Rowery, konie i rozkwaszony nos

Minął weekend wielu wrażeń. Pogoda jak w pełni lata, więc przez chwilę można się było poczuć jak na wakacjach. Weekend jednak zaczęliśmy bardzo nabożnie. W piątek nasze dzieci poszły do kościoła do spowiedzi, pierwszej od czasu komunii. Zosia była bardzo przejęta, choć denerwowała się, że nie zapamięta formułki, którą ma wypowiedzieć na początku. Franki natomiast był obrażony i nadąsany na cały świat. Taka ładna pogoda, a on musi iść do kościoła… Życie jest ciężkie, nawet w tak młodym wieku.

Pod wieczór przyjechali do nas na nocowanie Karolinka z Felim. To już drugi raz, gdy Felinek nocował u nas w domu. Tym razem sam tego bardzo chciał i początkowo nie tęsknił ani za tatą, który go przywiózł, ani za mamą. Ochoczo ruszył do zabawy ze starszym kuzynostwem. Tymczasem młodzi mieli taką zabawę, że wcale nie chciało im się spać. Po wszelkich harcach zasnęli dopiero przed jedenastą w nocy. Gdy Zo, Karolinka i Franki posnęli w końcu snem błogim, to przebudził się Felo i to z mocnym postanowieniem powrotu do mamy. Wziął swój kocyk, butelkę z herbatką i ruszył w kierunku schodów. Dopiero po usilnych namowach Miszy i moim zapewnieniu, że rano będzie mógł samodzielnie podlewać ogródek dał się ponownie odstawić do łóżka i zasnął. Dzieci spały smacznie bez żadenj nocnej pobudki do rana.

W sobotę, gdy Felo i Karolcia pojechali już do swojego domu, a nasze dzieci odrobiły lekcje postanowiłem zabrać ich na nieco dłuższy spacer rowerowy. Pojechaliśmy polnymi drogami w stronę lasu. Mieliśmy picie, jedzenie na drogę i wspaniałą słoneczną pogodę. Powolutku jechaliśmy do przodu by schronić się przed upałem w cienistych odstępach lasu. Cóż więcej trzeba do szczęścia… Otóż zdaniem Frankiego wycieczka była nieudana, bo:

– jechaliśmy jakimiś drogami gdzie po bokach rosły pokrzywy

– po drodze było pełno much, komarów, a w lesie na pewno pełno kleszczy

– leśnymi drogami nie jeździ się fajnie

– a poza tym jazda na tak głupim rowerze jak ma Franki jest zupełnie do niczego.

Zo na nic nie narzekała, choć widziałem, że ta kilku kilomerowa trasa nieźle ją wymęczyła. Gdy w końcu wróciliśmy na ucywilizowany trakt osiedlowych uliczek Franki nie zdołał pokonać krawężnika i wywrócił się na rowerze. Na szczęście zupełnie niegroźnie, ale to już w zupełności dopełniło czarę jego rozgoryczenia. Dopiero obietnica kupienia lodów skłoniła go do dalszej jazdy na rowerze w kierunku domu.

Jeszcze tego samego dnia pod wieczór pojechaliśmy całą rodziną na basen. Tu Franki nareszcie był ukontentowany. Woda to jego żywioł. Potrafi już nawet nurkować na niewielkie głębokości. Sam nawet w euforii stwierdził, że w przysłości z zawodu to chciałby być ,,baseniarzem”. Niestety pobyt na basenie skończył się dość nieszczęśliwie, jeśli chodzi o mnie samego. Pomysł, aby razem z Frankim zjechać w rurze do basenu okazał się fatalnym w skutki. Franki trącony przeze mnie na rozbiegu upadł mi na moją twarz i rozkwasił mi nos. Cóż, sam sobie jestem winny.

Niedziela należała za to do Zośki. W końcu udało się spełnić jej życzenie, które nosiła w sobie od czasu I komunii świętej. Zapisaliśmy ją na jazdę konną w szkole jeździeckiej. Oczywiście w tym ważnym dniu pojechaliśmy do statniny całą rodziną. Zosia w toczku na głowie dosiadła kucyka Łatkę i ruszyła, prowadzona przez instruktorkę na spacer do lasu. Reszta rodziny szła za Łatką pieszo. Zo promieniała szczęściem, a Franki jak tylko weszliśmy do lasu stwierdził, że:

– na pewno jest tu wiele pokrzyw

– jest pełno much, komarów i kleszczy

– spacer po lesie nie jest fajny.

Najważniejsze, że Zo była zadowolona i zachęcona do dalszej nauki. Żeby tylko nauka w szkole szła jej tak ochoczo, jak ta pasja do koni.

Po południu pojechaliśmy z rewizytą do Karolci i Felusia. Zo zabawiała się z Karolinką w pokoju, a Franki szalał z Felinkiem na ogrodzie. Młody był dumny, że ma kuzyna, co prawda o pięć lat młodszego, ale za to takiego, co chce się z nim bawić. Nareszcie ktoś chce się bawić z Frankim.

Taki to był nasz weekend pełen wrażeń.

DSCN5136a

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc. Obecnie pracuję w drukarni akademickiej i prowadzę kursy przygotowawcze dla narzeczonych.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dzieci, Rodzinne i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *