Ach, te powiedzonka!

Wczoraj Franki schodząc rano na klatce schodowej potknął się i runął cztery schodki w dół. Na szczęście był tak grubo ubrany, że nic mu się wielkiego nie stało. W zasadzie nic, bo na wardze pojawiło się opuchnięcie i małe zaczerwienienie. Doznaną kontuzję nasz Rycerz Ryszardo zniósł dzielnie, choć jak już siedzieliśmy w samochodzie, w drodze do przedszkola cicho postękiwał. Miał minę zbitego psa. W końcu odezwał się do nas.
– Pomódlcie się za mnie, jak będę już w przedszkolu.

Tegoż samego dnia po południu odbywaliśmy z Miszą ważną naradę rodzinną w kuchni. Oczywiście dzieci musiały nam w tym towarzyszyć i swoimi wrzaskami wprowadzały straszne zakłócenia w eterze. Misza nie wytrzymała i krzyknęła, że mają wyjść z kuchni. Obrażony Franki szepnął na stronie do Zo:
– Nie wierzmy jej. Ona najpierw mówi, że nas kocha, a potem traktuje jak jakieś lalki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Magiczne słowo

Wczoraj odbierając dzieci z przedszkola dowiedziałem się, że odbyło się muzyczne przesłuchanie wszystkich przedszkolaków. Przyszedł pan ze szkoły muzycznej w poszukiwaniu młodych talentów.
– I co, coś wam powiedział ten pan? – dopytywałem się z ciekawości. Zo kiwnęła przecząco głową. Franki natomiast zaczął żywiołowo mówić:
– A mi coś powiedział, ale nie powiem co…
– No powiedź, zdradź tajemnicę – zachęcałem.
– Dopiero jak powiesz magiczne słowo.
– Ok. Proszę cię bardzo opowiedz, co ci powiedział pan od muzyki.
– Pan powiedział do mnie… A więc ten pan co przyszedł to powiedział… Powiedział mi: możesz już odejść!
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mam talent

Kolejny w tym miesiącu wydłużony weekend za nami. Dzieci są już w przedszkolu, no i dobrze. Przez weekend mieliśmy z Miszą mnóstwo roboty w związku z pomysłami naszych pociech. Zaczęło się od Frankiego i jego koncepcji zbudowania strzelby.
– Tata, zrobisz mi szczebe? – dopytywał się nieustannie.
– Ok – obiecałem.
Uwaga! A teraz poradnik a’la Adam Słodowy.
Do wykonania strzelby domowym sposobem potrzeba: dużej tekturowej rolki po papierowych ręcznikach, małej tekturowej rolki po papierze toaletowym, pudełka po jogurcie i srebrnej taśmy montażowej. Wszystkie składniki łączymy ze sobą i obklejamy taśmą. W ten sposób otrzymujemy ,,superancką szczebę”.
Misza, żeby nie było jej przykro, też miała super zajęcie. Zo wymyśliła sobie, że zrobimy farmę dla zwierzątek. Ale zwierzątka trzeba wpierw namalować, pokolorować i wyciąć. Nie mają być to jednak miniaturki, ale postaci wielkoformatowe, tak na wielkość A3. Oczywiście rysowaniem rodziny koni (zwracam uwagę na słowo rodziny, tzn. przynajmniej czterech osobników) i rodziny krówek musiała zająć się Misza. Zagrodę z kartonowego pudła wyniesionego z marketu robiliśmy już w czwórkę.
W święto niepodległości Franki miał nową zachciankę.
– Tato zbudujesz mi okręt? Prawdziwy okręt z flagą?
– Ok -obiecałem.
Do wykonania okrętu domowym sposobem potrzeba: podłużnego plastikowego pudełeczka po ciastkach, kartonowego opakowania po jajkach, długiego patyczka lub drewnianego ołówka, woreczek foliowy, opakowanie po herbacie i trzy małe gwoździki. Przy pomocy kleju butapren i taśmy przeźroczystej wszystko łączymy i sklejamy. Na końcu malujemy polską banderę i przytwierdzamy ją do masztu. W ten sposób otrzymujemy ,,superancki okręt z flagą”.
W niedzielę podczas mszy czytana była ewangeliczna przypowieść o talentach.
– Ja mam talent do tańczenia – podszepnęła mi na ucho Zo.
– A ja mam talent do rysowania – wykrzyknął Franki.
Zastanawiam się do czego ja mam talent…

I jeszcze perełka z niedzieli. Zabrałem Frankiego na przejażdżkę w odwiedziny do mojego kuzyna w Skórzewie. Droga się młodemu trochę nużyła i pytał się czemu tak długo jedziemy.
-Bo to jest za miastem – odparłem. – O widzisz tą przekreśloną tabliczkę. To oznacza, że tu się kończy nasze miasto i zaraz zaczyna się Skórzewo.
– To tam mówią już w innym języku? – zdziwił się Franki.

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Rodzinka na imieninkach

 

Ten rysunek dostałem od Zo na imieniny.
Pierwszy z lewej (w okularach), to ja. Obok mnie Misza, dalej Zo i Franki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Zasada pierwszeństwa

Franki mimo skończonych pięciu lat nadal ma problemy z odróżnieniem pojęć czasowych. Wczoraj na przykład zapytał się mnie, kiedy będą znowu kasztany. Odparłem, że za rok.
– Hura! – wykrzyknął uradowany – To już niedługo!
Dla Frankiego rok oznacza niezbyt odległy czas przeszły. O zdarzeniach które miały miejsce tydzień temu mówi, że było to w zeszłym roku. Jak tłumaczymy, że Boże Narodzenie będzie za sześć tygodni, to wydaje mu się, że to oznacza sześć dni.
Niemniej wczoraj wracając z przedszkola poruszyliśmy ważną kwestię narodzin.
– Kiedy ja się urodziłem? – spytał dociekliwy malec. – Rano, wieczorem, czy po południu?
– Po południu – odparłem. – Tak samo jak Zo, tylko rok później.
– To kto się pierwszy urodził, ja czy Zośka? – dociekał dalej.
– No mówię ci, że sześć lat temu urodziła się wpierw Zosia, a ty dopiero rok później.
– Acha – odparł Franki. – To dlatego, że chłopcy ustępują pierwszeństwa dziewczynom.
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

O robakach w brzuchu

Franki zaczął przesadzą z ilością pochłanianych słodyczy. Jego ulubiony tekst, zwłaszcza w okolicach kolacji to:
– Jestem taki głodny…
– To zrobię ci kanapkę – woła z kuchni rozradowana Misza.
– Nieee… – odpowiada syn nasz ukochany. – Zjadłbym raczej coś słodkiego.
Słodkie to najczęściej lizaki, żelki, dropsy, rzadziej czekolada lub ciastka. Ostatnio, to znaczy wczoraj jak wyszedłem z Frankim na spacer to w pół godziny potrafił wchłonąć całą paczkę kolorowych Tik-Taków. Przeraża mnie to, a co gorsze wszelkie upomnienia nie przynoszą pożądanych skutków. W sobotę więc użyłem ,,wybiegu” i urządziłem mu pseudonaukową pogadankę-straszankę.
– Słodycze, to olbrzymie dawki cukru, które są pożywką dla bakterii – rzekłem mentorskim tonem. Na Frankim nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Musiałem więc wytoczyć cięższe działa. – Dzięki cukierkom bakterie namnażają się w twoim organizmie i mogą zacząć atakować, a to spowoduje, że będziesz chorował.
Franki spojrzał na mnie z pewną taką dozą niedowiarstwa.
– To mnie nie dotyczy – oznajmił po chwili głębszego namysłu. – Bo gdyby mnie zaatakowały bakterie, to bym poczuł jak mnie szczypią, a ja nie czuję, że mnie szczypią!
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Mowa pożegnalna

Zo poprosiła bym w jej imieniu napisał kilka ciepłych słów o Doris.
Dobrze, podejmę się tego niezwykłego zadania.

Z głębokim żalem przyjęliśmy wszyscy wiadomość o tym, że Doris odeszła od nas na zawsze. Jak ujęła trafnie Zo, to bardzo smutna wiadomość, gdyż, można by rzec, że Doris była częścią naszej rodziny. Jej obecność wśród nas była źródłem wielu radości, okazją do zabawy, ale też przyczynkiem do nauki o odpowiedzialności. Była bardzo towarzyska, przyjazna, przyjacielska. Była towarzyszką i przyjaciółką Buzza. Odeszła, gdy Buzza zabrakło. Wydaje się nam, że odeszła z tęsknoty za nim. Teraz my tęsknimy za nią. 

W pokoju Zo i Frankiego zapanowała dziwna cisza… Nie słychać już radosnego buczenia filtru do napowietrzania wody. Akwarium stoi puste. Tak, Doris i Buzz były rybkami, dwiema samiczkami bojownikami (Franki swoją samiczkę nazwał Buzz). Nie wiemy dlaczego, ale Buzz chciał wybrać życie poza akwarium, co oczywiście skończyło się dla niego tragicznie. Doris poczuła się osamotniona i następnego dnia zaklinowała się przy grzałce. Mimo prób pomocy z naszej strony Doris nie dożyła wieczoru. Rano Franki obudził się, zaspany popędził do akwarium. Doris leżała już złożona przeze mnie w pudelku od zapałek. Franki z ciekawością zajrzał do środka.
– Rybka umrzała – oświadczył smutnym głosem i poszedł spać dalej.
To już trzecia rybka, która padła nam w akwarium w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Coś nam ta hodowla nie wychodzi.
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Jak zostałem dentystą

Zo traci kolejne zęby. Tym razem w najbardziej widocznej części zgryzu, czyli z samego frontu. Wygląda przekomicznie bez dwóch górnych siekaczy i muszę się przyzwyczaić do widoku szczerbatego uśmiechu mojej córki. Sam się zresztą walnie przyczyniłem to tego stanu. A jak? Otóż tak…
Zo jest bardzo przewrażliwiona na punkcie bólu i wyrywania zębów. Nie chciała sama usunąć sobie ząbków, które wisiały już dosłownie na ostatnich zawiasach. Postanowiłem więc pobawić się z nią w dentystę. Za jedyne narzędzie stomatologiczne jakie miałem do dyspozycji posłużyła mi szczoteczka do zębów. Przy jej pomocy musiałem ,,rozruszać” ząb. Trochę w prawo, trochę w lewo i do góry (,,we will, we will rock you”). Trwało to dobre kilkanaście minut, ale w końcu przyniosło pożądane efekty. Cierpliwość popłaca. W ten sposób pozbyliśmy się pierwszego ząbka, a kilka dni później drugiego. Zo była zadowolona z mojej obsługi dentystycznej i już zapowiedziała, że jak będą się jej ruszały kolejne ząbki to się do mnie zgłosi.
Mam więc dobre początki w nowy fachu jako stomatolog. Udało mi się pozyskać stałego klienta.
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Perełki cz. II

Z cyklu zdarzyło się kiedyś:

Po powrocie z pracy Misza zastała Zo siedzącą na łóżku z opuszczonymi na stopach spodniami od piżamy.
– Zosiu, jak ty się ubrałaś?
– Bo było mi zimno i nogi mi się trzęsiły.

Franki woła do Zo:
– Chodź do mnie moja żono.
– Nie żono, tylko kobieto! Ja jestem kobietą – odpowiada urażona Zo.

Podczas Bożego Ciała mała Zo pyta się z zaciekawieniem pokazując na flagę biało-żółtą:
– Co to jest?
– Flaga papieska – pada odpowiedź.
Zo dziwi się jeszcze bardziej.
– Flaga dla pieska?

Trzyletni Franki:
– Gdzie są moje wkrętasy do śrubensowania?

Latem na zakupach w pobliskim warzywniaku. Wchodzi jakaś kobieta i woła w progu do sprzedawczyni:
– Są truskawki?
Na to trzyletni Franki:
– Nie, my jesteśmy!

Któregoś dnia zaniosłem sąsiadce zgrzewkę wody mineralnej o zakup której mnie poprosiła. Sąsiadka chciała zapłacić mi 10 zł, ale ja odrzekłem, że to drobiazg i nie przyjąłem zapłaty. Sąsiadka wręczyła więc banknot uradowanej Zo i powiedziała, że to na słodycze. Gdy wróciliśmy do domu Misza była zbulwersowana faktem, że Zo dostała pieniądze i chciała, by ta poszła i oddała je sąsiadce.
– No, co czekoladki się nam należą – broniła się Zo. Do Frankiego zaś dodała po cichu;
– Ale się nam poszczęściło.

 hehe  
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Niedzielny spacer z Bibi

Dzieci są w zasadzie na chorobowym. Przeziębienie. W rzeczywistości po tym, jak rozrabiają w domu, sądzić by można, że nic im nie jest.
W niedzielę było słonecznie. Poetycko ujmując – złota polska jesień. Aż żal było przetrawić cały dzień na siedzeniu w domu. Opatuliwszy szczelnie młodzież postanowiliśmy pojechać na krótki spacer nad jezioro. Początkowo wszystko układało się całkiem dobrze. Wypatrzyliśmy przy brzegu stado głodnych kaczek, perkozów i kilku łabędzi. Byliśmy przygotowani na tę okazję. W plecaku miałem pół bochenka chleba. Dzieci wyraźnie zachęcone dokarmianiem łakomych ptaszyn oprócz chleba zużyły zapas ciasteczek, który stanowił wyposażenie naszego piknikowego menu, oraz niedojedzone kanapki z szynką, które miały być drugim śniadaniem.
Po akcji dokarmiającej zwierzęta wyruszyliśmy na spacer leśną ścieżyną. Franki z dwoma mieczami prowadził zwiad terenu i pilnie wypatrywał krzyżackiej bandy. Zo właśnie odwijała z papierka czekoladkę kiedy zorientowała się, że coś jej z ręki ubyło.
– Ojej! Nie ma ubranka dla mojej Bibi!
Gwoli wyjaśnienia. Bibi to malutkie, plastikowe stworzonko z serii Littlest Pet Shop. Owinięte było w kraciasty skrawek materiału wielkości 3×3 cm.
Gdzie teraz w gęstwinie tych liści odnaleźć ubranko Bibi?  Szukaliśmy wszędzie, bo zrozpaczona Zo oświadczyła, że fakt zagubienia ubranka osłabił ją do tego stopnia, że nie ma siły iść dalej. Szukaliśmy, ale bezskutecznie. Sytuacja robiła się napięta, a Zo marudziła. Trzeba było więc wracać do domu. Dopiero wtedy Franki wykrzyknął radosnym głosem:
– Mam! Znalazłem!
Ubranko Bibi leżało przy samochodzie. Ale to już był koniec wycieczki. Frankiemu z radości aż poleciała krew z nosa, więc trzeba było wracać.
Z wielkim entuzjazmem dzieci wpadły do domu i rzuciły się do zabawek w swoim pokoju. Co tam spacer… W domu lepiej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz