Wyprawa na pocztę

Upragnione przez Zośkę Moshi Monsters stały się jej imieninowym prezentem. Ale nie tak od razu i nie tak od ręki. Moshi Monsters to książeczk o stworkach zawierająca ich charakterystyki. Ponieważ trudno było dostać tą fachową literaturę dziecięcą w księgarni postanowiliśmy zamówić ją w internecie. I żeby frajdy było więcej zamówiła ją sama Zośka w dniu swoich imienin. Losy przesyłki można było śledzić w internecie, więc wiedzieliśmy, że książka dotrze na naszą pocztę we wtorek. Zo nie mogła się doczekać. Budząc się rano we wtorek żyła już nadzieją odebrania przesyłki. Po szkole nie czekając już na aviso pojechaliśmy od razu na pocztę.

Wparowaliśmy we trójkę: Zo, Franki i ja do środka naszej małej poczty i od razu z uśmiechem zapytaliśmy się czy jest nasza upragniona paczka. Była.

– Oto adresatka tej przesyłki – wskazuję na Zo, która tylko nieco przewyższała blat okienka. – Ona odbierze, a ja pokwituję odbiór.

Pani w okienku uśmiechnęła się, ale chyba nie dokońca zrozumiała moją intencję.

– Czyli pan odbiera jako mąż?

Popatrzyłem na moją śliczną i uszczęśliwioną Zośkę i odparłem:

– Nie, jako ojciec.

Dopiero wtedy pani baczniej przyjrzała się mojej córce.

Zo dostała upragnioną książkę. Ma z tego niesamowitą frajdę. Nie rozstaje się z nią i wciąż jest w nią wczytana. Cieszę się, że ma prezent imieninowy, który sama sobie załatwiła.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne, śmieszne | Dodaj komentarz

Damy radę

Marketingowcy w marketach wiedzą jak ściągnąć do siebie klientelę. Wiedzą w jaką słabą strunę klienta uderzyć. Dla rodzin z dziećmi, taką słabością są właśnie dzieci. A jak je przekupić? Wystarczy wypuścić na rynek serię kolorowych naklejek. Wydasz 50 zł – jedna naklejka. Dzieci zrobią wszystko, żeby namówić cię na zakupy w tym sklepie w którym dają naklejki. Tak też od zeszłego roku przeszliśmy przez zbieranie kart Rio, magnesów z Kubusiem, Dinusiem, Bakusiem i innymi cudakami, kart Angy Birds, kart piłkarskich, kart z Violettą, Krainą Lodu, a ostatnio z kartami Scooby Doo 3D.

Wczoraj gdy wróciłem z pracy Zo rzuciła mi się na szyję.

– A wiesz, że teraz jest taka książka w której zbiera się Moshi Monsters?

– A co to jest?

– To takie potworki, które mają swoje domki, hobby i inne takie. Wiesz, że taka książeczka kosztuje tylko 35 zł?

– No sporo, jak na nowe hobby.

– Nie martw się tato – Zo zrobiła słodką minkę. – Namówiłam już Franka i oboje mamy osiem złotych…

W tym momencie Zo poklepała mnie po plecach i powiedziała nie przestając szczerzyć zęby w uśmiechu:

–  A na resztę jakoś damy radę uzbierać, co nie?

Pewnie tak. Jak tu dziecku odmówić, gdy tak ładnie się uśmiecha…

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne, śmieszne | Otagowano | Dodaj komentarz

W Polskę jedziemy

Zachciało mi się wyjechać z całą rodziną w Polskę. Zaczął się weekend majowy, więc wszelkie okoliczności przyrody sprzyjały ku temu by wyruszyć ku przygodzie. Dzieci w wieku szkolnym uczą się już na geografii o pięknie naszej ojczyzny, a znają jedynie okolice swego domu. Czas by odkryły piękno polskich miast. Tak sobie pomyślałem i zaplanowałem wyjazd do Częstochowy i Krakowa. Taki wypad na trzy dni. Miało być interesująco, poznawczo i rodzinnie. A było…  tak jak zawsze.

Oto dziesięć powodów dla których lepiej byłoby zostać w domu:

1. Wielokrotnie już mogliśmy się przekonać, że odporność naszych dzieci na jazdę samochodem wynosi około dwóch godzin. Po tym czasie atmosfera gęstnieje i w każdej chwili sytuacja może grozić wybuchem. Wobec tego szkoda tracić czas i nerwy na długie wycieczki.

2. Tablet ma taką samą moc przyciągania w domu, jak i trzysta kilometrów dalej. Tylko po za domem trudniej o doładowanie baterii.

3. Dla dzieci nie ma wielkiej różnicy między Krakowem a krakersem oraz między Wawelem a wafelkiem.

4. Jak to stwierdził Franki, po co jechać do Krakowa skoro nie będzie tam nikogo z kim mógłbym się on pobawić.

5. Na kwaterze na której nocowaliśmy co prawda był telewizor, ale nie miał wszystkich programow dziecięcych, które mamy w naszej domowej kablówce.

6. Wyjazd do Krakowa był dla dzieci o tyle interesujący, że obiecaliśmy im na obiad wypad do McDonalda. W Poznaniu też moglibyśmy pójść do McDonalda i przynajmniej zaoszczędzilbyśmy na kupnie pamiątek.

7. Myślę, że podobne pamiątki (bardziej zabawki niż coś, co mogłoby przypominać gród Kraka) moglibyśmy znaleźć w Poznaniu i to za tańsze pieniądze.

8. Spośród wszystkich nagrobków polskich władców na Wawelu Franka najbardziej interesował nagrobek Bolesława Chrobrego, a ten akurat znajduje się w katedrze poznańskiej.

9. Lody tak samo smakują na wyjeździe, jak i na miejscu.

10. No i żelazny powód dziesiąty: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Po co więc gdziekolwiek wyjeżdżać?

Dobrze. Pomarudziłem, więc pora napisać dziesięć powodów dla których warto jednak było pojechać w Polskę:

1. Wyjazd z domu na kilka dni jest sto razy lepszy od siedzenia przed ekranem (telewizora, tableta, czy komputera).

2. Dzieci dorastają i muszą nauczyć się ponosić trudy podróży.

3. Ostatni raz z Miszą na Jasnej Górze byliśmy dokładnie dziesięć lat temu, z małą Zo (nawet jeszcze nie wiedzieliśmy, że to będzie ONA) w brzuszku. Czas najwyższy podziękować Matce Bożej za dar rodzicielstwa, za opiekę nad naszą rodziną.

4. Wyjaz z domu to przygoda, poznawanie czegoś nowego, nowe doświadczenia.

5. Wyjazd to też powód do dumy i możliwość pochwalenia się przed znajomymi. Na przykład, gdy ktoś w szkole opowiada, że był na wakacjach w Egipcie albo Chorwacji, zawsze można odpowiedzieć, że my byliśmy w KRAKOWIE!

6. Kraków, to Kraków. Tam trzeba być, a nie wypada nie być.

7. Na Jasną Górę dzieci i tak prędzej, czy później pojadą z wycieczką szkolną. Dobrze, że ten pierwszy raz byli tam z nami – rodzicami. Będą się mogły w przyszłości pochwalić, że już znają to miejsce.

8. Wyjzad to też forma integracyjna dla naszej wspólnoty rodzinnej.

9. Z wyprawy można przywieźć tak upragnione przez dzieci ,,pamiąteczki”.

10. Nawet po dwóch dniach można zatęsknić za domem, co też ma swoje dobre strony.

Może więc jednak warto było pojechać…

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne, śmieszne | Otagowano , , | Jeden komentarz

Każdy coś hoduje

Zapanowała jakaś moda, aby w każdej klasie w szkole było hodowane jakieś zwierzę. U Franka są to rybki, u Zosi przez jakiś czas był to chomik. To nawet całkiem pożyteczna sprawa, bo dzieci się angażują w opiekę i dokarmianie zwierzątek. Jest to niewątpliwie dodatkowa szkolna atrakcja. Dziś rano jadąc do szkoły wspominaliśmy o tym, a ja wypytywałem się jakie zwierzątka są w innych klasach:

– No różne – stwierdziła Zo. – Na przykład II B ma wszy.

Też fajnie. Pytanie czy wszy to też zwierzę hodowlane, czy raczej niechciane?

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, śmieszne, szkoła | Dodaj komentarz

Jeszcze o bieganiu

Mam pewne blogowe zaległości, które muszę nadrobić. Miałem wspomnieć o bieganiu, a dokładnie o Biegu im. ojca Jońca, który niedawno miał miejsce w naszej szkole. To cykliczna impreza, która odbywa się co roku. Biorą w niej udział i dzieci i dorośli. Oczywiście sami ochotnicy. Rok temu Zo zgłosiła się do biegu i po raz pierwszy wzięła udział w tego typu zawodach sportowych. Dostała pamiątkowy medal i była z niego bardzo dumna. Franki miał też wystartować, ale akurat wtedy się rozchorował.

W tym roku oboje byli bardzo zapaleni do udziału w biegu. Rozpoczęliśmy nawet pewne przygotowania treningowe. Najpierw teoretyczne (tak, w tym jestem dobry, gorzej z ćwiczeniami fizycznymi). Było więc o technice biegu, o rytmie oddechu i o umiejętności właściwego rozłożenia wysiłku w czasie. Co prawda w planach było kilka zapraw treningowych w terenie, ale przez nienajlepszą pogodę skończyło się na jednym biegu na dwa dni przed zawodami. Ponieważ nasze dzieci miały biec na dystansie 500 m, chciałem im pokazać ile to jest i sprawdzić ich umiejętności. Misza zgodziła się na popołudniowy bieg do lasku, pod warunkiem odpowiedniego wyekwipowania. Musiałem więc pobiec z plecakiem wypełnionym bluzami polarowymi i butelkami z wodą. Można powiedzieć, że było ,,fair”, bo ja doświadczony biegacz (ha, ha… komu to ja wciskam) kontra niedoświadczona młodzież.

Pobiegliśmy. I co? Oni, czyli Zo i Franki przez całą drogę gadali, śmiali się, a mnie zaczęło pod koniec brakować tchu. Gdy dobiegliśmy do wyznaczonego punktu, oni chcieli biec dalej, a ja musiałem zatrzymać się, aby złapać oddech. No i kto tu był trenerem, a kto uczniem?

Dzieci wróciły w piątek z zawodów z medalami. Oboje dobiegli w środku stawki, ale nikt z nich nie walczył przecież o miejsce na podium. Najważniejsze, że byli zadowoleni. No i medale też były. A taka pamiątka jest najważniejsza.

biegi_2015

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne, szkoła | Otagowano | Dodaj komentarz

Filozofia pod prysznicem

Franki ma gadane. To wiadomo. Zwłaszcza wieczorem, kiedy ma iść spać nagle zaczyna mu się przypominać cały dzień i ma mnóstwo uwag do przekazania. Wczoraj na przykład, gdy kąpał się pod prysznicem rozmawiał z Miszą, która wieszała pranie. Frankiemu zebrało się na rozważania egzystencjonlane i pytania dotyczące zagadnienia szczęścia:

– A ty mamo, kiedy miałaś najszczęśliwszy okres w swoim życiu? – dobył się głos spod prysznica. Nie czekając na reakcję mamy mały filozof sam sobie odpowiedział:

– Pewnie jak miałaś dziewięć lat.

——————————————

Franki ma dziewięć lat i jak sądzę po tej wypowiedzi, jest on w najszczęśliwszym okresie w  całym swoim dotychczasowym życiu. Cieszy mnie to.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne, śmieszne | Dodaj komentarz

Prezent dla babci

Ostatnio słuchałem wykładu bardzo mądrego człowieka. Powiedział coś, co mnie mocno zastanowiło: jak wiele, my dorośli możemy się nauczyć od własnych dzieci. Zabiegani, pochłonięci własnym zapatrzeniem na życie czasami nie potrafimy dostrzec rzeczy niezwykłych, które pokazują nam dzieci.

Przed świętami pojechałem z Zosią na cmentarz, zrobić porządek na grobie babci Danusi. Zosia postanowiła mi dzielnie w tym pomagać. Wpierw poszliśmy kupić znicze. Miałem już wybrane, raczej skromne, bo nie lubię pstrokacizny. Wtedy Zośka zaczęła nalegać, żebym kupił najdroższy znicz z pomalowanym zajączkiem. Ten jej się podobał najbardziej. Wpierw się we mnie zagotowało i miałem ochotę wytłumaczyć jej za wszelką cenę, że to totalny kicz, który nie będzie pasował do stonowanego wystoju grobu. Ale właśnie wtedy mnie olśniło:

– Na prawdę chcesz, żebym ten znicz kupił i żeby on był od ciebie dla babci? – spytałem zupełnie na spokojnie.

– Tak, właśnie. To będzie ode mnie – przyznała Zosia.

Ogarnęło mnie silne wzruszenie. Przecież to prezent, jedyny taki prezent jaki Zosia może ofiarować swojej babci, którą nawet nie pamięta. Niech będzie to największy znicz z największym zającem jaki był w sklepie. Czy babci Danusi podobałby się prezent ładny, stonowany, taki ,,nie rzucający się” w oczy, czy wielki kolorowy dar od serca od wnuczki? Właśnie… Dlaczego miałbym odmówić Zosi kupienia czegoś, co w jej mniemaniu było wyrazem miłości, szacunku, pamięci…

Znicz z zającem stanął na grobie, a ja się czegoś nauczyłem. Po pierwsze trzeba być bardziej otwartym na emocjonalną wrażliwość dzieci. A po drugie nie wszystko co jest kiczem musi być aż takie złe i nieużyteczne.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz

Rzecz o dorastaniu

Dzieci nam dorastają. Rzecz to oczywista, aczkolwiek kiedy się nad tym głębiej zastanawiam, to przeżywam lekki szok. Prawie trzy lata temu wprowadziliśmy się do naszego nowego domku. Jaka wtedy towarzyszyła nam radość, że dzieci będą miały osobne pokoje. Mogliśmy spełniać ich marzenia co do wystroju własnego pokoju. Pokój Zo miał być baśniową salą księżniczki, a więc ściany pomalowane na lekki róż (bez przesady kolorystycznej), różowo-biała komoda z Ikei, kącik na lalki i misie, różowy baldachim nad łóżkiem, fioletowy chodnik wzdłuż podłogi. Franki był mniej wymagający. Zażyczył sobie jedynie pokóju na zielono z jak największą liczbą pudeł i schowków w których mógłby pomieścić swoje zabawki, żołnierzyki i klocki Lego.

Nie minęły trzy lata jak nasza mała Zo przemieniła się w dorastającą Zosię, która już nie bawi się w księżniczki i która kategorycznie domaga się zmiany wizerunku swojego pokoju. Miejsce plakatów z księżniczkami zajęły plakaty z Violettą, pluszaki zostały skazane na banicję na strych, zniknęły figurki kucyków. Zniknął też baldachim, bo jest już ,,za bardzo obciachowy”. Biurko już cztery razy zmieniało miejsce swego postoju. Zo też zaczęła przebąkiwać coś o chęci zmiany koloru ścian. Na razie nie śmie protestować zbyt głośno.

Franki na szczęście nie zwraca zbytniej uwagi na wystrój swojego pokoju. Narzeka tylko, że wciąż ma za mało miejsca na kolejne zestawy Lego. Na ścianie natomiast przybyło kilka plakatów, w tym jeden największy z reklamą filmu ,,Hobbit” – pamiątką z kina.

Życie się zmienia. Gdzie są te nasz maludy, które niedawono odprowadzaliśmy do przedszkola? W czerwcu oboje jadą ze swoimi klasami na dwu i trzydniowe wycieczki szkolne. W naszym domu zrobi się cicho i pusto… Nareszcie z Miszą trochę odpoczniemy. A może to dobry czas na pomalowanie ich pokojów?

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz

Obiad pod dzwonkiem

Misza wygrała w konkursie radiowym obiad w ,,Oberży pod dzwonkiem”. To miał być prezent jaki sama sobie zafundowała na dzień kobiet. Mieliśmy pójść na obiad całą rodziną, ale Zośka postanowiła w tym dniu zaskoczyć nas podwyższoną temperaturą. Zamiast ,,Pod dzwonkiem” obiad był u nas w domu, a do degustacji były uplowane przeze mnie w markecie i własnoręcznie obtłuczone kotlety schabowe z pyrami i surówką.

Na szczeście darowany obiad nie zając i nie przepadł nam, więc mogliśmy z zaproszenia skorzystać później, czyli w minioną niedzielę. Zośka co prawda znów miała stan podgorączkowy, ale robiła wszystko co mogła, by nie dać po sobie poznać oznak choroby. Pojechaliśmy zatem i był to doskonały pomysł.

Przyznać muszę, że dość rzadko zdarza się nam uczestniczyć w płatnych degustacjach kulinarnych, których wartość przekracza kwotę dwucyfrową. Zwykle nasze ,,jedzenie na mieście” kończy się na fast foodach lub w pizzerii. Tym bardziej niedzielne wyjście stało się dla naszej Czwóreczki ważnym wydarzeniem poznawczym.

Jako zdobywcy nagrody zostaliśmy przez właścicielkę restauracji przyjęci z honorami i oprowadzeni po całym lokalu. Dzieci przyznać muszę, że stanęły na wysokości zadania i zachowywały się całkiem poprawnie (nie licząc jednej przypadkiem rozlanej coli). Nie jest to blog kulinarny, więc nie będę się rozwodził nad smakiem potraw i przyznawaniem gwiazdek. Powiem tylko tyle, że wszystko co dastaliśmy na talerzach było smaczne i wszystkim nam przypadło do podniebnego gustu. Zosia zamówiła sobie danie pod tytułem ,,Córka rybaka”, a był to łosoś z zapiekanymi ziemniaczkami. Dostała dużą porcję dla dorosłych, zjadła całą i domagała się dokładki. Misza kosztowała ,,Pozytywnie zakręconą” roladkę wieprzową w sosie własnym z kopytkami. Ja natomiast skusiłem się na ,,Samo zdrowie”, czyli pieczony filet z kurczęcia w sosie koperkowym. Tradycjonalistą w naszym gronie został Franki, który zamówił sobie kotlecik schabowy z frytkami.  

Dawno już nie byliśmy wszyscy w tak dobrych humorach po obiedzie. Wypad na miasto pokazał, że jedzenie w lokalu może być też dla nas i dzieci wspólną zabawą. Coż więc… Pozostaje nam dalszy udział w kolejnych konkursach radiowych.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Otagowano | Dodaj komentarz

Zosia pisarka

Czy wspomniałem wcześniej, że nasza czwóreczka jest w permanentnym stanie przekazywania sobie wirusów chorobotwórczych? No właśnie, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Tym razem Zośka dostała temperatury (chyba trzeci raz w tym roku), a trzy dni później ja (drugi raz). Siedzimy więc sobie teraz razem we dwójkę w domu na chorobowym. Akurat kiedy ja zaczynałem walczyć z gorączką Zo już była po antybiotyku i czuła się całkiem dobrze. Ja chciałem leżeć cały dzień w łóżku, a Zo przyniosła mi spisany na kartce plan zajęć domowych. Żeby się jakoś od tego wymigać wymyśliłem coś, co by zajęło na dłuższy czas moją Zośkę Czytelniczkę. Poddałem jej pomysł, by sama zaczęła pisać opowiadania. Przynęta chwyciła. Tak oto zaczęła powstawać książka ,,Tajemnicze przygody Emili Lein”. Fascynująca lektura ma już trzy rozdziały: ,,Pierwsza zagadka”, ,,Kto zabrał moją linijkę” i ,,Zagadkowa przygoda”. Pisarstwo wciągnęło Zośkę. Jej talent rozwinął się o poranku, przed południem nieco przygasł, ale powieść nie została zakończona, więc jest nadzieja, że będzie ciąg dalszy. Moja pomoc ograniczyła się jedynie do zaprojektowania okładki.

Gdy Misza wróciła z pracy Zo pochwaliła się efektem swojej twórczości. Misza była zachwycona, Zo dumna, a ja przynajmniej miałem czas by w spokoju odchorowywać gorączkę.

Zaszufladkowano do kategorii Dzieci, Rodzinne | Dodaj komentarz