Polowanie i coca-cola

W minioną sobotę po południu urządziliśmy sobie rodzinne polowanie na dziką zwierzynę. Zupełnie przypadkowo i jakby prosto z marszu, bez przygotowania oraz potrzebnego sprzętu. Polowanie odbyło się przy pięknej pogodzie w Rogalinie, w towarzystwie naszych gospodarzy Ewy i Marka oraz ich licznej rodziny. Mężczyźni (i chłopacy) odważnie poszli przodem przez pole, a nawet w celach obserwacyjnych wspięli się na myśliwską ambonę. Kobiety (i dziewczyny), pochłonięte towarzyską rozmową kroczyły dumnie z tyłu zachowując słusznie przypisaną naturze niewieściej ostrożność.

Szczęściem dla zwierzyny polwanie miało zupełnie bezkrwawy charakter i polegało jedynie na podejściu wypatrzonych wcześniej na polu okazów leśnej fauny. A było to tak:

Na zaproszenie Ewy i Marka, którzy ostatnie dni szkolnych wakacji rezydują w wiejskiej ,,posiadłości” w Rogalinie, pojechaliśmy ich odwiedzić i spędzić cały dzień piknikując na dworze. Ponieważ nasz piknikowo-grillowy biwak sąsiadował z polami rolnymi, a te zaś rozciągały się aż po kraj lasu, mogliśmy z daleka obserwować i pracę orającego traktorzysty i dzikie zwierzęta, które co rusz wychodziły z lasu na pole.

Wpierw obserwowaliśmy loty myszołowa, który krążył nad polem i co rusz atakował jakieś gryzonie na ziemi. Potem dojrzeliśmy sarny, a na koniec ruszyliśmy wspólnie wszyscy przez pole, aby przyjrzeć się dwóm innym dziwnym okazom, które wyłoniły się z lasu. Z daleka mogły to być zające lub dziki. Jednak po bliższych oględzinach ustaliliśmy, że udało się nam wypatrzeć dwie młodziutkie sarenki. Spłoszone naszym ich otaczaniem uciekły chyżo w las.

Nasz sukces łowiecki przypieczętowaliśmy wielką grillową ucztą, a pod wieczór rozpaliliśmy ognisko. Dorośli byli ukontentowani nastrojem sielskiego spokoju i odpoczynku, a dzieci miały wielką radochę i zabawę. W końcu miały wszystko, co jest im obecnie do szczęścia potrzebne: wakacje, słońce, powietrze, dobre towarzystwo do zabawy, kiełbaskę, słodkie i oczywiście coca-colę.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wycieczka rowerowa

Wakacje szybko przemijają. Niestety czas beztroski wkrótce się skończy i zaczną się szkolne obowiązki. Myślę o tym z wielkim przestrachem. Nasze pociechy jakby nie zdawały sobie z tego sprawy. Żyją dniem dzisiejszym i nie myślą perspektywicznie. Na razie jest fajnie, bo jest zabawa, przygoda, atrakcje.

W ramach owych atrakcji zaliczyliśmy rodzinną wycieczkę rowerową do Strzeszynka. Oczywiście nie obyło się bez narzekań i marudzenia. Zo spadł łańcuch z roweru, przez pół drogi jechała na wykrzywionej kierownicy (sam się dziwię jak to jest możliwe!), Franki zaliczył wywrotkę i przekoziołkował się przez swój rower odnosząc powierzchowną ranę. Wył przy tym strasznie i nie chciał dalej jechać. Dopiero jak Misza powiedziała, że obmyje mu ranę wodą utlenioną Franki tak się wystraszył, że doznał ,,cudownego” uzdrowienia i popędził dalej przed siebie na swoim dwókołowcu.

Nad jeziorem było już strasznie fajnie, bo było mało ludzi i można było się wykąpać. Była też wyprawa po lody. Misza stwierdziła, że skoro dzieci chcą lody, to muszą iść po nie same. Budka z lodami była jakieś sto metrów od nas. Dostali pieniądze i poszli. Szli bardzo długo i się naradzali. Po chwili Zo biegiem wróciła do nas.

– Chyba nie damy rady sami.

– Dlaczego?

– Bo nie wiemy ile kosztują lody.

– To idźcie i się zapytajcie.

Zo pobiegła do Frankiego. Znów narada i ostrożne podchodzenie do budki. Tym razem przybiegł do nas Franki.

– Mamy za mało, bo potrzeba osiem złotych.

Misza dołożyła brakującą złotówkę. Franki pobiegł, ale przed budką pieniądze rozsypały mu się na trawę. Zaczęli oboje zbierać i przeliczać. W końcu po wielu perypetiach dzieci wróciły z kupionymi przez siebie lodami. Jakie były wtedy dumne ze swego wyczynu…

Mieliśmy więc przygodę rowerowo – plażową. Było trochę nerwowo, ale we wspomnieniach zostaną tylko te miłe wrażenia.

W sobotę pod wieczór pojechaliśmy wykąpać się do Kiekrza. Słońce już powoli zachodziło, a woda w jeziorze była ciepła. Tym razem nie wzięliśmy rowerów. Pojechaliśmy samochodem.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Jak dobrze nam zdobywać góry

Oto stanąłem przed urzeczywistnieniem jednego z moich rodzicielskich marzeń. Czekałem na taki moment, aż dwójka moich pociech podrośnie na tyle, że będę mógł ich zabrać na wyprawę w góry. Ja, ojciec przewodnik z plecakiem na plecach, a za mną kroczą urzeczone pięknem górskiej przyrody córka i syn. Taką miałem wizję. W rzeczywistości było niestety nieco inaczej.

Skorzystałem w te wakacje z zaproszenia przyjaciela Marcina i postanowiłem pojechać do Ustronia koło Wisły. Miałem tydzień wolnego więc zamiast siedzieć z dziećmi w domu i zastanawiać się, co tu robić, wsadziłem ich do samochodu i ruszyłem w ponad czterysta kilometrową trasę w kierunku Beskidu Śląskiego. Misza miała co do tej mojej wyprawy dość spore obiekcje, ale przekonywałem ją, że dam sobie radę. A było ciężko już od początku…

Ledwo wyjechaliśmy z miasta Zo zaczęła wymiotować w samochodzie. Zwykle choroba lokomocyjna objawia się  u niej po jakiś czterech godzinach jazdy. Tym razem dała znać już w pierwszych trzydziestu minutach. Nic to, zaparłem się w sobie i postanowiłem kontynuować jazdę. Po siedmiu godzinach, czterech postojach w końcu dojechaliśmy na miejsce. Dzieci rozbiegły się po ogrodzie i już było wszystko dobrze. Do czasu, aż Franki nie zaczął piszczeć. Przyszedł z zaczerwienionym uchem. Twierdził, że użądliła go osa. Ucho miał mocno spuchnięte, ale była to chyba raczej sprawka końskiej muchy. Franki miał jednak już dość takich wakacji i chciał wracać do domu.

Pierwsza noc minęła w zasadzie spokojnie, do jakieś czwartej nad ranem. Wtedy obudził mnie Franki z informacją, że leci mu krew z nosa. No, to było już całkiem fajnie.

Tego dnia postanowiliśmy zaatakować pierwszy szczyt – Czantorię 995 m. n.p.m. Ale nie wyglądało to tak jak w moich marzeniach. W ogóle, to wjechaliśmy na górę wyciągiem. Nawet było ciekawie i trochę ze szczyptą adrenaliny. Ja z plecakiem, jedno dziecko z prawej strony, drugie z lewej, a pod nami dziesięć metrów przepaści. Tak sobie jechaliśmy na górę. Ale wcale to nie oznacza, że dotarliśmy na szczyt bez wysiłku. Od stacji końcowej na sam szczyt prowadził ponad półgodzinny czerwony szlak.

– Damy radę! – zawyrokowałem i przekonałem dzieci, że warto podjąć się wysiłku wspinaczkowego. Pierwszy postój mieliśmy już po paru minutach. Po kilku kolejnych Zo oświadczyła, że nie ma siły i nie idzie dalej. Po dłuższych pertraktacjach ruszyliśmy w końcu dalej. Przy okazji nasłuchałem się o głupich wakacjach, o tym, że lepiej było zostać w domu i że o wszystkim dowie się mama. Franki szedł siłą przekonania, że na górze kupię mu w czeskim schronisku ,,magiczne pastylki” zwale ,,Lentylkami”. Na szczęście udało się nam jakoś dotrzeć na szczyt. Były ,,Lentylki” i były pamiątki w czeskim sklepiku. Pani mówiła po czesku, więc dzieci były zadowolone, bo po raz pierwszy w swoim życiu znalazły się za granicą.

Zdobycie Czantorii 

Jednak w drodze powrotnej Zo wymiękła. Powiedziała, że jest zmęczona i śpiąca. Poszliśmy na pizzę do baru, a ona zaczęła mi się pokładać na ławie. Już myślałem, że ma temperaturę, ale na szczęście pizza i cola przywróciły ją do życia.

Następnego dnia postanowiliśmy zdobyć drugi okoliczny szczyt, czyli Równicę. Tym razem poszliśmy już na totalną łatwiznę, czyli wjechaliśmy na sam szczyt samochodem. Droga co prawda kręta, ale zero umęczenia. Zaparkowaliśmy pod samym schroniskiem. Mimo tych wszystkich wygód Zo zaprotestowała i oświadczyła, że nie wysiądzie z samochodu, bo ma mokrą spódniczkę (chwilę wcześniej moczyliśmy się w Wiśle). Kiedy ją przymusiłem do opuszczenia pojazdu znów usłyszałem, że to najgłupsze wakacje, że trzeba było zostać w domu i że o wszystkim dowie się mama.  Na szczęście tuż obok przechodził pan z koniem Luckiem, którego można było dosiąść już za jedyne 5 zł. Taka propozycja poprawiła mojej córce humor. Oczywiście Franki też chciał się przejechać na koniu. Na Równicy znów był sklepik z pamiątkami (tym razem pani mówiła po polsku z wyraźnym śląskim akcentem) i pieczątka w schronisku. Dzieci podbiły sobie pocztówki na pamiątkę zdobycia drugiej w swoim życiu góry.

Trzeciego dnia nie zdobywaliśmy już gór. Zo za to zdobyła olbrzymiego guza na czole. Franki ją gonił, a ona potknęła się i upadła na kant taboretu. Guz miał rozmiary piłki pingpongowej. Płacz był straszliwy, ale guzioł pod wpływem przytkniętego woreczka z lodem szybko się schował.

– Zamroziłeś mi mózg – skarżyła się później Zo.

W Ustroniu zaliczyliśmy jeszcze Park Niespodzianek, czyli mini zoo, w którym zwierzęta biegają na wolności (przeważnie sarny i kózki). Widzieliśmy pokaz tresowanych sów i podziwialiśmy sprytną rodzinkę szopów, która wyżebrała od nas ziarenka kukurydzy. Kąpaliśmy się w Wiśle, choć ze względów na kamieniste dno i zimną wodę, była to raczej średnia przyjemność. Zo zakochała się w pieskach, które też przebywały tymczasowo na wakacjach w naszym domku. Były to dwa bardzo podobne do siebie pieski Timon i Hilary. I znów niestety wrócił temat dlaczego my nie mamy w naszym domu żadnego zwierzątka.

Pobyt w górach miał też jeszcze dodatkowe walory poznawcze. Zo nauczyła się jeździć na hulajnodze, a Franki polubił picie Actimela. Dzieci musiały nauczyć się większej samodzielności i dbania o siebie. Wbrew obawom Miszy dzieci nie chodziły przez pięć dni w tych samych rzeczach i miały co jeść. W końcu umiem zadbać o własne potomstwo.

Owe pięć dni przeleciało nam pędem. Trzeba było wracać do domu. Spakowałem dzieci, pożegnałem się z gospodarzami i już ruszyłem, kiedy Zo wszczęła panikę, bo ,,nie może znaleźć fioletowego petshopka, który na pewno został nie spakowany.” Nie chciało mi się wracać, więc usłyszałem jak głupie są te wakacje, że lepiej było zostać w domu i o wszystkim na pewno dowie się mama. (Zresztą już rano udało mi się przechwycić tajną korespondencję, którą Zo szykowała dla Miszy. Na kawałku wyrwanego papieru było napisane: ,,MAMO, A TATA ŻUCIŁ MNIE PODUSZKOM SPCJALNIE”). W końcu zawróciłem, przeszukaliśmy cały dom i ogród, a petshopek nie znalazł się. Owszem znalazł się cztery godziny później na postoju. Oczywiście był spakowany do torby Zo.

Takie to były te moje wakacje z dzieciakami. Trochę się martwiłem przed powrotem, czy ostrzec Miszę, że Franki wraca z wysypką na ciele. Stwierdziłem jednak, że nie ma co ją na zapas niepokoić. Sama to odkryje, gdy będzie wieczorem kąpała dzieci.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , , , , | Jeden komentarz

Wakacje z dzieciakami

Muszę nadrobić blogowe zaległości. Wakacje nieco mnie rozleniwiły i teraz mam sporo do opisywania.

Cieszę się, że wakacje się nam udały w pełni, że dostarczyły dzieciom tyle radości i przeróżnych przeżyć. Zasada jest jedna i to doskonale sprawdzona w tym roku: im tańsze wakacje, tym mniej oczekiwań ze strony dzieci, a dzięki temu większe obupólne zadowolenie później.

Wpierw więc był las, jezioro, plaża i kawałek dykty nad głową, czyli domek wczasowy. Żadnych super wygód, ale cóż więcej dzieciom potrzeba, poza otwartymi wciąż drzwiami na werandę i wybieg prosto na leśny plac zabaw. A co najważniejsze: dwa tygodnie bez telewizji i bez komputera. Dla mnie ważnym elementem była bliskość dojazdu. Podziwiam tych, którzy zabierają dzieci na wycieczki do Chorwacji, Włoch, czy nad Lazurowe Wybrzeże. Jak dzieci znoszą tę podróż…? Jak wytrzymują rodzice, gdy dzieciaki z nudów zaczynają wgryzać się w fotele? My do domku nad jeziorem jechaliśmy zaledwie dwie godziny, z jedną przerwą na lody. To było w sam raz, aby nasze pociechy wytrzymały drogę bez marudzenia, kłótni i wzajemnego obrzucania się wyzwiskami.

W leśnym domku spotkaliśmy się z Karolinką i małym Felkiem. Były to więc nasze wielkie rodzinne wakacje. Dzieci jednak szybko dogadały się z innymi małymi wczasowiczami i wkrótce przed naszym domkiem rozlegały się radosne wrzaski. O ile pamiętam do ogólnego towarzystwa należała Ania i jej brat Wojtek, ich kuzyn Igor, oprócz naszej Karolinki była Karolinka Druga, był Piotrek, Wiktoria i jeszcze jakieś inne pomniejsze narybki, które nie potrafiły się jeszcze przedstawić.

Siedząc sobie w zaciszu przed domkiem wsłuchiwałem się czasem w ciekawe dialogi młodego pokolenia:

– Oglądasz ,,Scoobiego”?

– No, fajny.

– A ten odcinek z Mumiami widziałeś? Fajny, nie?

– No, fajny.

– A oglądasz ,,Klan na drzewie”?

– No, fajny, nie?

– Fajny, no.

– A ,,Star wars” widziałeś?

– No, chyba

– Fajne, co nie?

– No fajne, chyba. (Rozmowa Frankiego i Igora).

– Panuu, panu zobaczy, ja umiem sama się huśtać, o tak… (mała Wiktoria).

– Tato, jakby co, to Franek jest oficjalnie u nas w domku (Karolinka do swego taty, o Franku, który ukrywał się przed karą za złe zachowanie).

Przez dwa tygodnie mieliśmy wymarzoną pogodę. Słońce tak przygrzewało, że chłodzić się można było jedynie w wodach jeziora. Franki tak szalał w jeziorze, że trzeba go było wyciągać z niego siłą. Nauczył się nie bać wody, wskakiwał ,,na bombę” i próbował nurkować. Zo zachowywała pewien dystans i strasznie przeżywała to, że jej brat umie pływać, a ona jeszcze nie. Chodziliśmy się kąpać do południa, a w najbardziej upalne dni także i pod wieczór. Dzieciaki były tak pochłonięte zabawą, że wcale nie myślały o chodzeniu spać. Ich dzienny rytm wydłużył się do godziny dziesiątej wieczorem.

Franki był dzielnym towarzyszem moich porannych wypraw po pieczywo do sklepiku. Specjalnie obieraliśmy dłuższą trasę, na około ośrodka, żeby zaliczyć lekki bieg treningowy. Ojciec i syn, razem na wspólnym porannym bieganiu. To będzie dla mnie jedno z najbardziej wzruszających wspomnień z tegorocznych wakacji.

Pod koniec drugiego tygodnia musiałem na trzy dni wrócić do pracy. To krótkie rozstanie pozwoliło mi odczuć jak bardzo tęsknię za moją rodziną, za moimi dziećmi, za moją Miszą. Tylko będąc razem możemy czuć się bezpiecznie, w pełni szczęśliwi. W piątek po pracy wróciłem do domku w lesie. To był wspaniały moment, zupełnie jak drugie wakacje.

Dla Zo i Frankiego były to wakacje wypełnione niekończącą się zabawą, radością, przygodami i okresem zawierania nowych znajomości. Na ile zostanie to w ich pamięci? Może za kilka lat się zatrze i zostanie jedynie niewyraźne, acz przyjemne skojarzenie beztroskiego dzieciństwa.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Konkurs na bajkę

Postanowiłem sprawdzić się w konkursie na bajkę.

https://blogowebajki.pl/index.php/?strona=1

Jak groszek poznawał świat

https://schiller.blog.pl/2013/08/04/jak-groszek-poznawal-swiat/?preview=true&preview_id=36&preview_nonce=c0ebadc1a1&hash=7da16b6294b76448980f367895e237a2&t=51fea47267232bf3e51

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Tytanic

Ponieważ Zo zainteresował się opowiadaniami koleżanki z klasy o filmie ,,Tytanic” postanowiła zgłębić nieco ten temat i poszukać jakiś zdjęć w internecie. Wynikiem poszukiwania jest poniższe dzieło rysunkowe.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Półkolonie, czyli prawie jak na wakacjach

Dla naszych dzieci zaczęły się wakacje. Franki cały czas nie mógł zrozumieć różnicy między wakacjami, a wyjazdem na wakacje. Poczuł się nawet oszukany przez nas rodziców, bo jest lato, skończyła się szkoła, a my się nie pakujemy i póki co nigdzie się nie wybieramy. Tymczasem, żeby dzieci nie nudziły się w domu, lub żeby z nudów nie zdemolowały nam mieszkania, postanowilismy zapisać je na półkolonie. Miałem początkowo duże obiekcje, jak nasze pociech zareagują na takie przymusowe ich uszczęśliwianie. Odczuwałem podobne lęki jak w dniu, w ktorym pierwszy raz oddawaliśmy ich do przedszkola. Na szczęście moje obawy okazały się płonne.

Pierwszy tydzień Zo i Franki spędzili na półkoloniach organizowanych przez parafię na Sołaczu. Znajomi podpowiedzieli nam to miejsce i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Dzieciom bardzo się spodobał taki sposób spędzania wolnego czasu. Prowadzące półkolonie opiekunki miały fantastyczne pomysły na organizowanie czasu dzieciom. Był wyjazd do pizzerni, w której zwiedzano kuchnię. Każde dziecko mogło upiec sobie pizzę. Był wyjazd pociągiem za miasto do osady survivalu, było pieczenie kiełbasek  na ognisku, nauka języka migowego, lepienie garnuszków w glinie. Jednym słowem każdego dnia mnóstwo atrakcji. Franki przestał narzekać na to, że jeszcze nigdzie nie wyjechaliśmy i przyznał, że takie wakacje bardzo mu odpowiadają.

Teraz mają drugi tydzień półkoloni. Tym razem zmieniliśmy miejsce i chodzą na plac zabaw pod dachem. Zo cieszy się, bo wraz z nią chodzi tam jej koleżanka z klasy. W przyszłym tygodniu jedziemy na prawdziwe wakacje, na dwa tygodnie do leśnego domku nad jeziorem. Dzieci już nie mogą się doczekać.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Czerwcowo – rocznicowo

To niesamowite, ale właśnie obchodzimy z Miszą dziesiątą rocznicę ślubu. Za nami pierwsza dekada naszego małżeństwa. W dorobku wspólne przeżycia, radości, troski, a na koncie bilans dodatni w postaci dwóch potomków: Zo i Frankiego.

Tak się złożyło, że nasza rocznica wypadła akurat w dniu zakończenia roku szkolnego. Oboje z Miszą wzięliśmy wolne z pracy, by być w tym jakże ważnym dniu z naszymi dziećmi w szkole. Pierwsze zakończenie roku szkolnego: Zo kończy pierwszą klasę, a Franki szkolną zerówkę. Po uroczystościach szkolnych i rozdaniu świadectw postanowiliśmy poczuć się choć trochę jak na wakacjach i pojechaliśmy sobie na wycieczkę nad jezioro Rusałka. O dziwo, mimo ciepłego dnia na plaży było mało osób. I tak, jakbyśmy byli nad morzem, poszliśmy zjeść smażoną rybkę, a potem były lody. Dzieci, choć nie miały strojów kąpielowych pluskały się w wodzie, a my, para małżeńska z dziesięcioletnim stażem, zażywaliśmy chwil beztroskiego spokoju siedząc sobie na parkowej ławce podziwaijąc spokojną toń jeziora. Było miło, wakacyjnie.

Nastepnego dnia jechalismy do Puszczykowa na ślub i wesele mojego serdecznego przyjaciela Przemka. Dla naszych dzieci było to pierwsze wesele, na które zostali zaproszeni, więc bardzo przeżywali to wydarzenie. Dla nas była to okazja do wspomnienia własnego wesela. Byliśmy więc uczestnikami ślubu w rocznicę własnego ślubu.

Aby ładnie zamknąć tridum rocznicowe w niedzielę zorganizowaliśmy właściwe już  i oficjalne obchody. Była zamówiona msza święta w kościele św. Józefa na Wzgorzu św. Wojciecha. Poszedłem do zakrystii, by prosić celebransa o udzielenie rocznicowego błogosławieństwa. Przed dziesięciu laty w zakrystii podpisywaliśmy się z Miszą pod aktem ślubu. Znów byłem w tym samym miejscu, w którym nic od tego czasu się nie zmieniło. Miałem wrażenie, jakbym był tu ostatni raz zaledwie parę miesięcy temu. Cały czas się nie mogę nadziwić, jak szybko minęła nam ta pierwsza dekada.

Po mszy zaprosiliśmy rodzinę na uroczysty obiad do restauracji. Cieszę się, że w tym ważnym dla nas czasie są przy nas nasi najbliżsi, że jesteśmy częścią dużej rodziny, że trzymamy się razem, mamy w sobie na wzajem oparcie. Nasze życie toczy się w rodzinnym gronie. Mamy dzieci, które staramy się wychować na dobrych, mądrych i wrażliwych ludzi. Oby udało się nam przekazać im te wartości, które połączyły Miszę i mnie, które są fundamentem naszego małżeństwa. Oby… To życzenia na kolejną dziesięciolatkę.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Pełnia szczęścia

Wczoraj przeżyliśmy niezwykły dzień. Może to dlatego, że był to najdłuższy dzień w roku, a może po prostu ilość atrakcji, którymi można by było obdzielić kilka weekendów skumulowała się w tę właśnie sobotę.

Zacznę więc od początku i od siebie. Rano postanowiłem pobić mój dotychczasowy rekord w długości biegu wokół osiedla. Cel założony został, nawet ku mojemu osobistemu zaskoczeniu, osiągnięty z dużą łatwością. Nie napiszę ile przebiegałem, bo jeszcze nie ma się czym chwalić, ale zważywszy na to, że rok temu miałem problemy z przebiegnięciem kilkuset metrów, to teraz po moich biegach widać znaczące postępy.

Po śniadaniu zostałem sam z dziećmi i musiałem im jakoś zorganizować czas. Zanim jednak ruszyliśmy  we trójkę na wycieczkę rowerową zdążyłem jeszcze w ogródku wyrwać korzeń po jałowcu, którego ściąłem jeszcze w ubiegłym roku. Przez rok zmagałem się z myślą, że muszę to w końcu zrobić. I zrobiłem. To tyle z moich osobistych sukcesów. Teraz o dzieciach.

Celem naszej wycieczki rowerowej był basen, ale trasa do niego wiodła krętymi uliczkami naszej okolicy i trochę na około. Taki miałem chytry plan, dzięki któremu  Zo i Franki zaliczyli najdłuższą w swoim dotychczasowym życiu trasę rowerową. Na basenie dzieci nauczyły się już bez strachu zjeżdżać na średniej zjeżdżalni i nie bały się zanurkować na kilka sekund pod wodą. Po raz pierwszy zostawiłem ich samych  na dwie minuty w jacuzzi i dzięki temu mogłem sobie ze spokojem przepłynąć dwie długości basenu.

Po basenie pojechaliśmy jeszcze na festyn do naszego nowo otwartego domu kultury. Była loteria i Zo i Franki wygrali jakieś drobnostki, potem malowali korony za które pani opiekunka zrobiła im tatuaże na rękach. Dzieci miały więc pełnię szczęścia.

Na tym nie koniec atrakcji. Nasza sobota dopiero się rozkręcała. Po południu jechaliśmy na coroczne spotkanie w gronie znajomych, którzy tym razem zaprosili nas do Serdecznej Osady pod Śremem. Było strasznie gorąco, a tam na miejscu czekał na nas błękitny basen z wodą, boisko sportowe i indiański wigwam przy którym smażyły się kiełbaski. Nikt nas co prawda nie uprzedził o basenie, ale dzieciom bynajmniej nie przeszkadzało, by w samych majtkach wykąpać się w orzeźwiającej wodzie. Dobrze, że Misza zawsze przezornie zabiera na takie wyprawy zapasowy komplet odzieży dla dzieci. Przy grillu, śpiewach przy gitarze i na zabawach na boisku czas upłynął nam tak szybko, że zrobiła się godzina dziewiąta wieczór. Trzeba było wracać do domu.

Ale to wcale nie oznaczało końca wszystkich sobotnich przygód. Przejeżdżając koło naszego domu kultury zatrzymaliśmy się na chwilę, by przypatrzeć się występom muzycznym na plenerowej scenie. Akurat do występu szykował się ,,Voo voo”. Mimo późnej pory dzieci nalegały żebyśmy zostali. I warto było. Wrażenia były tak silne, że Zo ruszyła w tany, a Franki ściskał nas i wykrzykiwał: ,,to najszczęśliwszy dzień w moim życiu”. W domu byliśmy przed jedenastą wieczorem. Zanim jednak dzieci zdążyły zasnąć na niebie rozpoczął się wielki show z pokazami sztucznych ogni. Franki nie miał już siły, ale Zo poszła z nami przed dom, by obejrzeć wielkie widowisko.

I co? Czyż nie był to dzień pełen wrażeń? I to jeszcze jakich…

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz

Sztuka kochania

Franki miał specjalny dzień na wyznawanie wszystkim miłości. Rozczulił się do tego stopnia, że oświadczył iż kocha nie tylko mamę i tatę, ale nawet rodzeństwo w postaci swojej jedynej siostry Zosi. Jego wyznania przeszły w rozważania natury filozoficznej. Z pewnymi przemyśleniami podzielił się ze mną.

– Tato, a wiesz, że kiedy dziewczyna mówi, że chce zostać twoim kolegą, to znaczy, że chce ci powiedzieć, że cię już nie kocha…

No proszę, taki siedmiolatek, a już tyle wie o życiu.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, śmieszne | Dodaj komentarz