Wystawa maruderów rasowych

Zrób dzieciom przyjemność – to nasze rodzinne hasło na weekend. Skoro weekendy mamy dla siebie, możemy więcej czasu poświęcić dzieciom i jeżeli tylko mają odrobione lekcje, to warto z nimi zrobić coś ciekawego. Dobrze by było rozwijać ich pasje, pokazywać ciekawe rzeczy, zainteresować czymś nowym. W minioną sobotę okazja sama się nadarzyła, bo na terenie targów odbywała się wystawa psów rasowych. Dzieci nasze lubią zwierzęta, a Zo wręcz marzy o własnym pupilku w domu, więc wydawało się, że pójście na wystawę będzie strzałem w dziesiątkę. Na dodatek umówiliśmy się jeszcze na miejscu na spotkanie ze znajomymi i ich dziećmi: Marysią i Andrzejkiem. Na wystawę też zabraliśmy największego miłośnika zwierząt domowych jakiego znam, czyli dziadka Bogdana.

I co? Jak było? Jakby było fajnie, to bym się pewnie tak nie rozpisywał. Nasze dzieci już od początku niezbyt entuzjastycznie podeszły do pomysłu opuszczenia rodzinnego domu w sobotnie popołudnie. Franki zaczął marudzić, że będzie się na pewno nudził, bo co takiego jest ciekawego w oglądaniu psów. Bardziej go interesowało to, czy Andrzejek będzie miał ze sobą jakąś broń, tak żeby mogli pobawić się w ,,żołnierskie gonito”. Zo była nieco zmęczona i zniechęcona, bo jak to stwierdziła: ,,i tak nie kupimy tam żadnego pieska, więc po co tam jedziemy”.

Ale i tak w końcu pojechaliśmy. W hali w której odbywały się finałowe prezentacje i wręczanie medali było tłoczno, duszno i gorąco. Psów było sporo, ale nie robiły one na naszych dzieciach oczekiwanego wrażenia. Wkrótce trafiliśmy na Andrzejka i Marysię, ale jak tu się bawić w takim tłumie. Zaczęło się więc ogólne marudzenie. Franki przekonał się osobiście, że nie ma tu dla niego nic ciekawego, więc zaczęło mu się strasznie nudzić. Zo chciała zrekompensować sobie to, że nie kupimy psa, kupnem jakieś pamiątki. A że nie mogła się zdecydować jakiej, to też zaczęła marudzić i dostawać histerii. Atmosfera gęstniała, a ja już miałem tego wszystkiego dość. Zo z Frankim na przemian ryczeli, obrażali się i strzelali fochy. Jedyną w pełni ukontentowaną osobą był dziadek Bogdan, który z dużą cierpliwością przyglądał się zarówno psom rasowym, jak i naszym rasowym tarciom rodzinnym.W końcu nie pozostało nam nic innego, jak tylko ewakuować się w trybie przyśpieszonym z targów. Do domu wróciliśmy zmachani i zmęczeni jak po ciężkiej orce.

W niedzielę pojechaliśmy na spacer do lasu. Było fantastycznie. Złota, polsk jesień. Dzieci bawiły się w archeologów i szukały śladów zaginionej cywilizacji. Było spokojnie, uroczo, sielsko. Odpoczynek na łonie natury. Nikt z nas już więcej nie wspomniał o żadnych psach.

 

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz

Fanklub Violetta

Nasza Zo, choć skończyła niedawno ósmy rok życia, chiałaby być już nastolatką. Z pokoju zniknęły maskotki, lalki, kucyki i inne kompromitujące oznaki dziecięcych fascynacji. Jej osobisty apartament przybrał wygląd salonu mody z wiecznie panującym w nim tak zwanym artystycznym nieładem. A wszystko to za sprawą fascynacji argentyńskim serialem dla nastolatków ,,Violetta” puszczanym po południu na ,,Disney chanel”. Nie wiem co takiego fantastycznego jest w tym filmie, bo według mnie przypomina on jakiś mdły brazylijski tasiemiec. Coś jednak musi w nim być skoro Zo wręcz ,,zachorowała” na ,,Violettę”. Jej życzeniem urodzinowym było otrzymanie jak najwięcej prezentów związanych z serialową bohaterką. I tak oto wkrótce pojawiły się w jej kolekcji zeszyty z ,,Violettą”, naklejki z ,,Violettą”, linijka z ,,Violettą”, pisma fachowe z ,,Violettą” i oczywiście obowiązkowe książki – przewodniki o ,,Violettcie”. Zo była wniebowzięta. W tajnym zeszyciku zaczęła prowadzić tajne zapiski w których wyznawała skrycie sama przed sobą, ze ,,Viotetta” to jej najulubieńszy film. Wyznanie zostało przyozdobione stosownymi rysunkami.

Dziś i ja musiałem się czynnie włączyć do utrwalenia miłości do serialu. Zo bardzo nalegała na powieszenie w swoim pokoju plakatu (format coś w okolicach a2) z filmowymi bohaterami. Żeby wyglądało to jakoś estetycznie przywierciłem do ściany koło łóżka Zośki ozdobną  drewnianą listewkę do której przykleiłem ten monstrualny plakat. Teraz już ,,Violetta” króluje niepodzielnie w słodkim (niegdyś), różowym pokoju naszej małej księżniczki. Upss… przepraszam, naszej prawie nastoletniej córki.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz

Rowerowe ostatki

W sobotę pogoda kusiła ciepłym słoneczkiem. Zo i Franki przykuci do telewizora z niechęcią reagowali na pomysł spaceru do lasu. Ale gdy w grę weszły rowery, zrobiło się nieco większe zainteresowanie i pojawiły się nawet pewne symptomy entuzjazmu. Musiałem co prawda sięgnąć po schowane już na zimę rowery naszych dzieci, ale warto było. To za pewne ostatnia nasza przejażdżka rowerowa w tym roku. Zo, Franki i ja pojechaliśmy do naszego pobliskiego lasku, by zatopić się w blasku jesiennego słońca oraz barwach jesiennych liści. Liście zresztą były nam potrzebne na zajęcia szkolne Zo, więc połączyliśmy przyjemne obcowanie z przyrodą z pożyteczną pracą zbieracza. Franki z kijem w ręku ruszył w głąb polany walczyć z muchomorami, a Zośka podpatrywała kaczki w pobliskim stawku. Ja po ciężkim tygodniu pracy ładowałem swoje psychiczne akumulatory. Było pięknie, tak jak to tylko może być na naszej wsi.

I pomyśleć, że rok temu Zośka robiła wokół placu zabaw kółka na swoich ,,czterech kółkach”, a Franki jeszcze w czerwcu nie umiał jeździć na dwóch. Teraz oboje śmigają ze mną po leśnych ścieżkach. Jest super!

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Samodzielność

Wczoraj nasza mała (no, już nie taka całkiem mała) Zosieńka po raz pierwszy nie została przez nas rodziców odprowadzona do szkoły. Wysiadła z samochodu i sama pomaszerowała do budynku. Tak sobie zażyczyła, żebyśmy jej nie odprowadzali.

Niby nic takiego nadzwyczajnego, ale wczoraj ze względu na chorobę gardła Franki był w domu. Zo sama szła do szkoły. Poza tym była to godzina 7 rano i w szkole wiało pustką na korytarzach (świetlica otwierana jest dopiero od 7.30). Żal mi było naszej małej bubiny, bo kiedy ją odprowadzam rano zostaję z nią te kilka minut na korytarzu i czekam, aż przyjdą inne dzieci z jej klasy. Wczoraj Zosia wkroczyła dumnie w świat dojrzałości. Bez lęku, onieśmielenia, na własne życzenie.

Dzieci nam dorastają. I to jest bolesna prawda. Zo niechce już w miejscach publicznych siadać mi na kolanach. W kościele mimo dużego tłoku nie chce usiąść na klęczniku ,,bo to dla małych dzieci”, a ona jest już poważną osobą. Dobrze, że ma jeszcze potrzebę bycia przytulaną przez swego ojca. To mnie cieszy, ogromnie raduje. Gdy wracam umęczony z roboty, przywalony troskami Zo rzuca mi się od progu na szyję i wykrzykuje: ,,tata, wróciłeś, tęskniłam za tobą!”. Ciekawe jak długo jeszcze będzie tak robiła. Kiedyś z pewnością przestanie. I to będzie bolesne dla mnie pożeganie z dzieciństwem mojej pierworodnej.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Życiowe powołania

Zo już od dłuższego czasu ma jasno sprecyzowany kierunek swego rozwoju edukacyjnego. Chodzi do szkoły po to, aby w przyszłości zostać panią przedszkolanką i pracować z małymi dziećmi w przedszkolu. Franki wciąż się waha w kwestii swojej zawodowej profesji. Jednak po wakacjach w leśnym domku jednen pomysł chodzi mu cały czas po głowie. A mianowicie chce zostać księdzem. A wszystko dlatego, że na wakacjach dzieci bawiły się wielokrotnie w ślub prawdziwego chomika z pluszowym pieskiem. Rolę księdza odgrywał za każdym razem i to z dużym powodzeniem właśnie Franki. I tak to mu jakoś to zostało. Bycie księdzem to fajna zabawa!

Wczoraj przed snem toczyła się w gronie naszej czwóreczki bardzo ważna dyskusja na temat Monster High i innych tego typu okropności. Młodzi zgodnie stwierdzili, że wszystkie te lalki są straszne i nie powinny być sprzedawane w sklepach dla dzieci.

– Ja mam pomysł! – zapalił się Franki. – Ja bym stworzył lalki z Panem Jezusem, Maryją i świętym Franciszkiem. W ogóle wszystko bym zrobił z Panem Jezusem: zabawki, piórniki, zegarki, książki, soki, lampki i perfumy…

– Wiesz co – Misza śmiała się w głos – ty lepiej zamiast księdzem zostań handlowcem. Wtedy może mi załatwisz taką lampkę.

– Nie ma sprawy – odparł rozpromieniony nasz mały filozof.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nocowanie dwóch panien W.

Dziś próbujemy dociec, kto pierwszy wpadł na pomysł zaproszenia do naszego domu na nocleg dwóch szkolnych koleżanek Zo. Czy była to odgórna inicjatywa Miszy, czy raczej oddolne pragnienia naszej córki. Plan jednak został przyjęty do realizacji i w miniony piątek po południu w naszym sosnowym domku zjawiła się zaraz po szkole koleżanka W. Pierwsza, a wkrótce dołączyła do niej W. Druga. Początek był miły i obiecujący. Dziewczynki grzeczne, uśmiechnięte, chętne do zabawy. Zo bardzo przeżywała wizytę i była bardzo podekscytowana, a Franki, który z racji rekonwalescencji po nieżycie gardła przebywał cały dzień w domu, zajął się porządkami i starał się nie zabałaganić pokoju, aby zrobić dobre wrażenie na spodziewanych gościach.

Niestety, im dłużej trwał pobyt dwóch koleżanek W., tym nasze nerwy były wystawiane na coraz większą próbę wytrzymałości. Franki miał nadzieję, że będzie mógł dołączyć do zabawy dziewczyn, ale szybko się okazało, że koleżanki są raczej odmiennego zdania. No, chyba, że Franki będzie odgrywał rolę złego potwora i będzie je gonił po całym naszym mieszkaniu. Gonienia po mieszkaniu zabroniliśmy, a i Frankiemu ten pomysł nie przypadł do gustu, czemu dawał głośny wyraz wykrzykując co po chwila:

– Głupie dziewczyny, ja nie chcę żeby one tu były!

Zo zaprosiła dwie koleżanki w nadziei, że te będą podziwiały jej pokój, wyrażą zachwyt nad strojami do przebierania, lub podzielą jej fascynację serialem ,,Violetta”. Nic z tych rzeczy… Szybko się okazało, że Zo jest tylko pewnym dodatkiem do ,,nocnej przygody” obu koleżanek W. i w zasadzie ona sama nawet nie jest im do niczego potrzebna. O ile W. Druga zachowywała kulturalny dystans do nas, jako gospodarzy, o tyle W. Pierwsza szybko poczuła się bardzo swobodnie w naszym domu i postanowiła realizować własne plany rozrywkowe. Kiedy z Miszą zaproponowaliśmy, że zrobimy dla dzieci kolację przy świecach i muzyce W. postanowiła zbojkotować ten ,,nudny” pomysł i poszła szukać sobie gier na laptopie z którego puszczałem akurat nastrojowe piosenki. Propozycja obejrzenia w telewizji ,,bajki na dobranoc” też nie przypadła jej do gustu, gdyż wolała oglądać swoją bajkę, którą przyniosła na płycie DVD. W czasie kąpieli dziewczyny zamknęły się w łazience i mimo ostrzeżeń Miszy urządziły sobie solidne mycie włosów. Warto zaznaczyć, że obie koleżanki W. mają długie, gęste włosy. Następne trzy kwadranse Misza poświęciła na słuszenie dwoma suszarkami owych długich i gęstych włosów obu koleżanek W.

Atrakcją wieczoru miały być stare bajki wyświetlane na diaskopie, który pamięta czasy mojego dzieciństwa. Miało to być coś innego, coś czego dziewczyny na pewno nie mają okazji zobaczyć na co dzień. Nasze dzieci bardzo lubią takie wieczory w starym stylu. Nasze dzieci tak, ale koleżanki W. może już nie specjalnie. W. Pierwsza już po projekcji pierwszej bajki stwierdziła, że jest rozczarowana, bo pojawiające się na ścianie obrazki nie ruszają się i nie mówią (widocznie nie spodobało jej się moje czytanie). Po drugiej bajce położyła się demonstracyjnie na łóżku i wystawiając nogi do góry zaczęła zasłaniać projekcję. Po trzeciej bajce mi nerwy póściły i skończyłem zabawę z diaskopem. Wtedy W. Pierwsza stwierdziła, że ona opuszcza sypialnię i idzie się bawić do salonu. Powiedziałem, że jest już późno i o tej godzinie w salonie mogą być tylko rodzice, a dzieci są w swoich łóżeczkach.

– No i co mi pan zrobi? – spytała bezczelnie mała ośmiolatka.

W sobotni poranek robiłem przede wszystkim dwie rzeczy. Starałem się jak mogłem odciągnąć Frankiego od towarzystwa dziewczyn oraz powstrzymywać siebie samego od ingerencji w poczynania obu koleżanek Zo. Mimo ostrzeżeń Frankiego wciąż ciągnęło do zabawy z dziewczynami, które zwykle kończyły się po chwili głośnym zawodzeniem młodego:

– Głupie dziewczyny, ja nie chcę żeby one tu były!

Misza tymczasem dwoiła się i troiła, żeby zapewnić atrakcję i umilić pobyt obu panien W. Wymyśliła lepienie ozdób z masy solnej, wypalanie ich i malowanie. Fajna sprawa.

– Ja z W. Drugą robimy razem – oznajmiła szybko W. Pierwsza.

– Ale ja chcę być razem z wami – protestowała Zo.

– Nie, bo ja pierwsza powiedziałam, że będę z W. Drugą. Ty możesz być z Frankiem.

– Nie, ja chcę być z dziewczynami. Dziewczyny razem, chłopacy osobno.

Słysząc to Franki znów wpadał w złość: – Głupie dziewczyny, ja nie chcę żeby one tu były.

Nasza nerwowa szarpanina skończyła się na szczęście o godzinie trzynastej. Po panny W. przyjechały ich mamy. W. Druga uśmiechnęła się promieniście, powiedziła ,,do widzenia” i szybko zniknęła za drzwiami. W. Pierwsza zastrajkowała i powiedziała, że nie chce wracać do domu i że ona zostanie u nas na drugą noc. Dopiero po ostrej reprymendzie ze strony matki opuściła wreszcie nasze progi.

W poniedziałek po szkole pytaliśmy Zo jakie wrażenia wyniosły jej koleżanki z pobytu w naszym domu. Zo nie była skora do zwierzeń. Z W. Drugą nie bawiła się tego dnia w ogóle, a W. Pierwsza na przerwie sypnęła ją piaskiem w twarz i potwierdziła, że zrobiła to specjalnie.

No to kto w końcu wpadł na ten pomysł z nocowaniem szkolnych koleżanek? To chyba nie jest już takie ważne. Myślę, że temat zapraszania znajomych z klasy mamy na kilka miesięcy z głowy. Tylko, że teraz Franki marudzi, że jego kolej na zaproszenie na nocleg swoich kolegów… Ludzie trzymajcie mnie mocno!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kasztanowe królestwo

Oto księżniczka Cadance w kasztanowej sukni postanowiła dziś wyjść na spotkanie z księciem Ksawerym, który podąża ku niej na swym rączym rumaku. Tłum kasztanowych poddanych przygląda się parze w oddali.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Niby tak samo, a jednak… czyli powrót do szkoły

Niedługo minie połowa września, a ja jeszcze nic nie napisałem o powrocie dzieci do szkoły. Bo niby nic nadzwyczajnego. Nie ma już tych emocji, co przed rokiem, gdy przeżywaliśmy historyczny przeskok Zo i Frankiego z przedszkola do szkoły podstawowej. Tym razem nikt się specjalnie nie denerwuje, nie przeżywa, nie protestuje. Wakacje się skończyły i wracamy do szkoły. Normalka… Niby, bo jednak jakieś różnice i zmiany są. Franki przeszedł ze szkolnej zerówki do pierwszej klasy. A to znacząca odmiana. Nie ma już zabawy, są ławki, lekcja i jest nauka. Wkrótce zaczną się zadania domowe i nie będzie już czasu na popołudniowe zbijanie bąków i nudzenie się. Franki na pewno ucieszył się z tego, że ma własny plecak-tornister i nowy piórnik. Jest też dumny z tego, że ma swoją osobistą szafkę w szatni i kluczyk do niej, który nosi demonstracyjnie przypięty do smyczy, na szyi. Wkrótce dostanie swój identyfiaktor i będzie mógł własnoręcznie otwierać drzwi wejściowe do szkoły.To, co mu się nie spodobało, to na pewno to, że musi siedzieć w klasie z Alanem (który mu dokucza), a nie ze swoim ulubionym kolegą Wojtkiem. Pani ich tak poprzestawiała i zdaniem Franiego, to ,,było bardzo głupie”. ,,Głupie” są też lekcje, ,,głupi” są starsi chłopacy w świetlicy, którzy chcą rządzić młodszymi, ,,głupi” jest wuef i ,,głupia” jest piłka nożna na którą Franki nie będzie chodził, bo ciągle jest dołączany do drużyn, które przegrywają.

U Zo jest raczej po staremu. Ta sama klasa, ta sama pani, tylko inny ksiądz od religii. Mniej sympatyczny od brata Darka, który uczył w zeszłym roku. Niestety przybywa nauki i prace domowe są coraz bardziej skomplikowane. Podziwiam jednak Zo za umiejętność czytania, którą nabyła. Lubi czytać i choć nie idzie jej to jeszcze zbyt płynnie, to z wielką dumą prezentuje przed nami tę swoją nową umiejętność. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie zadania z matematyki, których Zo nie rozumie.

Duży plus należy się też naszym dzieciom za poranną pobudkę. Ze względów logistycznych musimy wszyscy wyjść z domu już za dziesięć siódma. Dlatego dzieci muszą być na nogach najpóźniej piętnaście, dwadzieścia po szóstej. Dla niektórych pewnie to środek nocy, a nasze bidule bez szemrania i protestów budzą się o tej godzinie. Zo nawet nastawia sobie swój budzik, żeby obudzić się nieco wcześniej.

Wkrótce Zo i Franki będą mieli pierwsze w tym roku wycieczki klasowe. To dobrze. Może to będą dla nich chwile wytchnienia od nauki. Jakaś przygoda. W końcu szkoła to nie tylko sama nauka. Na małe przyjemności też musi się znaleźć tam czas i miejsce.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , , | Jeden komentarz

Bez dzieci

Drugi raz w ośmioletniej historii naszego życia z dziećmi spędziliśmy weekend z Miszą bez dzieci. Pierwszy raz był ponad cztery lata temu, gdy udaliśmy się na weselę do Piekar. Tym razem wyjechaliśmy do Gostynia, a Zo i Franki zostali oddani pod troskliwą opiekę cioci Ani i wujka Julka.

Kto ma możliwość częstego ,,podrzucania” na weekend lub wakacje swoich dzieci do babć, cioci, znajomych ten nie zrozumie tego ogromu psychicznego odprężenia, jakiego doświadczyłem razem z Miszą w minioną sobotę. I nie chodzi tu o uczucie ulgi, radości czy czegoś podobnego. W pewnym sensie ciężko było nam rozstać się z dziećmi i na pewno za nimi tęskniliśmy. Ale przez półtora dnia byliśmy z Miszą tylko dla siebie. To jakby odkrywanie na nowo naszego związku, naszych relacji. Powrót do tego, co było na początku naszego małżeństwa. Mogliśmy na siebie spojrzeć w kontekście partnerskim, a nie tylko i wyłącznie rodzinnym. Odkąd bowiem w naszym życiu pojawiły się dzieci wciąż żyjemy i przeżywamy wszystko w relacji z nimi. I nagle dostajemy wspaniały prezent, cały dzień tylko dla siebie, bez troski o to, czy dzieci wstały, czy się ubrały, co zjedzą na śniadanie, obiad, co będziemy z nimi robić. Nikt nas nie woła, nie słychać krzyków, kłótni, nie trzeba nikogo upominać, przypominać… Jesteśmy tylko Misza i ja. Są tylko nasze sprawy. Jest słońce i cudowna pogoda. W sadzie dojrzewają jabłka, a noc wita nas rozgwieżdżonym niebem. Chwile beztroski…

A potem niedziela, popołudnie i powrót do rzeczywistości. Tej naszej, rodzinnej. I znów jesteśmy Czwóreczką.  😛

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Jeden komentarz

Weekend w powiększonym składzie

Mamy za sobą oto ciekawe doświadczenie życiowe. Na ostatnie dwa dni wakacji nasza Czwóreczka zamieniła się w szósteczkę. Na tymczasowe przechowanie dostaliśmy od cioci Ani małego Felusia i Karolinkę. Po raz pierwszy od ładnych już kilku lat mieliśmy z Miszą przeżyć noc z dwulatkiem. Na własnej skórze mogliśmy doświadczyć jakby to było gdybyśmy mieli nie dwójkę, a czwórkę dzieci.

Wydaje się, że było by całkiem fajnie. My rodzice na pewno mielibyśmy więcej ruchu (a w naszym wieku dbanie o kondycję fizyczną jest bardzo ważne) i mniej czasu na niepotrzebne nikomu leniuchowanie na kanapie. Przy czwórce dzieci nie ma czasu na nudę i nawet nie ma okazji, aby o tej nudzie pomarzyć. Trzeba się tylko uodpornić na zwiększony poziom wchłanianych decybeli, przestać się przejmować utrzymaniem porządku w domu i przestawić się na tryb pieluszkowej obsługi najmłodszego członka rodziny. Dalej idzie już jak z płatka…

Cieszę się, że mały Feluś tak dobrze zniósł pobyt u nas. W ogóle się nie zorientował, że nie ma koło niego mamy ani taty. Był szczęśliwy, radosny, skory do zabawy. Wystarczyło mu rozłożyć na podłodze tory i kolejkę, o której Franki już dawno zdążył zapomnieć. Feluś miał zabawę na całego. Karolinka jest już stałym u nas gościem, więc czuła się jak u siebie w domu. Baliśmy się tylko z Miszą jak Felek zniesie noc poza swoim domem. Na szczęście młody był tak wymęczony bieganiem na palcu zabaw i ululany kąpielą w brodziku, że szybko zasnął. Najszybciej z całej czwórki. Miałem nadzieję, że prześpi tak do rana, ale pierwszą pobudkę zrobił nam o pierwszej w nocy. Ale nie płakał, tylko uznał, że jest już wyspany. W końcu jednak udało mi się go przekonać, że powinien spać dalej. Niestety, kolejne jego pobudki odbywały się z regularnością, co godzinę, aż do piątej rano. Dopiero nad ranem zorientował się, że nie ma koło niego mamy i wtedy po raz pierwszy zapłakał. Misza go utuliła i Feluś przespał prawie do ósmej. Wstał radosny, wypoczęty, uśmiechnięty, gotowy do zabawy. My z Miszą może nie byliśmy aż w tak super kondycji, ale w końu przez ładnych kilka lat żyliśmy trybem nieustannych nocnych pobudek. Jesteśmy już jakby zahartowani.

Z pewnym rozrzewnieniem zacząłem wspominać czas, gdy w okresie ,,nocnych wędrówek ludów” przez kilkanaście miesięcy byłem zmuszony do dosypiania nocy w dziecięcym łóżeczku Frankiego.  I to był dopiero prawdziwy rodzicielski survival.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , , | Jeden komentarz