Urodzinowa gradka dla dziadka

To była bardzo udana niedziela, pełna wrażeń i radosnych chwil. To była niedziela dla dziadka Bolka, któremu postanowiliśmy wyprawić urodziny – jubileuszowe – siedemdzisiąte. Była wspólna msza święta w parafii jubilata, rodzinne spotkanie i sesja zdjęciowa z dziećmi i wnukami w studiu fotograficznym. A potem odbyło się przyjęcie w Zagrodzie Bamberskiej. Pogoda dopisywała, więc mogliśmy siedzieć na zewnątrz pod parasolami, a dzieci mogły wybiegać się na placu zabaw, wyskakać na trampolinie. Byli goście, najbliższa rodzina, tort, świeczki i chóralne ,,sto lat”. Było pyszne jedzenie, humory dopisywały, a szanowny jubilat miał dobrą okazję do roztaczania wspomnień z czasów młodości. Dziadek był szczęśliwy i to chyba najważniejsze wrażenie dzisiejszego dnia.

Dziękuję wszystkim, którzy byli z nami w tym dniu, którzy stworzyli wspaniałą atmosferę rodzinnego święta. Kto wie, kiedy i czy w ogóle nadarzy się jeszcze taka okazja do wspólnego spotkania?

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Majówka z dziadkiem

Patrząc na rozwój dwójki moich dzieci mimochodem wracam do wspomnień z własnego dzieciństwa i do ważnych przeżyć, które zapadły mi w pamięci już na zawsze. Do takich wydarzeń mogę zaliczyć moje relacje z dziadkiem Staszkiem. Miałem tylko jednego dziadka i był on dla mnie kimś bardzo ważnym. Był autorytetem. Od kochania i przytulania były babcie, dziadek był od męskiej przygody. Nie wiem ile miałem lat, może sześć, może siedem, kiedy dziadek zabrał mnie i mojego kuzyna – rówieśnika na wycieczkę pociągiem do Puszczykowa. Nie wiele z tego pamiętam, ale została mi świadomość uczestniczenia w czymś wyjątkowym, niesamowitym. Jechałem bez rodziców na całodzienną wycieczkę.  Pamiętam też wyprawy z dziadkiem do parowozowni, gdzie pracował, do zoo, na ogródek działkowy. Pamiętam boleśnie jak dziadek ratował mnie przed bandą starszych chłopaków, którzy mnie ścigali po szkole, jak w mojej obronie upadł i złamał sobie rękę. Był moim bohaterem. Kiedy siedemnaście lat temu dowiedziałem się, że umarł w szpitalu autentycznie popłakałem się.

Dziś chciałbym, żeby moje dzieci też miały takie wspomnienia o swoich dziadkach, tym bardziej, że nie mają już ani jednej babci. Dziadek Bolek zafundował ostatnio Zo i Frankiemu prawdziwy dzień dziecka. Chciał spędzić ten dzień z wnukami. Co prawda pogoda była deszczowa, ale nie warto było siedzieć w domu. Trzeba było gdzieś pojechać. I rzeczywiście była to dość niezwykła wyprawa. Mieliśmy jechać na jakiś festyn dla dzieci do Owińsk, ale po drodze nieplanowo zajechaliśmy do pałacyku w Biedrusku, gdzie zostaliśmy oprowadzeni po świeżo wyremontowanych salach, a dzieci mogły pobiegać po odnawianym dopiero co ogrodzie. Potem, również przez przypadek zajechaliśmy na otwarty w tym dniu w Owińskach plac zabaw dla dzieci ociemniałych. I to była największa frajda, bo ów plac jest pełen niesamowitych atrakcji dla dzieci, parków linowych, równoważni, huśtawek, ścianek wspinaczkowych, mostków, drabinek. Dzieci na placu było mało, a pogoda szczęśliwie dla nas dopisywała. Festyn dla dzieci był w innym miejscu Owińsk, ale zanim tam dojechaliśmy było już po wszystkim. Dzieci jednak nie były zawiedzione, bo dziadek zaprosił je na lody. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze na obiad do przydrożnej restauracji ,,Kuźnia”. Świetne miejsce, pełne wypchanych zwierzaków, trofeów myśliwskich i wszelakiego oręża. Dawno nie widziałem takiego apetytu z jakim moje dzieci pochłaniały swój obiad. To był bardzo udany dzień dziecka. Pełen zabawy, przygody, bez festynowego tłumu. I wszystko to dzięki dziadkowi.

Mam nadzieję, że w pamięci Zo i Frankiego ten dzień zostanie na długo pamięci, że stanie się częścią ważnych wspomnień z dzieciństwa. Oby takich szczęśliwych dni było jak  najwięcej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pieniondz dla taty

Zdarzyła się rzecz przykra. W drodze ze szkoły do domu zahaczyłem z dziećmi o sklep z klockami Lego. Miałem tam zakupić zamówioną już wcześniej grę dla dzieci znajomych do których wybieramy się w sobotę. Żeby moim dzieciom nie było przykro obiecałem, że będą mogli w sklepie wybrać sobie po jednym z ludzików. Liczyłem na to, że nie będzie to wiele kosztowało. Zo i Franki bardzo się ucieszyli i rzucili się do penetrowania półek  sklepowych. Ja tymczasem po przejrzeniu zawartości portfela zorientowałem się, że mam na stanie jeden banknot dwudziestozłotowy i kilka drobnych monet. Za grę musiałem zapłacić kilkanaście złotych, a jeden ludzik obsługujący mnie pan był gotów łaskawie mi odsprzedać za 10 zł. Płatności kartą nie przyjmował. Musiałem dzieciom wyjawić prawdę: nie mam przy sobie środków płatniczych i nie zakupię im obiecanych ludzików.

Czy muszę dalej opisywać jakie wrażenie zrobiło to na dzieciach? Smutek przechodzący w złość, bo przecież im obiecałem. I rozpoczął się chóralny atak młodzieży na moją osobę. Wtedy ja pękłem i zacząłem wyrzucać z siebie pretensje do moich rodzonych dzieci, że są rozpuszczone, pretensjonalne i że w ogóle nie rozumieją sytuacji dorosłych, dla których zarabianie pieniędzy nie jest łatwą sprawą.

Młodzież po tym moim wybuchu jakby się nieco uspokoiła. Po powrocie do domu Franki szybko pobiegł do swego pokoju i zaczął pilnie czegoś poszukiwać. Wrócił po chwili z dwózłotówką w dłoni i wręczając mi ją powiedział:

– To dla ciebie tato, żeby nie było ci smutno.

Następnego dni, gdy wróciłem z pracy na korytarzu czekała na mnie niespodzianka. Na kartce formatu A4 leżały rozszypane groszówki i jedna złotówka. Napis na kartce brzmiał: PIENIONDZ DLA TATY. To był prezent od Zośki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Historia setnika

,,Sługa pewnego setnika, szczególnie przez niego ceniony, chorował i bliski był śmierci. Skoro setnik posłyszał o Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przyszedł i uzdrowił mu sługę.” (Łk 7,1-10)

Próbowałem zainteresować dzieci treścią niedzielnej Ewangelii. Zacząłem więc tłumaczyć, kim był setnik w wojsku rzymskim, jak ważną, dowódczą pelnił funkcję i ilu miał pod sobą żołnierzy. Chciałem też pokazać im jak troskliwym był panem, skoro tak mocno zalezało mu na uzdrowieniu swojego umierającego sługi. Jak zwykle wydawało mi się, że z moim przekazem trafiam po prożni, bo dzieci i tak nic nie zapamiętają. Tym bardziej, że ,,hitem” niedzielnej mszy świętej był misjonarz, franciszkanin z Tanzanii, który zachęcał dzieci do bicia brawa i wykrzykiwania w języku suahili radosnego ,,makafi”.

Dziś wieczorem po kąpieli Franki biegnie do mnie i wykrzykuje:

– Tato, a Zosia mówi, że stównik nie rządzi!

– Kto? – nie rozumiałem o co chodzi.

– No ten, rzymski żołnierz, co dowodzi stoma żołnierzami, no wiesz, ten STÓWNIK.

Ucieszyłem się, że jednak coś z tego co próbuje przekazać dzieciom zostaje im w głowie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Przytulanki – kołysanki

Patrzę na dwójkę moich dzieci i zdaję sobie sprawę, że tak szybko dorastają, a ja nie jestem w stanie żadnymi siłami tego procesu powstrzymać. To już ostatnie takie chwile, w których moja córeczka i mój synek spontanicznie potrafią okazywać tęsknotę i miłość do rodziców. Jeszcze chcą się przytulać, cieszą się na nasz widok, autentycznie tęsknią. Już nie długo zaczniemy być zawadą na drodze ich rozwoju. Liczyć się będą koledzy i koleżanki, a rodzice zamienią się w starych maruderów, zrzędy i wapniaków, co to się nie znają na potrzebach wieku dojrzewania.

Póki co, jest jeszcze ten ostatni moment na przytulanki. Niedawno wróciłem dość późno do domu. Dzieci leżały już w łóżkch. Mimo to, Franki na odgłos otwieranych drzwi wejściowych przybiegł do mnie i przytulił się. Misza mówiła, że tęsknił za mną ponieważ jak sam przyznał ,,bardzo lubi nasze pogadanki przed snem”. Rzeczywiście, codziennie po kąpieli leżę chwilę z Frankim w łóżku i rozmawiamy sobie o różnych sprawach z jego świata siedmiolatka. Na przykład kto by wygrał, gdyby Hiszpania walczyła z Chinami, albo czy ,,opyla” się wymienić karty z dobrym bohaterem Star Wars na dwie karty złych i kto to jest Luigi Buffon. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak ważne są dla niego te pogadanki.

Zo też bardzo lubi wieczorne przytulanki. Nazywa mnie swoim ,,kudłasiem” i głaszcze mnie po włosach. Zanim zaśnie odwraca się w moją stronę i szepcze: ,,kocham cię”.

– Ja też cię kocham – odpowiadam wzruszony. – Kocham ciebie i Frankiego.

To wcale nie jest takie łatwe powiedzieć komuś szczerze ,,kocham cię”. To słowo niesie w sobie tak duży ładunek emocjonalny, że nie można go wypowiedzieć ot, tak sobie, pusto, bez znaczenia. Ja nigdy swojemu ojcu nie odważyłem się tego wyznać otwarcie. A tu, niemalże codziennie słyszę to z ust moich własnych dzieci. I w takich momentach doświadczam tego wspaniałego uczucia, że bycie ojcem jest czymś pięknym i wzruszającym.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Ćwierć wieku różnicy

– Tato, a ile ty masz lat? – zapytała mnie ni stąd ni zowąd Zo.

– No, w przyszłym roku skończę czterdzieści – odparłem zgodnie z prawdą.

– O, to ty jesteś o wiele starszy od mamy! – zawołała wyraźnie zaskoczona moja córka.

– Nie, dlaczego tak uważasz?

– Bo mama powiedziała, że ma piętnaśnie lat.

Zawsze miałem podejrzenia, że Misza oszukuje czas i odejmuje sobie lata od swego faktycznego wieku. Nie sądziłem jednak, że aż tyle… Chyba, że Zo coś przekręciła. Ale tak to już jest z kobietami, że ciągle coś lub kogoś kręcą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wyprawa rowerowa

To niesamowite w jakim tempie Franki oponowuje sztukę jeżdżenia na rowerze. Jeszcze dwa tygodnie temu płakał, że on nigdy nie wsiądzie na rower i że nigdy nie nauczy się jeździć na dwóch kółkach, a teraz zasuwa jak szalony i wykrzykuje, że jest ,,mistrzem kierownicy”.

Mamy to szczęście, że niedawno wybudowano nam nową drogę osiedlową, która prowadzi prosto do parku i na plac zabaw. To droga dojazdowa do posesji przy niej leżących, więc ruchu samochodowego prawie tam nie ma. Długi ponad trzystametrowy odcinek szerokiej jezdni. W sam raz do nauki jazdy na rowerze. Przez ostatnie dwa tygodnie zmobilizowałem się i postanowiełem przekonać Frankiego, że jednak rower to wspaniała rzecz. Zo już te nauki ma za sobą i doskonale sobie radzi z jazdą sama. Szkopół w tym, że wciąż ma malutki rowerek i ciężko się jej na nim jeździ.

Prawie każdego dnia po obiedzie ruszaliśmy  więc naszą ulicą Parkową w następującej kolejności: Zo z przodu poruszająca się w swoim ślimaczym pędzie, za nią Franki usiłujący nie spaść z roweru, a na końcu biegnący truchtem tata. Te biegi miały wpłynąć na polepszenie mojej kondycji i neutralizację brzuszka. Dziś, po dwóch tygodniach nasze wyprawy wyglądają następująco: Franki galopuje bez opamiętania jak młody źrebak, Zo nadal porusza się swoim monotonnym, ślimaczym tempem, a tata oblany potem truchta i bezskutecznie (jak dotychczas) walczy z brzuszkiem.

W sobotę miało miejsce bardzo ważne, historyczne wręcz wydarzenie. Pierwsza, prawdziwa wycieczka rowerowa. Niestety tylko w trójkę: Zo, Franki i ja. Muszę przyznać, że nie przypuszczałem, że zapuścimy się aż tak daleko. Przejechaliśmy całe osiedle i wjechaliśmy w polną drogę. Mieliśmy zajechać do dworca kolejowego w sąsiedniej wsi, ale ostatecznie Zo nie dała rady. Biedna była tak wymeczona, że ledwo prowadziła rower. Na szczęście w drodze powrotnej zahaczyliśmy o plac zabaw i tam moje dzielne pociechy w zadziwjająco szybki sposób zregenerowały swoje siły.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Majowe weekendowanie

Jak Polska długa i szeroka przez pięć dni trwała wielka majówka z grillem w tle. Kto mógł ruszał w plener, na działki, nad morze lub w góry. A my w składzie dwóch rodzin i dziadka tradycyjnie już udaliśmy się do Sierakowa. Wszyscy z którymi rozmawiam teraz w pracy dziwią się, że mieliśmy dobrą pogodę. To fakt. Sam jestem zdziwiony, bo wbrew prognozom przez pięć dni naszego pobytu było ciepło i nie spadła ani kropla deszczu.

Oczywiście największą frajdę z wyjazdu do ,,zielonego domku” miały nasze dzieci: Zo, Franki, Karolcia, a przede wszystkim najmłodszy w rodzinie, czyli Felo. Temu to uśmiech nie schodził z twarzy. Wszystko go interesowało, wszystkiego musiał dotknąć i zafascynowany nabytą parę miesięcy temu umiejetnością samodzielnego poruszania się na własnych nogach, przebywał z nieukrywaną radością prawdziwe kilometry przeróżnych odległości (na korytarzu w ośrodku, w restauracji, na placu zabaw, nad jeziorem i w lesie). Pozostały młody narybek cieszył się z dużego placu zabaw i ogromnej ilosci piachu na nim. Franki był przeszczęśliwy, bo od razu znalazł sobie towarzystwo w postaci równolatka Filipa, którego po krótkim zapoznaniu uznał za ,,najlepszego kolegę jakiego kiedykolwiek miał”. Zo biegała z Karolinką, tudzież za Felem i również poznała jakąś koleżankę – Julię.

Atrakcji było zresztą  co nie miara. Pojechaliśmy na festyn tulipanów do Chrzypska. Były karuzele, gabinet śmiechu, zawody konne w skokach przez przeszkodę i oczywiście stragany z wszelakim kolorowym badziewiem made in China. Przez te stragany wyszła cała awantura, bo dzieci rzecz oczywista chciały mieć ,,małe pamiąteczki”. Ale nie takie małe za drobne pieniądze, tylko takie małe za duże kwoty. Był przy tym płacz, obraza i próby emocjonalnego szantażu. Franki nawet zrobił tak rozpaczliwą scenę, że pan handlarz badziewiem opóścił z ceny, żeby tylko nasz syn mógł nabyć badziewny czołg, który wył przeraźliwie. Jeszcze tego samego dnia od czołgu odpadło koło (wspominałem już, że to wszystko to badziewie?). Na szczęście w naszym ośrodku było wystarczająco dużo atrakcji, więc nie musieliśmy wracać następnego dnia na festyn tulipanów. Było więc ognisko i przypalanie kiełbasek, karaoke i pokazy tańców naszych dzieci, jazda do puszczy noteckiej na wieżę widokową, spacery nad jezioro, wyprawy na lody, gra w piłkarzyki i bufet szwedzki na śniadanie. Dzieciom bardzo spodobało się to, że mogą same nakładać sobie na talerz to co chcą. Inna sprawa, że raczej do wyboru nie było tego, czego oni akurat by chcieli.

My dorośli głównie to zażywaliśmy spokoju i pewnego wytchnienia od codzienności. Miło jest gdy nie musisz zrywać się bladym świtem, jedzenie masz podawane pod nos i niczego nie musisz sprzątać ze stołu. Wieczorem piwko i bilardzik w klubie.Takie pięć dni oderwane od codzienności. Tylko Misza przypłaciła ten spokój przeziębieniem i wysoką temperaturą. Dlatego w niedzielę wcześniej wracaliśmy do domu.

Z pobytu w Sierakowie zostały nam miłe wspomnienia i wiersz (powstał on pod wpływem natchnienia jakie udzieliło mi się po wysłuchaniu tyrady na cześć sponsorów w wykonaniu miejscowego wierszoklety z Chrzypska).

W Sierakowie jest majówka,

ładne pokoje w nich lodówka,

telewizor i programy,

wszyscy się tu zabawiamy.

W Chrzypsku festyn tulipanów,

coś dla pań i dla panów

i zawody są Królika,

jego syn na koniu bryka.

Czas nam miło tutaj leci,

mnóstwo zabaw jest dla dzieci,

jest ognisko i kiełbaski,

a w około fajne…

krajobrazki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Czas na rower

Nareszcie można było wyciągnąć z garażu rowery, odkurzyć, nasmarować i napompować im opony. W niedzielę zacząłem przygotowywać się do pierwszej w tym roku jazdy. Niestety z powodu przeziębienia Franki nie mogł uczestniczyć w inauguracji sezonu rowerowego. Wycieczkę urządziliśmy więc we dwoje: Zo i ja. Pojechaliśmy na festyn parafialny, na plac przed naszym kościołem. Zo wzięła udział w konkursie plastycznym zdobywając w nagrodę dwa lizaki i czekoladowy batonik. Ja ustawiłem się w kolejce po gofry, aby po pół godzinie dostać dwa zimne ciasta bez bitej  śmietany, gdyż ta się właśnie skończyła. Ale i tak było fajnie. Wkrótce dołączyła do nas Karolinka i Feluś na swoim trójkołowcu. Zrobiło się więc małe rodzinne spotkanie. Do domu wracaliśmy więc większą ekipą. Zo zasuwała na swoim małym rowerku na przodzie, Karolinka próbowała dogonić ją na różowym, wyposażonym w dodatkowe kółka boczne ,,Hello Kity bike-u”, ja asekurowałem je z tyłu, a za nami biegła ciocia Ania popchając Felusia podróżującego na swoim trójkołowcu. Tworzyliśmy ładny, choć dość dziwaczny peleton. Ale dzięki temu sezon rowerowy został w pełni otwarty!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Życie jest cool

W niedzielę była ładna ciepła pogoda. W sam raz na spacer, albo marsz. A skoro był organizowany marsz dla życia, nie mogło nas na nim zabraknąć. Pojechaliśmy więc do miasta i staliśmy się uczestnikami tego wielkiego, radosnego marszu. Franki był najmniej z nas szczęśliwy, bo cały czas narzekał, że bolą go nogi. W drodze powrotnej jednak nastąpił cud i nasz młodzieniec biegł uzdrowiony jak młody źrebak. A propos koni, to właśnie kuce były dla Zo największym magnesem pchającym ją do dzielnego maszerowania do przodu. W nagrodę mogła je na koniec marszu nakarmić siankiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz