Zima trzyma

Przyroda w końcu się nad nami zlitowała i po zimowych i mroźnych weekendach lutowych nareszcie zrobiła się piękna pogoda na spacer. Ponieważ Zo została ostatnio samozwańczą obserwatorką i obrończynią przyrody pojechaliśmy w sobotę na obserwacyjny spacer w okolice jeziora. Dołączyła do nas Karolinka i Felo (oczywiście smacznie śpiący w swoim przytulnym czterokołowcu). Słoneczko miło przygrzewało, ale ku naszemu zaskoczeniu całe jezioro było jeszcze skute grubą warstwą lodu. Zo zaliczyła bliski kontakt z przyrodą wchodząc butami wprost w końskie łajno.
Niestety nie udało się nam wypatrzyć żadnych żywych przedstawicieli przyrody nadwodnej i przygotowany dla nich uprzednio chleb zjedliśmy sami. Były też jeszcze frytki z pobliskiej budki i coca-cola (wypita ukradkiem w tajemnicy przed Miszą).
Na usilną swą prośbę Franki otrzymał do ręki aparat fotograficzny i zaczął robić zdjęcia. To jego nowa pasja – fotografia plenerowa. Będę pewnie musiał stworzyć osobny link z galerią zdjęć Frankiego. Młody fotografuje wszystko, co dla niego jest ciekawe, tzn. swoje buty, znaki drogowe, kamienie, ławki, błoto, zniszczone słupy. Bez żenady fotografuje mijających go spacerowiczów. Ciekawie też  wyglądają zdjęcia z nietypowej perspektywy wysokości jednego metra nad ziemią. Na prawdę, ten świat widziany oczami dziecka jest zadziwiająco ciekawy.

       

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Cuda z taśmą klejącą

Franki jest typem konstruktora – kombinatora. Zawsze szuka pomysłów na realizację dużych projektów konstruktorskich. A to przygotowuje pułapkę na złodzieja, a to zbuduje sobie kryjówkę, bazę wojskową, namiot.
Od czasu kiedy odkrył wielorakie możliwości zastosowania taśmy klejącej świat jego fantastycznych pomysłów nabrał nowego wymiaru. Zdaniem Frankiego taśmę klejącą można zastosować do wszystkiego: do sklejenia stłuczonego porcelanowego aniołka, do obwiązania złamanego miecza, do zmontowania czołgu z papieru, żagla do łódki z opakowania po ciasteczkach, a nawet do systematycznego obklejenia całego mieszkania. Taśma stała się nieodłącznym atrybutem młodego konstruktora, który musi ją zawsze mieć pod ręką. Żywotność jednej rolki, w zależności od fantazji Frankiego, wynosi w naszym domu od 2 do 4 dni. Ostatnio zaczął mi podbierać schowaną w szafce na narzędzia taśmę izolacyjną. Kiedy go przyłapałem na podbieraniu spojrzał na mnie z przestrachem i szybko zaczął się usprawiedliwiać:
– Ja nie brałem, ona sama musiała się użyć!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Reality, Manamana i ten trzeci

Cała niedziela należała do mnie i dzieci. Miszamusiała jechać na dyżur do dziadków. Co tu robić z dwójką przeładowanychenergią przedstawicieli młodego pokolenia w czterech ścianach niewielkiegomieszkania? Na szczęście Reality znalazła sobie dobry motyw do zabawy, aManamana chętnie przyłączył się do niej.
Teraz muszę dokonać małego wyjaśnienia. Dzień wcześniej byłem z Zo wodwiedzinach u mojej siostry. Zośka bawiła się z Karolinką, ale ukradkiempodpatrywała jak Ania zajmowała się małym, pięciomiesięcznym Felkiem. I właśniew niedzielę rano Zo zwana Reality przyniosła mi swoją lalkę bobasa,oświadczając, że jest to chłopiec o imieniu Feliks. Małym Felkiem trzeba sięzająć, czyli umyć, ubrać i nakarmić. A po jedzeniu – wiadomo – kupka, więcprzebieramy i zakładamy pieluszkę. Napisałem w liczbie mnogiej ,,my”, gdyżi ja zostałem zaangażowany w niańczenie Felusia. Manamana, czyli Franki też brałaktywny udział w opiekowaniu się, zwłaszcza w noszeniu bobasa na rękach i jegointensywnym potrząsaniu. Reality bardzo krytycznie obserwowała terapięwstrząsową jaką zastosował Manamana i postanowiła odebrać mu prawarodzicielskie. W zamian Manamana został lekarzem pediatrą, który na desce odprasowania gruntownie przebadał bobasa i zapisał mu właściwe maści, które jegozdaniem zapewnią prawidłowy rozwój dziecka.
Zabawa w opiekę trwała z przerwami do wieczora, aż małego Felka trzeba byłopołożyć spać.
Jakie to szczęście, że ten mały Feluś, w przeciwieństwie do prawdziwego Felkanie budzi się  w nocy i nie trzeba do niego co chwilę zaglądać. Można spaćspokojnie. Reality i Manamana mieli więc spokojny sen.
Rankiem Zo szykowała się do przedszkola. Franki ze względu na swoje ostatnieprzejścia chorobowe miał pozostać ze Stenią w domu.
– Tylko obiecaj, że będziesz opiekował się Felusiem – powiedziała Reality doManamana.
– Obiecuję – z poważną miną obiecał Manamana.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Oświadczenie

W piątek nasze dzieci złożyły poważne oświadczenie. Zo stwierdziła, że od tej pory nazywa się REALITY, a Franki kazał na siebie wołać MANAMANA.
Podejrzewam, że nowe imię Zo pochodzi z jakieś telewizyjnej zbitki reklamowej, natomiast jeżeli ktoś nie wie skąd pochodzi Manamana, to odsyłam do internetu: https://www.youtube.com/watch?v=aKULi72yUko&feature;=fvsr

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Niedzielna kawka

Franki przechodzi w domu rekonwalescencje po zapalnym stanie ucha. Żeby nie robić mu przykrości nie planowaliśmy na weekend żadnych atrakcji poza domem. Trzeba było jednak wymyślać różne atrakcje, żeby czymś zająć dzieci. Misza wpadła na pomysł, że w niedzielne popołudnie upieczemy babkę. To był bardzo dobry pomysł. Zwłaszcza Zo mocno przejęła się sprawą wypieku i brała czynny udział w pracach kuchennych. Gdy ciasto dogrzewało się już w piekarniku oboje z Frankim zajęli się przygotowywaniem stołu na popołudniową kawkę. Doszło przy tym do małej scysji, bo Zo wolała kremowe serwetki do serwisu kawowego w kolorze ecru (ach, ten kobiecy gust dopasowywania kolorów), Franki natomiast uparł się przy serwetkach pomarańczowych. Udało się wybrać rozwiązanie kompromisowe, tzn. trzy nakrycia były według Zo, jedno według upodobań Frankiego.
Gdy babka była już gotowa, herbatka zaparzona usiedliśmy w naszym ,,saloonie” przy stole. Dzieci po jednej stronie, rodzice po drugiej. Na życzenie młodzieży Misza musiała przynieść dwie świeczki urodzinowe, które zapaliliśmy na babce i nie bardzo wiem dlaczego oraz komu, ale odśpiewaliśmy chóralnie ,,sto lat”.
– No dzieci, jesteście już takie duże, może byście chcieli porozmawiać o czymś ze swoimi rodzicami? –  rzuciłem patetycznie.
– Pupa, pupa, pupa – wykrzyknął Franki, który stanął nogami na krześle i począł energicznie podskakiwać. Zo rechotała. Żeby zwiększyć efekt komizmu młody zaczął głośno bekać.
– Ładnie, za rok macie iść do szkoły, a nawet nie umiecie się dobrze zachować przy stole – gniewnie skarciła dzieci Misza.
– O rety!
Matka Pana Boga się pali! – wykrzyknął Franki, który z racji stania na krześle miał szerszą perspektywę spojrzenia przez okno. Rzeczywiście, na szarzejącym tle zimowego popołudnia odbijały się jasne punkty świetlne, między innymi stojąca przy kościele, podświetlona figura Matki Bożej.
Do końca naszego wspólnego, rodzinnego siedzenia przy stole nie udało się już zachować należytej powagi. Babka, choć gorąca, wszystkim smakowała.
– Uwielbiam ten nasze spotkania przy babce – powiedziała na koniec rozanielona Zo. I było to najmilsze stwierdzenie jakie padło tego popołudnia przy stole.
Może rzeczywiście powinniśmy częściej piec babkę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Fala rozpaczy

Zdarzyło się to wczoraj wieczorem podczas kąpieli. Tak to już jest, że jak wieczorem zostaję sam z dziećmi w domu, to one nie opuszczają mnie na krok. Boją się sami zostać w pokoju. Gdy przychodzi pora kąpieli, to oboje ładują się do łazienki. Podczas gdy Zo się kąpie Franki myje zęby i na odwrót. Tak to też  spędzaliśmy we trójkę wczorajszy wieczór w naszej łazience o powierzchni nieco ponad 2 m kw. Franki prowadził głęboki wywód eschatologiczny dotyczący ostatecznego zwycięstwa Pana Boga nad diabłami, a Zo zażywała kąpieli. Nie bardzo się jej podobało, to co opowiadał brat, więc żeby mu przerwać ni stąd ni zowąd wypaliła:
– A pamiętasz jak zgubiłeś swojego Burka?
Franki jako mały chłopiec rzeczywiście był bardzo przywiązany do pluszowego pieska którego ochrzcił imieniem Burek. Zabierał go do żłobka i przedszkola. Pluszak gdzieś zaginął, ale Franki o nim już nie wspominał. Ale wczoraj zaczęło się…
– Tak, miałem Burka. Ale nie wiem gdzie teraz jest. Tak mi smutno – odrzekł Franki i na dowód swego smutku zaczął płakać.
Płakał autentycznie.
– Gdzie jest mój Burek, ja chcę mojego Burka!
Na dodatek do jego płaczu dołączył płacz Zo.
– Jest mi tak smutno, że mojemu bratu jest smutno – chlipała i zaczęła się do mnie tulić.
Na szczęście Franki przerwał falę rozpaczy stwierdzeniem:
– Poproszę zajączka, to mi na święta przyniesie nowego pieska. Najlepiej takiego na baterię, co sam chodzi, szczeka i ma obroże…
– Oni i tak ci takiego nie kupią, tylko innego – podpowiedziała Zo mając zapewne na myśli nas – rodziców.  – Wiem, bo ja na gwiazdkę też chciałam pieska z reklamy, a dostałam tego tańszego.
Gdy to usłyszałem fala rozpaczy dotarła i do mnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Punkt widzenia

Pod koniec ubiegłego tygodnia z radością wyczekiwałem nadejścia niedzieli. Chciałem, żebyśmy ten dzień przeżyli radośnie, rodzinnie. Myślałem o pójściu na targi książki dla dzieci, ale ze względu na ostatnie przeżycia chorobowe Frankiego musiałem zrezygnować z tego planu. Zakupiłem więc bilety do Teatru Animacji. Miała z nami wybrać się jeszcze Karolinka.
Niestety Franki obudził się w niedzielę rano
i narzekał na ból ucha. Misza zaczęła się potwornie denerwować i pojechała z młodym na dyżur do szpitala. Ja w tym czasie udałem się z Zo do kaplicy na mszę dla dzieci. Kochana moja Zo, przez całą mszę trzymała mnie za rękę, przytulała się do mnie. Podczas modlitwy powszechnej modliła się do mikrofonu o zdrowie brata. Po powrocie do domu bawiłem się z nią w lekarza – psychologa. Byłem jej pacjentem i musiałem odgadywać obrazki, które mi podtykała przed oczy. Na jednym z nich był źrebak. Mówiłem więc;
– Źrebak.
A Zo na to z oburzeniem:
– Źle, to koń, proszę powtórzyć.
– Owszem to koń, ale młody, więc źrebak.
– Od początku. Proszę powtarzać za mną: koń!
– Ale obrazek jest podpisany: źrebak.
Zo w tym momencie zmroziła mnie takim złowrogim spojrzeniem, że aż poczułem w sobie dziwny niepokój.
– Czy pan sobie żartuje? Mówiłam, że proszę powtarzać za mną, a pan co wyrabia?
Mówiła to takim tonem, tak serio, że się wystraszyłem i przyznałem jej rację:
– To koń!
Wkrótce wrócił Franki. Papa mu się śmiała, bo zdążył już wciągnąć prawie całą paczkę żelków. W dodatku naciągnął Miszę na kupno kolorowej gazetki z jakimś badziewiem w środku. Oczywiście czuł się już tak dobrze, że ani myślał zostać w domu. Skoro obiecałem dzieciom wyjście do teatru, to on chce iść i kropka. No to dobrze! Bilety kupione, on się dobrze czuje, więc chodźmy.
Misza opadła z sił i powiedziała, że jest jej wszystko jedno. Skoro jestem nieodpowiedzialnym ojcem to mogę iść z dziećmi do ,,głupiego teatrzyku”. Ona jest zmęczona i zostaje w domu. I została.
W Teatrze Animacji spotkałem się ze szwagrem, który przyjechał z Karolinką. Sztuka nazywała się ,,Najmniejszy bal świata”. Dzieci były zachwycone, bo dowcipne dialogi i magia teatralnych trików podziałały na ich wyobraźnię. Nawet szwagier dobrze się bawił, bo słyszałem jego głośny śmiech, gdy aktor przebrany za komara wyznawał swą miłość do pluszowej pchły.
Przez cały spektakl Franki siedział mi na kolanach. Ucho go już nie bolało. Patrzyłem na zadowolone miny jego i Zo. Czułem się szczęśliwy ich szczęściem.
Po powrocie do domu czekała na nas kartka w korytarzu: pizza w piekarniku. Misza wyszła do kościoła. Zjedliśmy więc pyszną pizzę, szkoda tylko, że bez Miszy.
Późnym popołudniem postanowiliśmy zrobić przemeblowanie w pokoju dzieci. Z uwagi na to, że łóżko Frankiego stoi przy ścianie z oknem nabraliśmy podejrzeń, że jego zapalenie ucha mogło się wziąć z zimna, które ,,ciągnie” od ściany. Przenieśliśmy więc jego łóżko i połączyliśmy je z łóżkiem Zo. Dzieci były zachwycone nową koncepcją rozmieszczenia mebli. Najbardziej podobało im się to, że będą spać obok siebie.
Wieczorem, gdy już mościli się w swoich łóżeczkach czytałem im książkę na dobranoc. Moim zdaniem był to dobry, udany dzień. Poza porannym bólem ucha Frankiego, to minął on w radosnej atmosferze. Dzieci zasypiały szczęśliwe.

A teraz wersja tego samego dnia według Miszy
(opis zebrany na podstawie wybranych fragmentów wypowiedzi Miszy).
– Franki obudził się chory z potwornym bólem ucha. Niedobrze, za krótko brał antybiotyk. Jutro nie może iść do przedszkola. Trzeba z nim szybko jechać na pomoc do szpitala. Trzeba załatwić na jutro Stenię do opieki.
– Franki powinien leżeć w domu. Po co ten głupi teatrzyk, co za pomysł, żeby w takie mrozy załatwiać bilety do teatru. Nieodpowiedzialny ojciec. Nie podaje lekarstw, nie robi dziecku kompresów. Wszystko na mojej głowie. Nie mam siły, żeby jechać z nimi. Muszę zrobić jeszcze pizzę na obiad, posprzątać mieszkanie, bo wiecznie panuje w nim bałagan. Pomyśleć, co z jutrzejszym obiadem.
– Trzeba zrobić przemeblowanie pokoju. Franki nie może spać pod zimną ścianą.
– Znów wielki bałagan w pokoju, a ja przed chwilą tu sprzątałam.
– Trzeba dzieciom podać lekarstwa, zrobić im kolację, umyć, przygotować rzeczy do ubrania na jutro…
– Fatalny dzień!
 
Tak, czy owak ten dzień spędziliśmy razem w gronie rodzinnym. Misza może się zbytnio przejmuje i denerwuje. Ale to ona trzyma nas wszystkich w ryzach i dzięki niej nie chodzimy głodni i w dziurawych rzeczach. Dzięki jej staraniom funkcjonujemy jak normalna rodzina. I za to ją wszyscy kochamy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pamięci Pani Sz.

W czasach licealnych miałem zwyczaj przyozdabiania mojego biurka ważnymi cytatami mądrych ludzi. Były to moje wyznaczniki życia, młodzieńczego buntu, określenia rzeczy dla mnie wówczas najistotniejszych. W jakimś starym numerze ,,Czasu Kultury” przeczytałem, przepisałem i przywiesiłem na biurku cytat z wiersza Wisławy Szymborskiej:

Nie ma takiego życia,

które by choć przez chwilę

nie było nieśmiertelne

To wszystko działo się jeszcze zanim poetka z Krakowa dostała nagrodę Nobla. Dla mnie była Panią Sz., która napisała te niezwykle głębokie i odkrywcze przesłanie. Dzięki jej przemyśleniom zacząłem pisać, spisywać własne przeżycia, tak by zachować wspomnienia. Uratować mniej lub bardziej ważne chwile. Unieśmiertelnić je. Za to jestem wdzięczny Pani Sz.
Kiedyś w Krakowie miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Wisławą Szymborską. Nie była typem zadufanego, wszechwiedzącego artysty, czy też głębokiego myśliciela. Ot, taka ciocia-babcia, która lubi przyjść z wizytą na kawkę i pośmiać się z aktualnych żartów.
Niech spoczywa teraz w spokoju!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Z kronikarskiego obowiązku

Parę rzeczy godnych odnotowania.

1. Stał się cud i dzieci zaczęły przesypiać całe noce w swoich łóżeczkach. Rozwiązanie problemu nocnych wędrówek okazało się banalnie proste. Wystarczyło zostawić na całą noc zapaloną lampkę na korytarzu. W zadziwiający sposób okazało się to niezwykle skuteczne. Dzieci śpią i nie przychodzą już do nas. Tylko ja mam nieco mniej spokojny sen. Zapalone światło drażni mnie i przyprawia o koszmary w których pracownik elektrowni przychodzi i podtyka mi pod nos mega rachunek za prąd.

2. Długo nikt z nas nie chorował. To w końcu padło na biednego Frankiego. W piątek już przy odbiorze z przedszkola płakał z bólu, bo go bardzo bolało ucho. Lekarka pediatra zapisała mu jedynie środki przeciwbólowe, które na jakiś czas niwelowały stan chorobowy rycerza Frankiego. W niedzielę jednak Misza wypchnęła mnie z synem na konsultacje do szpitala. I dobrze. Dzięki temu zaoszczędziłem dzień wolnego, który musiałbym wziąć, żeby nie iść do pracy i biegać po specjalistach w przychodni. Franki bardzo dzielnie zniósł fakt dłubania mu przez lekarza długim szpikulcem w uchu. Teraz chodzi po domu w czapce uchatce z dwoma kompresami rozgrzewającymi na uszach. Wygląda jak jeden z Czterech Pancernych. Pewnie jest ,,Ładowlikiem”.

3. Tydzień temu poszliśmy całą rodziną do kina na ,,Kota w butach”. Nie muszę się chyba rozpisywać jak duży jest to wydatek dla przeciętnego budżetu rodzinnego. Ale cóż… Raz na ruski rok można się szarpnąć. Wrażenia z ukulturalniającego wyjścia byłby jednak niepełne, gdybyśmy po wyjściu z kina nie zahaczyli o McDonalda. Oczywiście wszystko ma swoje marketingowe przełożenie. W McD można do zestawu dostać zabawkę z filmu. To jednak dodatkowo kosztuje. Ale czegoż to się nie robi, żeby zadowolić pociechy…
Za moich lat dziecinnych wystarczył sam seans plus co najwyżej oranżada w woreczku.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

To co najważniejsze

To taka nasza gra. Wymyśliła ją Misza. Prowadzący zadaje pytanie: co mam na myśli? Opisuje przy tym przedmiot, który znajduje się w pomieszczeniu, w którym toczy się gra. Reszta uczestników zgaduje. Dziś ja bawiłem się w to z dziećmi podczas obiadu, który zjadaliśmy w kuchni. Zaczęła Zo:
– Co to jest? Jest w pudełku i jest bardzo ważne. Bez tego nie można żyć.
– Pieniądze! – wypalił od razu Franki. Muszę przyznać, że jak na pięciolatka ma chłopak bardzo życiowe i trafne spostrzeżenia. Podziwiam go za to. Jednak to nie była prawidłowa odpowiedź.
– To coś, jest tu, w kuchni – kontynuowała Zo – jest prostokątne.
– Może lodówka – zaproponowałem, bo w końcu bez jedzenia też nie można żyć.
– Nie.
– To może lampa, stół, szafka ze słodyczami… – padały odpowiedzi, ale żadna z nich nie była właściwa. W końcu poddaliśmy się.
– Nie wiecie? – dziwiła się Zo. – To przecież pudełko z chusteczkami.
– ???
– Bez chusteczek nie można żyć, bo co się zrobi, jak zatka się nos?
No mnie normalnie zatkało…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz