Rocznicowy przegląd wojska

Telewizja robi swoje. W związku z 70-tą rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego w telewizji aż huczało od wiadomości na temat, wspomnień, filmów dokumentalnych i seriali o tematyce. Do świadomości naszych dzieci zaczęły więc przenikać strzępy informacji, że oprócz Violetty i Boba Kanciastoportego na świecie dzieją się także inne rzeczy. Szczególnie Franki, z zamiłowania militarysta chciał jak najwięcej dowiedzieć się o powstaniu. W jego świadomości zapadło kilka istotnych faktów. Powstanie było w Warszawie, walczyli tam młodzi Polacy przeciwko Niemcom, walczyły też dzieci, powstanie trwało 63 dni i zakończyło się przegraną Polaków, bo Rosjanie im nie pomogli. Jak na ośmiolatka to już spora wiedza historyczna.

Franki na swój sposób postanowił uczcić rocznicę. W swoim pokoju zorganizował rocznicowy przegląd swojego wojska. Ustawił żołnierzyki na podłodze w paradnym szyku, osobno stanęły wozy bojowe, powstało też kilka okazjonalnych baz wojskowych. Stworzył ze sznurka i wstążeczek ozdobne girlandy, które powiewały dumnie nad wojskiem. Dzielnie w tym wszystkim pomagała mu Zośka. Na koniec odbyła się prelekcja rocznicowa. Franki wygłosił do swoich żołnierzy przemówienie na temat zdobytej niedawno wiedzy historycznej o powstaniu warszawskim. Obchody zakończyły się uroczystym odśpiewaniem hymnu państwowego.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Teksty z wakacji

Zosia: jedziemy do Torunia, żeby nawpychać się pierników!

Franek na widok trąbiącej kolumny samochodów weselnych: ja, jak będę się żenił, to nie będę chciał mieć tego całego harmidru.

Gdynia. Po niezbyt udanej nocy w pokojach gościnnych Akademii Morskiej wszyscy narzekamy na niedospanie. Dla mnie łóżko było za twarde, dla Miszy za małe, dla Zo zabrakło osobnej kołdry i musiała dzielić się jedną z bratem. Tylko Franki jest zadowolony: ja zawsze gdy się obojętnie gdzie położę, to już śpię do rana.

Nad morzem. Franek bardzo mocno pragnął jeszcze przed spaniem wyjść na pomost przed domem. Było już późno i Misza kazała mu zostać w domku. Młody się strasznie zirytował i zaczął lamentować: co za głupie wakacje, nic nie można robić. Już lepiej było nie wyjeżdżać nigdzie z domu! (Też tak uważam. Ile byśmy pieniędzy zaoszczędzili…)

Co dzieci zapamiętały z całodziennego zwiedzania zamku w Malborku? Toaletę z wieży sanitarnej i lody z McDonalda!

Zosia do koleżanki Marianny:

– Co najbardziej lubisz ze szkoły?

Marianna po chwili namysłu:

– Sklepik szkolny.

W czasie wizyty u rodziny w Ostródzie wszyscy siedzimy w pokoju gościnnym przy stole. Po obiedzie dzieci troszkę znudzone zaczynają niespokojnie baraszkować po mieszkaniu wujostwa. Franki w pewnym momencie stwierdził, że musi wyprowadzić swojego Burka, bo piesek jest dość niespokojny. Wyszedł na korytarz, a po chwili wrócił oznajmiając niemalże krzykiem:

– Proszę nie wchodzić teraz do łazienki, bo tam Burek się załatwia.

Burek to pluszowy przyjaciel Franka.

 

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz

Kotki wróciły

Nasza kotka Minia wróciła na nasz ogródek ze swymi trzema kociątkami: Kłębuszkiem, Pępuszkiem i Lunką. Małe są rozkoszne, ciekawe świata i gotowe do zabawy. Dają się chwytać, a Zo i Franki noszą je stale na rękach. Ogólnie jest w związku z tym sporo radości.

DSCN5278

Zaszufladkowano do kategorii Rodzinne | Dodaj komentarz

Ciężkie życie ośmiolatka

Okazuje się, że życie ośmioletniego chłopca może nie być aż tak różowe, jakby się nam rodzicom wydawało. Życie dziecka może być niewiarygodnie ciężkie. Zwłaszcza gdy ma się starszą o rok siostrę i dwoje rodziców, którzy na nic nie pozwalają.

Dwa dni temu Franka odebrała ze szkoły babcia Wojtka, kolegi z klasy i zabrała ich obu do siebie. Franki miał niezłą zabawę i co najważniejsze, nie musiał siedzieć w szkole w świetlicy. Po południu odebrałem chłopaków od babci i przywiozłem do nas do domu. Zabawa trwała więc w najlepsze. Niestety nadmiar energii zaczął roznosić chłopaków po całym mieszkaniu, a nawet próbował wylać się na zewnątrz. Franek oświadczył, że wychodzą przed dom wyprowadzić Burka (to jego ulubiona maskotka-piesek). Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie siąpiący na dworze deszcz. Krzyknąłem więc żeby wracali. Potem Misza jeszcze upomniała Franka, że nie ma nigdzie wychodzić. Młody okropnie się zirytował i wybuchnął gniewem:

– Czy już nic mi w tym domu nie wolno!?

Odwrócił się do Wojtka i pełnym rozżalenia głosem oznajmił:

– Widzisz jak ja mam ciężko w tym domu! Widzisz jakich mam rodziców, którzy na nic mi nie pozwalają!

Wojtek spuścił wzrok i milczał. Co miał powiedzieć. Pewnie u niego w domu jest podobnie. Ach, ci niedobrzy ciemiężyciele – rodzice!

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Dłuuugi weekend

To był na prawdę długi weekend. Od czwartku do niedzieli. Niestety pogoda pokrzyżowała nam liczne plany spotkań towarzyskich na łonie natury. Chłód i przelotne opady deszczu zatrzymały nas w domu. Choć w momentach przebłysku lepszej pogody staraliśmy się ruszać w plener. Bo ile można siedzieć w domu i ogladać telewizję…

Zdjęcie0200 - Kopia Zdjęcie0199 - Kopia

Rysowanie kota na naszym gminnym festynie.

Zdjęcie0201 - Kopia

Zosia i kuc Karinka. Już po szczotkowaniu (konia oczywiście). Za chwilę będzie jazda ćwiczebna na Karince na padoku. Zosia spełnia swoje marzenie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Rowery, konie i rozkwaszony nos

Minął weekend wielu wrażeń. Pogoda jak w pełni lata, więc przez chwilę można się było poczuć jak na wakacjach. Weekend jednak zaczęliśmy bardzo nabożnie. W piątek nasze dzieci poszły do kościoła do spowiedzi, pierwszej od czasu komunii. Zosia była bardzo przejęta, choć denerwowała się, że nie zapamięta formułki, którą ma wypowiedzieć na początku. Franki natomiast był obrażony i nadąsany na cały świat. Taka ładna pogoda, a on musi iść do kościoła… Życie jest ciężkie, nawet w tak młodym wieku.

Pod wieczór przyjechali do nas na nocowanie Karolinka z Felim. To już drugi raz, gdy Felinek nocował u nas w domu. Tym razem sam tego bardzo chciał i początkowo nie tęsknił ani za tatą, który go przywiózł, ani za mamą. Ochoczo ruszył do zabawy ze starszym kuzynostwem. Tymczasem młodzi mieli taką zabawę, że wcale nie chciało im się spać. Po wszelkich harcach zasnęli dopiero przed jedenastą w nocy. Gdy Zo, Karolinka i Franki posnęli w końcu snem błogim, to przebudził się Felo i to z mocnym postanowieniem powrotu do mamy. Wziął swój kocyk, butelkę z herbatką i ruszył w kierunku schodów. Dopiero po usilnych namowach Miszy i moim zapewnieniu, że rano będzie mógł samodzielnie podlewać ogródek dał się ponownie odstawić do łóżka i zasnął. Dzieci spały smacznie bez żadenj nocnej pobudki do rana.

W sobotę, gdy Felo i Karolcia pojechali już do swojego domu, a nasze dzieci odrobiły lekcje postanowiłem zabrać ich na nieco dłuższy spacer rowerowy. Pojechaliśmy polnymi drogami w stronę lasu. Mieliśmy picie, jedzenie na drogę i wspaniałą słoneczną pogodę. Powolutku jechaliśmy do przodu by schronić się przed upałem w cienistych odstępach lasu. Cóż więcej trzeba do szczęścia… Otóż zdaniem Frankiego wycieczka była nieudana, bo:

– jechaliśmy jakimiś drogami gdzie po bokach rosły pokrzywy

– po drodze było pełno much, komarów, a w lesie na pewno pełno kleszczy

– leśnymi drogami nie jeździ się fajnie

– a poza tym jazda na tak głupim rowerze jak ma Franki jest zupełnie do niczego.

Zo na nic nie narzekała, choć widziałem, że ta kilku kilomerowa trasa nieźle ją wymęczyła. Gdy w końcu wróciliśmy na ucywilizowany trakt osiedlowych uliczek Franki nie zdołał pokonać krawężnika i wywrócił się na rowerze. Na szczęście zupełnie niegroźnie, ale to już w zupełności dopełniło czarę jego rozgoryczenia. Dopiero obietnica kupienia lodów skłoniła go do dalszej jazdy na rowerze w kierunku domu.

Jeszcze tego samego dnia pod wieczór pojechaliśmy całą rodziną na basen. Tu Franki nareszcie był ukontentowany. Woda to jego żywioł. Potrafi już nawet nurkować na niewielkie głębokości. Sam nawet w euforii stwierdził, że w przysłości z zawodu to chciałby być ,,baseniarzem”. Niestety pobyt na basenie skończył się dość nieszczęśliwie, jeśli chodzi o mnie samego. Pomysł, aby razem z Frankim zjechać w rurze do basenu okazał się fatalnym w skutki. Franki trącony przeze mnie na rozbiegu upadł mi na moją twarz i rozkwasił mi nos. Cóż, sam sobie jestem winny.

Niedziela należała za to do Zośki. W końcu udało się spełnić jej życzenie, które nosiła w sobie od czasu I komunii świętej. Zapisaliśmy ją na jazdę konną w szkole jeździeckiej. Oczywiście w tym ważnym dniu pojechaliśmy do statniny całą rodziną. Zosia w toczku na głowie dosiadła kucyka Łatkę i ruszyła, prowadzona przez instruktorkę na spacer do lasu. Reszta rodziny szła za Łatką pieszo. Zo promieniała szczęściem, a Franki jak tylko weszliśmy do lasu stwierdził, że:

– na pewno jest tu wiele pokrzyw

– jest pełno much, komarów i kleszczy

– spacer po lesie nie jest fajny.

Najważniejsze, że Zo była zadowolona i zachęcona do dalszej nauki. Żeby tylko nauka w szkole szła jej tak ochoczo, jak ta pasja do koni.

Po południu pojechaliśmy z rewizytą do Karolci i Felusia. Zo zabawiała się z Karolinką w pokoju, a Franki szalał z Felinkiem na ogrodzie. Młody był dumny, że ma kuzyna, co prawda o pięć lat młodszego, ale za to takiego, co chce się z nim bawić. Nareszcie ktoś chce się bawić z Frankim.

Taki to był nasz weekend pełen wrażeń.

DSCN5136a

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz

Małe kotki

Dawno nie wspominałem o naszym na wpół domowniku kotku, który nazwany poczatkowo Komandorem Mruczkiem, okazał się być ostatecznie Minią. Wbrew moim sceptycznym przewidywaniom Minia, która zaczęła się stołować na naszym tarasie ogródkowym, przetrwała zimową zawieruchę i przywiązała się do nas chyba już na dobre. Wraz z nastaniem wiosny na okolicznych ogródkach rozpoczęły się kocie harce, no i na efekty nie trzeba było długo czekać. Okazało się, że nasza Minia jest ciężarna. Tydzień temu Misza dokonała niezwykłego odkrycia. Tchnięta przeczuciem zajrzała do budy, którą przed zimą zrobił dla naszego kota Miłosz. W środku leżały trzy małe kocięta!

Minia jednak nie urodziła ich na naszym ogródku. Przypomnieliśmy sobie jak to tydzień wcześniej nasza kotka zniknęła nam z pola widzenia na prawie dwa dni. Niepokoiliśmy się wtedy, co się z nią stało. Teraz już wiemy. Musiała w tym czasie urodzić młode. Naszą budę uznała za bezpieczne schronienie i tu przeniosła swoje kocięta.

Zo i Franki byli zachwyceni. Nareszcie mają swoje zwierzątka, o których tak bardzo marzyli. Bo oczywiście dzieci Mini zostały od razu uznane za nasze domowe kotki. Przez pierwsze dni staraliśmy się jak najmniej ingerować w życie młodych kotków. Od czasu, do czasu zdejmowaliśmy dach budy, by popatrzeć na słodkie maluchy. Zo i Frani zgodnie wybrali imiona dla kociątek: Pępuszek, Kłąbuszek i Lunka. Z kolejnymi dniami kotki były głaskane, a ostatnio nawet wyciągane z budy. Minia patrzyła na te nasze czułości z dużą rezerwą i czasami prychała na nas, gdy za bardzo zbliżaliśmy się do jej dzieci.

No i w końcu się stało… W niedzielę wyjechaliśmy na pół dnia z domu. Po powrocie czekała nas niemiła niespodzianka. Minia postanowiła wykorzystać naszą nieobecność i przeniosła maluchy w inne miejsce, do innego ogródka. Widocznie uznała, że stanowimy zagrożenie dla jej potomstwa. I tak to mądra kotka uświadomiła nam, że nie możemy rościć sobie żadnych praw do jej kociątek. Nie przeszkadza jej to jednak nadal stołować się u nas na tarasie. A od kociątek ręce precz!

Zaszufladkowano do kategorii Rodzinne | Dodaj komentarz

Piknik w leśniczówce

To był wspaniały Dzień Dziecka. Pomni wydarzeń z lat ubiegłych postanowiliśmy zrezygnować z wszelakich imprez masowych oferowanych w ten weekend dzieciom. Żadnych spędów po darmowe paczki z ,,Biedronki”, wystawania w kolejce do kolejki jadącej do zoo. Nic z tych rzeczy… Tym razem było kameralnie.

Któryś z rodziców z klasy Franka wpadł na pomysł zorganizowania właśnie w Dzień Dziecka imprezy integracyjnej dla naszych klasowych rodzin. Pomysł był prosty i za razem genialny. Jedziemy na piknik do lasu. Wystarczyło u gajowego w leśniczówce zamówić miejsce na ognisko, a o prowiant każdy miał się już postarać we własnym zakresie. Dodatkową atrakcją był przejazd wozem konnym z pobliskiej stadniny. Stadnina była też miejscem naszej zbiórki. Dzieciaki mogły pooglądać nie tylko konie, ale cały gospodarski inwentarz z kozami, świnkami i królikami włącznie.

Pogoda była jak na zamówienie. Ciepło, ale nie upalnie. Dzieci wsiadły do bryczek i odjechały do leśniczówki, a my rodzice w samochodach kawalkadą myk, myk… przed nimi.

– Jakaż to błoga chwila – westchnąłem do Miszy. – Jedziemy sobie do lasu, a z tylnego siedzenia nikt nie krzyczy, nie bije się i nie skarży.

Błogostan trwał dłużej, bo po przybyciu na miejsce musieliśmy jeszcze sporo czasu poczekać, aż dojechał do nas koński zaprzęg z rozbawioną i rozkrzyczaną młodzieżą.

Na polanie było już ognisko a wokół niego porozkładaliśmy koce i wyciągnęliśmy nasze zapasy piknikowe. Były zabawy i konkurencje dla dzieci, było przeciąganie liny i jazda na kucyku. Były pyszne ciasta i truskawki. Można było pospacerować po lesie. Jednym słowem świetna zabawa dla dzieciaków i odpoczynek dla nas rodziców. Wymarzony Dzień Dziecka.

Może w przyszłym roku uda się go powtórzyć. Byłoby wspaniale!

IMG_0182 IMG_0164

IMG_0188

IMG_0195

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Bohaterska rana

– Zobacz co mam – powitał mnie wczoraj Franki w drzwiach gdy wróciłem z pracy. Wypiął dumnie prawą łydkę i wskazał na plaster. – Widzisz! To stało się w szkole. Nadziałem się na ostry patyk! Leciała mi krew!

Zakręcił nogą i pobiegł od razu do komputera. Widocznie moje wejście do domu przerwało mu rozgrywanie ciekawej akcji w jakieś grze. Ja natomiast chciałem usłyszeć coś więcej na temat szkolnej przygody i krwawiącej rany.

– No wiesz, to było w czasie przerwy, jak byliśmy na boisku – kontynuował opowieść młody, tym razem nie unosząc już głowy znad komputera. – Goniliśmy się i ja wpadłem na taki ostry patyk. Wtedy poleciała mi krew.

– I co? Co zrobiłeś? – pytałem z rosnącym zainteresowaniem.

– Poszedłem do pani pielęgniarki. Sam. I ona mi założyła plaster.

– To dzielny jesteś. Nie płakałeś?

– Nieee… Wcale mnie nie bolało. Tylko trochę płakałem jak pani pielęgniarka naklejała mi plaster. Ale tak to nie płakałem – powiedział z dumą Franki.

No to prawdziwy z niego bohater!Krew leciała a on nie płakał. Prawie nie płakał. A prawie to tak jak w ogóle. Czyż nie?

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Czwarta trzydzieści

Przez pewien dłuższy okres czasu miałem dość nerwową i stresującą sytuację w pracy. Bardzo to wewnętrznie przeżywałem, co odbijało się czkawką na higienie mojego snu. Mój biologiczny zegar przestawił się i z zadziwiającą regularnością zacząłem budzić się rano o godzinie czwartej trzydzieści. Po pewnym czasie sytuacja w pracy na tyle się uspokoiła, że i moja odruchowa pobudka zaczęła zanikać. Zacząłem mieć spokojniejszy sen. Do czasu…

– Nie mogę spać. Jestem głodna – mała zjawa stała przy naszym łóżku. Misza nie ruszała się. Spała twardym snem. Ja powoli wracałem do świadomości. Spojrzałem na zegarek była czwarta trzydzieści. Zjawą była Zosik. Ona przecież nigdy nie wołała w nocy, że jest głodna? Zosik zaczął chlipać. Co było robić… Koniec słodkiego snu. Poszedłem do kuchni ukroić kawałek bułki i posmarować go masłem. Wczesnoporanne śniadanie. To było kilka dni temu.

– Mamo, nie opuszczaj mnie! – tym krzykiem obudził dziś nas Franki. Coś mu się przyśniło. Zaspany spojrzałem na zegarek. Była czwarta trzydzieści. Tym razem Misza poszła obsłużyć młodego.

– Śniły mi się potwory – powiedział Franki gramoląc się do naszego łóża małżeńskiego.

– Nie bój się, nasze łóżko jest odporne na działania potworów. Tu możesz czuć się bezpiecznie – zapewniłem młodego. Franki widocznie poczuł się super bezpiecznie, bo po chwili spał już kamiennym snem. Ja zasnąć już nie mogłem.

Czwarta trzydzieści. Co jest takiego w tej godzinie, że usilnie wzywa mnie do wstawania? A na dworze już ranne wstają zorze…

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz