Franki chce czołg

Cztery i pół roku życia to dla przedszkolaka bardzo poważny wiek. Franki z radością oznajmił mi, że nie jest już małą dzidzią i dlatego chce dostać czołg. Wczoraj rano ledwo co się przebudził pobiegł do kuchni i narysował na kartce model brązowego czołgu sunącego radośnie po żółtej nawierzchni.
– Daj to zajączkowi, niech mi przyniesie taki w prezencie – oznajmił wręczając mi rysunek.
– Ok. Porozmawiam z zajączkiem i jeśli będziesz grzeczny, to może na święta da się coś załatwić.
Właśnie, święta wielkanocne… Pojęcie czasu dla młodego pokolenia jest zupełnie inne niż dla dorosłych osobników. Wczoraj była środa popielcowa, czyli równo czterdzieści dni do Wielkiej Nocy. Ale jak wytłumaczyć chłopcu, który o wydarzeniach z przed tygodnia mówi ,,kiedyś dawno temu”, że czterdzieści dni to wcale nie tak długo, bo w perspektywie lat świetlnych, to jak jedno mrugnięcie.
– Czy to znaczy, że po przedszkolu zajączek przyniesie mi czołg? – zamęczał mnie powtarzając nieustannie pytanie Franki.
Milczałem.
Swoją drogą, to skąd dziś wziąć czołg zabawkę? Pamiętam w czasach mego dzieciństwa (okres stanu wojennego), czołgi to widywało się nawet na ulicach. W każdym kiosku Ruchu, w każdym sklepie z zabawkami, ba, nawet w papierniczym można było kupić model radzieckiego T-34, doskonale znanego z ,,Czterech pancernych”. A dziś? W zalewie dziwacznych stworów Gormitów, Ben Tenów, Supermenów, Obcych Potęg itp. czołg wydaje się przeżytkiem z innej epoki. Jakoś dotychczas szczęśliwie nie podtykaliśmy Frankiemu żadnych zabawek militarystycznych. Owszem, rycerze, figurki, miecz, zbroja to tak. To bezpieczne hobby. Ale żadnych karabinów, pistoletów. Zgodnie z zasadą: Make peace, not war.
Koniec, końców czołgu nie było, a Frankiego trzeba było odebrać z przedszkola. No i ryk! Niespełnione obietnice.
– Zajączek dostał twój rysunek i obiecał rozejrzeć się za czołgiem. Ale to dopiero na święta – powiedziałem, żeby załagodzić wybuch histerii.
– Do świąt jest jeszcze bardzo, bardzo długo – wtrąciła się z miną eksperta Zo.
To tłumaczenie siostry wzmogło jeszcze rozpacz brata.

Jazda samochodem z wyjącym dzieckiem ćwiczy moją odporność na stres. Ćwiczę samoopanowanie. Po powrocie do domu z krzesła z oparciem, dwóch podgłówków, koca i tekturowej rury zbudowałem coś na kształt wozu bojowego. Franki uspokoił się, a nawet z pewnym zainteresowaniem podszedł do mojego dzieła. W środku posadził misia jako kierowcę. Różowa świnka została działowym. Dowództwo objął natomiast majestatyczny pluszowy łoś.
– Tato miałeś świetny pomysł! – Franki zawiesił się na mojej szyi. 

  
 

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki dorosłych już dzieci. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *