Wczoraj Franki schodząc rano na klatce schodowej potknął się i runął cztery schodki w dół. Na szczęście był tak grubo ubrany, że nic mu się wielkiego nie stało. W zasadzie nic, bo na wardze pojawiło się opuchnięcie i małe zaczerwienienie. Doznaną kontuzję nasz Rycerz Ryszardo zniósł dzielnie, choć jak już siedzieliśmy w samochodzie, w drodze do przedszkola cicho postękiwał. Miał minę zbitego psa. W końcu odezwał się do nas.
– Pomódlcie się za mnie, jak będę już w przedszkolu.
Tegoż samego dnia po południu odbywaliśmy z Miszą ważną naradę rodzinną w kuchni. Oczywiście dzieci musiały nam w tym towarzyszyć i swoimi wrzaskami wprowadzały straszne zakłócenia w eterze. Misza nie wytrzymała i krzyknęła, że mają wyjść z kuchni. Obrażony Franki szepnął na stronie do Zo:
– Nie wierzmy jej. Ona najpierw mówi, że nas kocha, a potem traktuje jak jakieś lalki.
