poczytne pismo branżowe ,,Księżniczki”. Praca nosi tytuł: ,,Dżasmina i tygrys Radża tańczą w ogrodzie”
Zo postanowiła wziąć udział w konkursie plastycznym ogłoszonym przez wielce poczytne pismo branżowe ,,Księżniczki”. Praca nosi tytuł: ,,Dżasmina i tygrys Radża tańczą w ogrodzie”
Misza na górze, bo to ona trzyma w ryzach to całe to nasze przedsiębiorstwo pt. rodzina. Miszu, czyli ja niżej podpisany. Dalej nasze dzieci w kolejności przyjścia na świat: Zo i Franki.
Niedziela, drugi dzień weekendu. Miszka nadal chora, a dzieci przejawiają nieokiełznany charakter. Co tu dla nich wymyślić, co robić? Przyszedł mi do głowy pomysł, że trzeba młodzieży zaproponować dawkę jakiś ekscytujących przeżyć. No tak, ale w naszym całkiem dużym mieście nie ma żadnego wesołego miasteczka. Zaproponowałem więc egzotyczną WYPRAWĘ DO DŻUNGLI.
-Hura! Wyprawa do dżungli, dzikie zwierzęta, polowania – krzyknął uradowany Franki.
Spakowaliśmy prowiant, Franki wziął ze sobą na wszelki wypadek żołnierzyka do kieszeni, a Zo swego ukochanego misia Odżo. Podróż na skraj dżungli nie trwała zbyt długo, bo jakieś 10 minut jazdy samochodem. Zaparkowaliśmy przy palmiarni. W środku trzeba było się natychmiast rozbierać z wierzchniej odzieży, a nawet swetrów, bo temperatura była iście tropikalna.
Przed kasą biletową stała bardzo intrygująca skarbonka w kształcie wielkiej misy, w której wrzucane pieniążki turlały się z wzrastającą prędkością po tulejkowatej powierzchni, by ostatecznie zniknąć w czeluściach niewielkiego otworu. Dzieci były tak zafascynowane tą zabawą, że chciały wciąż wrzucać kolejne monety. I tak oto straciłem wszystkie drobne. A ha, zdążyłem jeszcze zakupić pokarm dla rybek. Franki gdy zobaczył pływające kolorowe karpie koi całą zawartość torebki wsypał od razu do wody. Strasznie to poirytowało Zo, która też chciała karmić rybki.
Roślinność tropikalna nie robiła wielkiego wrażenie na dzieciach. Franki wciąż dopytywał się o małpy i inne dzikie zwierzęta. Tylko przelotnie zainteresował go wielki pyton spoczywający w terrarium. Jaszczurki i żółwie również nie robiły wrażenia. Zo ciągnęła po ziemi swego Odżo i chciała robić zdjęcia moim telefonem komórkowym. Gdy dałem jej aparat jedynym ciekawym obiektem do fotografowania dla Zo okazał się być jej miś. Po obejściu wszystkich pawilonów zorientowałem się, nasz prowiant w postaci czekolady i ciasteczek uległ całkowitemu wyczerpaniu. Franki wpadł w złość i oznajmił, że bez czekolady jego nogi dalej same nie pójdą. Trzeba było definitywnie kończyć wprawę do dżungli.
Po powrocie do domu na pytanie Miszki, co było najciekawsze w palmiarni dzieci odpowiedziały chórem:
– Skarbonka z turlającymi pieniążkami!
Już w piątek rano Miszka poczuła się bardzo źle. Dzielnie jednak wyruszyła do pracy, po to jednak, by po dwóch godzinach stwierdzić, że jednak do pracy się nie nadaje. Silny ból mięśni, osłabienie, brak apetytu. Początek grypy jak nic.
No dobra, przed nami weekend, czyli dzieciaki non stop na głowie. Nasza czwóreczka jest praktycznie zdana wyłącznie na siebie. Nie mamy w sytuacjach awaryjnych ani gdzie, ani komu podrzucić najmłodszych osobników. Chorowanie w obecności dwójki młodych, nadpobudliwych stworzeń zamkniętych w przestrzeni 47 metrów kwadratowych jest zajęciem mało komfortowym. Na szczęście pogoda całkiem dopisała i można było wypuścić młodzież na wypas.
Z mojej strony nastąpiła pełna mobilizacja. Wstałem o szóstej rano, by przed śniadaniem pojechać na myjnie i umyć po zimowych brudach samochód. Tak… Cóż… Może to nie była szósta, tylko ósma, ale bądź co bądź wczesna godzina ranna. Po śniadaniu szybkie zakupy w markecie. No…, chciałem żeby były szybkie, ale trafiłem z koszykiem do złej kolejki do kasy. Pani kasjerka przez dobre kilkanaście minut usiłowała odnaleźć prawidłowy kod kreskowy słoika z ogórkami, a starsze małżeństwo, które ów feralny słoik dotargało do kasy, za żadne skarby nie chciało zrezygnować z jego zakupu. Potem stałem jeszcze w kolejce w aptece, aby kupić medykamenty dla Miszki. Gdy wracałem do domu dzwon kościelny wybijał godzinę dwunastą. High noon! Miszka już po woli kipiała:
– Jest sobota, jestem chora, a cały czas muszę zajmować się dziećmi.
Szybka zbiórka, wałówka wrzucona w plecak i drużyna maluchów gotowa do ewakuacji. Jedziemy nad jezioro na spacer. Zo i Franki jak młode źrebięta wypuszczone na łąkę brykają po trawie. Po chwili jedno i drugie zalicza upadek i ich spodnie zmieniają kolory na brudno-ziemisty. Potem kruszą patykami kawałki lodu przy brzegu jeziora. Wiem czym może się taka zabawa zakończyć, ale skoro sprawia im to tak fajną frajdę, to dlaczego mam tego zabraniać. Przez chwilę jest spokój, ale niestety kończy się tak jak przypuszczałem. Franki ląduje jedną nogą w wodzie. But mokry, nogawka spodni też. Trzeba wracać do domu, żeby się przebrać. Minęły jednak tylko dwie godziny. Miszka nie zdążyła od nas odpocząć i porządnie się wychorować. Dzwonię więc do koleżanki Agi. Aga ma Manię, a Mania ma mniej więcej tyle lat co Zo i Franki więc świetnie się dogadują w zabawach. Aga chętnie się zgadza, byśmy po południu zrobili jej mały najazd. Wracamy więc do domu na małe przebranko, a tam czeka na nas… obiad. Miszka usmażyła kotlety i jeszcze wywiesiła pranie. Jedyną rzeczą jaką nie cierpię w wychowywaniu dzieci, to ich karmienie i zmuszanie do jedzenia. A niestety Zo i Franki nie są żarłokami. Miszka zmęczona (co widać, po jej zaciętej twarzy) podjęła heroiczną walkę o wmuszenie zjedzenia obiadu. Jej irytacja sięgnęła zenitu:
– Jak ja ma chorować w spokoju! Nie mam sił, a robię obiad, wieszam pranie, a teraz jeszcze muszę karmić dzieci i je przebierać! A ty jak gdyby nic umawiasz się z Agą! Nic mi nie pomagasz!
Oj! to mnie zabolało. Od rana uwijam się jak w ukropie, wymyślam na poczekaniu co zrobić z dziećmi i masz… Taki cios w policzek. Nic mi nie pomagasz…
Ten zarzut pojawia się dość często w naszych dorosłych dyskursach i jestem do niego przyzwyczajony. Jednak dziś został wzmocniony silnym brzmieniem wkurzonych strun głosowych. Wrażliwsza Zo zaczęła pochlipywać i patrząc w moją stronę łkała:
– Dlaczego nie pomagasz mamie? Dlaczego?
Ręce mi opadły i sam myślałem, że za chwilę zacznę łkać jak małe dziecko. Zdecydowanie wolę zdrową wersję Miszki.
Nie prawdą jest jakoby idea wojny płci była wymysłem sfrustrowanych trzydziesto- czterdziestoletnich singli. Wystarczy popatrzeć na rodzeństwo obojga płci w wieku przedszkolnym. Miłość braterska jest dla nich pojęciem wysoce abstrakcyjnym. Różnice pomiędzy dziewczynką a chłopcem już są na tyle istotne, że często dochodzi do poważnych starć i konfliktów. I tylko Międzynarodowy Trybunał w Hadze lub ewentualnie rodzice, są w stanie sytuację jakoś załagodzić.
Wczoraj do Frankiego przyszedł w odwiedziny jego przedszkolny kolega Kuba wraz z młodszym bratem Miki. Początkowo Zo wpadła w radosne podniesienie, że będziemy mieli w domu gości. Na wstępie jednak wyłożyła Kubie i Mikiemu żelazne zasady jakie panują w naszym domu:
– Nie wchodź w butach do pokoju! – wrzasnęła na powitanie.
– Po wejściu do domu myjemy ręce – dodała po chwili nieco już łagodniejszym tonem.
Wbrew oczekiwaniom Zo, Kuba i jego młodszy brat nie zamierzali bawić się w rycerzy, którzy ratują królewnę, a Franki kategorycznie odmówił wcielenia się w rolę smoka. Lalki, kolekcje kucyków, zestawy Pet-shopków nie zainteresowały nawet młodszego Mikiego.
– To są zabawki dziewczyńskie, a nie chłopieńcze – oznajmił Franki.
Chłopacy zajęli się zabawą w policjanta i złodziei, a tam jak powszechnie wiadomo nie ma roli dla dziewczynek. Co najwyżej Zo mogła siedzieć cały czas w wiezieniu, ale na to nie chciała przystać. Na znak protestu rozebrała swego Kena i przebrała w stroje Barbi (biedny Ken, miał taką nieszczęśliwą minę).
Wizyta przedłużała się, a Zo z coraz większym znudzeniem przyglądała się awanturze jaką chłopacy toczyli między sobą w sprawie żołnierzy. Nie mogli się porozumieć, którzy to są dobrzy, a którzy źli i kto w związku z tym będzie szturmował zamek, a kto go będzie bronił.
– Mamo nie mam w co się bawić – piszczała Zo.
– Wymyśl coś, masz tyle wspaniałych pomysłów – zaproponowała mama.
– Wiem! – Zo wykrzyknęła radośnie. – Następnym razem zaprosimy do nas moją koleżankę Olgę.
Cztery i pół roku życia to dla przedszkolaka bardzo poważny wiek. Franki z radością oznajmił mi, że nie jest już małą dzidzią i dlatego chce dostać czołg. Wczoraj rano ledwo co się przebudził pobiegł do kuchni i narysował na kartce model brązowego czołgu sunącego radośnie po żółtej nawierzchni.
– Daj to zajączkowi, niech mi przyniesie taki w prezencie – oznajmił wręczając mi rysunek.
– Ok. Porozmawiam z zajączkiem i jeśli będziesz grzeczny, to może na święta da się coś załatwić.
Właśnie, święta wielkanocne… Pojęcie czasu dla młodego pokolenia jest zupełnie inne niż dla dorosłych osobników. Wczoraj była środa popielcowa, czyli równo czterdzieści dni do Wielkiej Nocy. Ale jak wytłumaczyć chłopcu, który o wydarzeniach z przed tygodnia mówi ,,kiedyś dawno temu”, że czterdzieści dni to wcale nie tak długo, bo w perspektywie lat świetlnych, to jak jedno mrugnięcie.
– Czy to znaczy, że po przedszkolu zajączek przyniesie mi czołg? – zamęczał mnie powtarzając nieustannie pytanie Franki. Milczałem.
Swoją drogą, to skąd dziś wziąć czołg zabawkę? Pamiętam w czasach mego dzieciństwa (okres stanu wojennego), czołgi to widywało się nawet na ulicach. W każdym kiosku Ruchu, w każdym sklepie z zabawkami, ba, nawet w papierniczym można było kupić model radzieckiego T-34, doskonale znanego z ,,Czterech pancernych”. A dziś? W zalewie dziwacznych stworów Gormitów, Ben Tenów, Supermenów, Obcych Potęg itp. czołg wydaje się przeżytkiem z innej epoki. Jakoś dotychczas szczęśliwie nie podtykaliśmy Frankiemu żadnych zabawek militarystycznych. Owszem, rycerze, figurki, miecz, zbroja to tak. To bezpieczne hobby. Ale żadnych karabinów, pistoletów. Zgodnie z zasadą: Make peace, not war.
Koniec, końców czołgu nie było, a Frankiego trzeba było odebrać z przedszkola. No i ryk! Niespełnione obietnice.
– Zajączek dostał twój rysunek i obiecał rozejrzeć się za czołgiem. Ale to dopiero na święta – powiedziałem, żeby załagodzić wybuch histerii.
– Do świąt jest jeszcze bardzo, bardzo długo – wtrąciła się z miną eksperta Zo.
To tłumaczenie siostry wzmogło jeszcze rozpacz brata.
Jazda samochodem z wyjącym dzieckiem ćwiczy moją odporność na stres. Ćwiczę samoopanowanie. Po powrocie do domu z krzesła z oparciem, dwóch podgłówków, koca i tekturowej rury zbudowałem coś na kształt wozu bojowego. Franki uspokoił się, a nawet z pewnym zainteresowaniem podszedł do mojego dzieła. W środku posadził misia jako kierowcę. Różowa świnka została działowym. Dowództwo objął natomiast majestatyczny pluszowy łoś.
– Tato miałeś świetny pomysł! – Franki zawiesił się na mojej szyi.
Podjąłem w końcu niełatwą dla mnie decyzję. Dokładnie po dwudziestu latach zapisywania na papierze wpierw swojego życia, potem mojego z Miszą, a w końcu życia naszych dzieci, postanowiłem przenieść się w świat internetowej cyberprzestrzeni.
Może się wpierw przedstawię. Miszu to ja. Trzydzieści sześć i sześć. To moja normalna temperatura ciała, ale też i mój wiek. Trzy dychy z szóstką ciągnącą do końca czwartej dekady, no i jeszcze w dodatku sześć miesięcy. Mój dorobek życiowy, to oprócz ,,beretu i przepisu na sernik” (jak śpiewali niegdyś ,,Czarno-czarni”), także żona Miszka, dzięki której stan posiadania w naszej rodzinie dotychczas zwiększył się o dwóch młodych osobników: nadobną Zo i bohaterskiego Frankiego. Aha, warto dodać, że mamy coś na kształt mieszkania (nie wiem, czy dwa pokoje z kuchnią można już nazwać dumnie mieszkaniem dla rodziny z perspektywami rozwojowymi), na drugim piętrze, w starym bloku w całkiem dużym mieście. Nasza okolica zwana jest przez miejscowych Sokołem. Dlatego jesteśmy Czwóreczką z Sokoła.
Jak żyjemy? Ano, przystosowaliśmy się jakoś do otoczenia i jak mówią fachowcy od zachowań stadnych, wtopiliśmy się w nie. Całkiem sprawnie posługujemy się domofonem, wiemy gdzie jest nasz przystanek tramwajowy i jakie tam są linie i dokąd kursują. Co najważniejsze, mamy dobrze rozpracowaną mapę najbliższych marketów i pomniejszych punktów handlowych z oznaczeniem godzin ich otwarcia. Nie zginiemy. No chyba, że światowy kryzys na amen rozłoży wszystkie sklepy, a dostawcy prądu odetną linie tramwajowe. Wtedy klops. Na rolnictwie znam się słabo, a na polowaniach w ogóle. Na wszelki wypadek trzymam w piwnicy kilka słoików przecieru jabłkowego i dwie konserwy. Misza ma w sekretnym miejscu (oczywiście ja wiem gdzie) odłożone suchary i wafle ryżowe. To taka rezerwa na czas, gdyby zaczęła po raz kolejny prowadzić akcję odchudzającą.
Zo i Franki są aktywnymi uczestnikami programu edukacyjnego przeznaczonego dla młodzieży najmłodszej, czyli chodzą do przedszkola. Tak się nam przydarzyło, że Zo urodziła się wpierw, a Franki dokładnie rok później. Teraz wyglądają jak para bliźniąt dwujajowych. Dobrze się ze sobą dogadują, potrafią się razem bawić, ale też, jak co do czego dochodzi, nieźle się leją. Dlatego dla zdrowia psychicznego nas samych postanowiliśmy, żeby chodzili do różnych grup przedszkolnych. Wystarczy, że w domu z byle powodu walą się równo po głowach. Po co mieliby jeszcze powtarzać to w tak szacownej placówce oświatowej jakim jest przedszkole publiczne.