W piątek trzynastego

Ktoś mógłby powiedzieć, że trzynasty dzień miesiąca przypadający w piątek to oznaka wyjątkowego pecha. Ale nie dla Czwóreczki z Sokoła. Miniony piątek był jednym z najszczęśliwszych dni w tym roku. Konkretnie z dwóch powodów. Tego dnia w południe dowiedzieliśmy się, że nasze dzieci zostały przyjęte w poczet przyszłych uczniów szkoły pijarskiej. To była doprawdy sensacja! Udało się przejść przez sito rozmów kwalifikacyjnych, spotkań z psychologami. Udało się obojgu: Franki trafi do ,,zerówki”, a Zo do pierwszej klasy. Od września nasze dzieci pójdą do szkoły. Aż trudno mi w to uwierzyć.
Tymczasem gdy odbierałem w piątek nasze pociechy z przedszkola czekała na mnie kolejna niesamowita wiadomość. W międzyprzedszkolnych zawodach sportowych, które odbywały się na TKKF-ie zarówno Zo jak i Franki zajęli trzecie miejsca w biegu przełajowym. Franki jako jedyny z całej swojej grupy przyniósł do przedszkola trofeum w postaci dyplomu.
– Pani powiedziała, że uratowałem honor naszej grupy – oznajmił mi z dumą.
Przedszkole opuszczaliśmy w radosnych nastrojach, bowiem każdy ze zwycięzców otrzymywał nagrody. Zo i Franki oprócz słodyczy dostali także po piłce.
Tym wspaniałym akcentem mógłbym już zakończyć opis szczęśliwego dnia. Ale prawda jest taka, że szczęście nie trwa wiecznie… Gdy wracałem samochodem z maluchami do domu na tylnym siedzeniu rozgorzała zacięta walka, wpierw na słowa, a później zaczęło dochodzić do rękoczynów (oczywiście w zakresie na jaki pozwalały zapięte pasy fotelików). Poszło o zwycięską piłkę.
– To moja! – krzyczał Franki
– Oddawaj mi. Przecież na torbie jest napisane, że to moja! – protestowała Zo.
– Jak to? Przecież macie dwie piłki – rzekłem skonsternowany.
Po krótkim śledztwie okazało się, że piłka jest tylko jedna, bo Franki swoją zgubił wychodząc z przedszkola. No tak, w końcu to był piątek trzynastego.
  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Zając w pomarańczach czyli święta na wyjeździe

Tak jak w ubiegłym roku wybraliśmy opcję spędzenia świąt wielkanocnych poza rodzinnym domem i miastem. Dzięki wsparciu finansowemu dziadka udało się nam wyjechać do Sierakowa, do jak to ujęła Karolinka, ,,zielonego domku”. Byliśmy my, dziadek Bolek, Ania z Julkiem, Karolą i z Felkiem (zwanym też od czasu do czasu Felinką). Dla Felka była to pierwsza tak daleka podróż. Zniósł ją bardzo dzielnie, czyli krótko mówiąc smacznie przespał.
Największą frajdę z wyjazdu miały oczywiście dzieci, które nie mogły się wręcz doczekać czekających na nie atrakcji. Cieszyły się dziewczyny Ania i Misza, że nie muszą nic przygotowywać na święta. Ja ze szwagrem obiecaliśmy sobie niejedną partyjkę bilarda w sali kominkowej. Wszyscy się jednak modliliśmy o pogodę, bo co by to był za wyjazd do lasu, gdybyśmy mieli go spędzić cały czas zamknięci w pokojach.
Nasze modlitwy okazały się na tyle skuteczne, że mieliśmy prawie trzy piękne dni: piątek, niedzielę i poniedziałek. W sobotę lało, wiało i padał grad. Dzieci od rana miały zajęcia w świetlicy. Przygotowywały pisanki, wycinały, wyklejały i mazały farbami. Zo przyłożyła się do swej pracy, a Frankiego bardziej interesował koszyk z cukierkami niż własne rękodzielnictwo. Później dzieła wszystkich dzieci zostały wystawione w holu recepcji.
Ze święconką nigdzie nie musieliśmy wychodzić. Na szczęście do ośrodka przyjechał ksiądz i poświęcił nas i zawartość naszych koszyczków. Wieczorem miało być ognisko, ale ze względu na warunki atmosferyczne był to punkt programu wyłącznie dla uprawiających sporty ekstremalne (ja uparłem się i upiekłem, tudzież przypaliłem sobie jedną kiełbaskę).
Dużą frajdą dla dzieci były nocne harce. Karolinka przychodziła spać do pokoju Zo i Frankiego. We trójkę spali na dwóch połączonych łóżkach. Do późna w nocy trwały śmiechy, przepychanki, szeptanki. Cała trójca nie miała najmniejszej ochoty zasnąć. Dopiero po przeczytaniu kilku bajek i nastraszeniu, że jak nie zasną, to nie przyjdzie zajączek młodzież w końcu skapitulowała i raczyła zasnąć.
Niedziela wielkanocna zaczęła się od poszukiwań ,,zajączków”. Dzieci rozbiegły się po sali jadalnej w poszukiwaniu wielkanocnych niespodzianek. To był ten najbardziej oczekiwany przez nich moment świąt. Na każde dziecko czekał pluszowy zajączek i jedno pomarańczko. Był to prezent od gospodarzy ośrodka. Franki wykonał całą serię zdjęć uwieczniających zająca w pomarańczach (umieszczę ją w galerii czwóreczki).
Wieczorem miała być dyskoteka. Zo i Karolinka czekały na to wydarzenie z wielką niecierpliwością. Miała to być ich pierwsza dyskoteka w życiu. Wciąż biegały do sali kominkowej i podpatrywały przygotowania. A gdy po godzinie 20 włączono muzykę dziewczyny ruszyły w tany. Tylko Franki nie do końca zrozumiał idee dyskoteki, bo przyszedł na nią ze swoim mieczem. Biegał po całej sali krzycząc i napadając co chwila na mnie.
Zo była tak oczarowana dyskoteką, że nie chciała wracać do pokoju.
– W końcu muszę poznać trochę wieczornego życia – powiedziała z filuternym uśmiechem.
Żal było wracać do domu. W poniedziałek była tak ładna pogoda, że wyszliśmy jeszcze na spacer do lasu. W końcu po to tu przyjechaliśmy, by trochę pooddychać leśnym powietrzem. Karolinka chciała zjechać ze zjeżdżalni przed ośrodkiem i niestety pomoczyła sobie spodnie.
– Trzeba było mi powiedzieć, że tu jest mokro – skarżyła się swojej mamie.
Tylko Feluś na nic nie narzekał. Byleby go nosić na rękach to był zadowolony i spokojny.
Szczęśliwy, udany wyjazd rodzinny.
 
W drodze do domu Zo zaczęła pochlipywać. Na pytanie co się stało odparła:
– Tak mi smutno, że już wracamy…

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pasja na śpiąco

Dzieci nam dorastają. Pomyśleliśmy więc z Miszą, że czas na wyzwania większej próby niż tylko niedzielny wypad do teatru animacji. Trzeba podnieść poprzeczkę jeżeli chodzi o kulturę wyższą. Okazja nadarzyła się ostatnio, w minioną sobotę. W naszym parafialnym kościele wystawiano widowisko pasyjne ,,Pasję e-mol”. Postanowiliśmy pójść całą Czwóreczką. Pora była nieco późna, bo spektakl zaczynał się po ósmej wieczorem, ale przecież nasze dzieci o tej porze zazwyczaj oglądają jeszcze bajkę. Postanowiliśmy zaryzykować.
Byliśmy na tyle wcześnie, że zdążyliśmy zająć miejsca zupełnie z przodu kościoła. Dzieci były w wielkim podnieceniu i z zachwytem oglądały przygotowania do występu. Światła migały, spod sceny buchały kłęby pary, aktorzy co po chwila wyglądali z zakrystii. Jednak rozpoczęcie pasji przedłużało się. Pierwszy odpadł Franki. Przyłożył głowę do mojego ramienia i odpłynął w błogi sen. Zo prawie wytrzymała do początku, ale że wpierw była długa przemowa, więc i ją sen zmorzył.
Spektakl w końcu zaczął się głośnym brzmieniem muzyki z głośników. Na naszych śpiących dzieciach nie zrobiło to jednak najmniejszego wrażenia. Kościół dudnił dźwiękami piosenek, a oni spali twardym snem. Przespali całą godzinę. Franki obudził się pod sam koniec. Rzucił spojrzeniem na scenę i zaczął żywo bić brawo. Był wyraźnie zadowolony. Zo przebudziła się, gdy wychodziliśmy z kościoła.
– Biegniemy do domu, bo mi zimno – zapiszczała sennie.
Jedyna niewątpliwa korzyść z całego naszego wieczornego wyjścia była taka, że wreszcie po długiej przerwie byłem na jakimś ciekawym przedstawieniu razem z moją Miszą. Dzieci nam nie przeszkadzały, choć były cały czas przy nas. To było doprawdy coś niezwykłego.
 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Śnieżycowa przechadzka

Gwoli nadrobienia zaległości, w ubiegłą niedzielę wyruszyliśmy czwóreczką na dłuuugi spacer. Wpierw po mszy świętej u dominikanów wzięliśmy udział w marszu ,,Kochajmy dzieci”. A ponieważ pogoda robiła się coraz bardziej słoneczna postanowiliśmy nie wracać do domu, tylko od razu pojechać do Śnieżycowego Jaru obejrzeć kwitnące śnieżyce.
Niestety, im bardziej zbliżaliśmy się do rezerwatu, tym większe miałem wrażenie, że na ten sam pomysł wpadła co najmniej połowa mieszkańców Poznania. Wkrótce jechaliśmy już kawalkadą samochodów mijając liczne grupy rowerzystów. Droga była tak wąska, że nie mieliśmy szans zawrócić. W tumanach kurzu z ubitej drogi dojechaliśmy do Starczanowa. Na tyłach gospodarstwa rolnego zaparkowaliśmy na prowizorycznym parkingu, który w zwykłe dni służy za wybieg dla koni. Nie pozostało nam nic innego jak posłusznie wtopić się w tłum turystów i ruszyć na trasę leśnego szlaku.  
Co mogę dodać? Chyba tylko to, że na Deptaku w godzinach szczytu jest mniej tłumnie, niż było to w niedzielne popołudnie na trasie do Śnieżycowego Jaru. Ale naszym dzieciom w niczym to nie przeszkadzało. Wzmocnieni kanapkami i gorącą herbatką z termosu dzielnie szli do przodu. I w zasadzie bez przeszkód dotarlibyśmy do celu, gdyby nie Franki, który wyciągnął ze swego plecaczka paczuszkę z żelkami… Polizane żelki zaczęły kleić mu się do rąk. Młody poczuł delikatny dyskomfort higieniczny, który wkrótce przerodził się w poważny problem egzystencjalny. Nie było gdzie umyć rąk. Żadnego strumyka, cieku wodnego, kropli wody. Franki zaczął marudzić, a potem wręcz ryczeć i urządzać nam sceny buntu pięciolatka. Na szczęście wystarczyło jedno magiczne słowo, które uspokoiło całą napiętą już sytuację: WRACAMY!
Dzieci dostały przypływu nowej energii życiowej i jak na skrzydłach rwały do przodu. Drogę do samochodu pokonaliśmy w ekspresowym tempie. Ledwo z Miszą mogliśmy nadążyć za naszymi pociechami. Baliśmy się, że zgubią się w tłumie wycieczkowiczów. Jednak się nie zgubili. Dotarliśmy do parkingu nieźle wymęczeni. W nogach mieliśmy pewnie jakieś dobre pięć kilosów i kilka niezłych fotek. Śnieżyce zaliczone!

   

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Kochajmy dzieci – brońmy życia

Niedziela 25 marca 2012 r. – Plac Mickiewicza.
Tam byliśmy – całą Czwóreczką.

  

https://prolife.com.pl/pg/pl/galeria_zdjec/kochajmy_dzieci_bronmy_zycia.html

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Ciąża jako choroba

Jak to stwierdził pewien lekarz przed kamerą telewizyjną: ciąża to nie choroba, więc on nie wypisuję zwolnień lekarskich. Innego zdania mogą być na przykład dzieci. Misza spytała Frankiego, dlaczego w przedszkolu nie ma od dłuższego czasu ich wychowawczyni pani Asi.
– Bo jest chora – odparł Franki i dodał – chyba jest chora na dziecko.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Szukamy wiosny

Teraz to już słoneczko przygrzało na całego. Zimę chyba możemy już na dobre pożegnać. Bez żalu. Dzień się wydłuża, jest ładna pogoda, więc można było w weekend wybrać się za miasto na łono natury. Jednak nasze dzieci chyba jeszcze mentalnie nie przestawiły się na wiosenny tryb odbioru. Franki przed sobotnim wyjściem na dwór dostał spazmów płaczu i powiedział, że nie wyjdzie bez swojego szalika (na dworze było wtedy około 16-18 stopni C). Zo ubrana na cebulkę w długie rękawy, swetry zapinane i kurtkę już w nagrzanym samochodzie zaczęła się rozbierać jak do rosołu. A później nad jeziorem to dzieciaki skakały jak młode źrebaki, a ja musiałem człapać za nimi niczym osioł juczny obarczony stertą porozbieranych kurtek.
Po czym poznać, że jest już wiosna? Ano, po zmianie odzieży na lżejszą oraz konieczności dokonania zakupów nowego obuwia (bo to z poprzedniego sezonu jest już za małe i wyeksploatowane). Zakup butów został odłożony na niedzielę. Ot, wpadniemy na chwilę do centrum handlowego. Z tej chwili zrobiły się ponad dwie godziny. Trzeba było bowiem dokupić coś z brakujących rzeczy spożywczych, musieliśmy zafundować dzieciom gofry, zaliczyć toaletę, obejrzeć salon z grami, a przy okazji Misza kupiła sobie wiosenny płaszczyk.
Nadejście wiosny oznacza też wyciągniecie rowerków z garażu. Franki oczekuje na swój ,,dorosły” rower, bo na jego speidermobilu to jest już wstyd jeździć, a Zo po rozmontowaniu bocznych kółek uczy się prawdziwej jazdy na dwóch kółkach. Idzie jej nieźle, ma zacięcie do nauki, tylko ojciec jest cały spocony, bo musi biegać za córką i trzymać rower na drewnianym kijku.
Franki odnalazł jeszcze jeden intrygujący ślad wiosny. Choć czy dotyczy to samej wiosny, to sprawa dość dyskusyjna. W każdym razie jego odkrycie wywołało podwórkową sensację dnia. Znalazł bowiem w trawie martwego dzięcioła.
Jak to dobrze, że wiosenna aura przenosi nasze życie z czterech ścian domu na świeże powietrze. Dzieciaki mają wreszcie gdzie upuszczać kipiący z nich nadmiar energii.
   

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Rękawiczki

Kończy się zima, trzeba więc napisać kilka słów o rękawiczkach. Konkretnie to o rękawiczkach Frankiego. O ile Zo miała przez całą zimę wciąż te same rękawiczki, o tyle Franki zmieniał swoje okrycia rąk jak… rękawiczki. A no właśnie! Nasza młodsza pociecha ma wręcz tendencję do gubienia rękawiczek. Może wynika to z jego braku zainteresowania tą częścią garderoby. Są to dobrze, nie ma ich też dobrze.
Jeszcze jesienią udało mi się podczas sobotniego spaceru kupić na naszym ryneczku dla Frankiego bardzo fajne zielone rękawiczki z niebieskim emblematem. Franki był z nich bardzo dumny, bo wyglądały trochę jak żołnierskie. Rękawiczki gubione wielokrotnie w czasie zimy zawsze jakimś cudem się odnajdywały. Ostatecznie w lutym cuda się skończyły i jedna z rękawiczek zaginęła. Misza kupiła natychmiast Frankiemu inną parę. Te jednak nie były tak fajne jak zielone żołnierskie. Może dlatego, że nie były fajne Franki już następnego dnia zgubił je na dworze w przedszkolu. Przyznał się do tego dopiero następnego dnia rano, gdy trzeba było jechać do przedszkola. A na dworze mróz… Misza urwała się z pracy zakupiła kolejną parę rękawiczek i pobiegła do przedszkola zanieść je Frankiemu. A w tym czasie młody odnalazł na przedszkolnym ogródku wczorajszą zgubę.
Teraz finał opowieści. Wczoraj z kaszlącym Frankiem udałem się do przychodni. W poczekalni na kaloryferze leżała znajoma zielona, żołnierska rękawiczka. I w ten oto sposób pod koniec zimy Franki ma do dyspozycji trzy pary rękawiczek.
Na dworze przygrzewa słonko. Czuć w powietrzu wiosnę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Hura! Rocznica!

Właśnie dziś mija rok od rozpoczęcia mojej blogowej aktywności. To już coś. Nie zniechęciłem się i piszę dalej. W końcu ponad 3800 wejść na stronę do czegoś zobowiązuje.

  Wracając jednak do opisu życia Czwóreczki z Sokoła. Wczoraj był dzień kobiet. Wymyśliłem to sobie sprytnie, że nie będę ósmego marca stał w kwiaciarni w kolejkach, więc moje panie, czyli Misza i Zo dostały bukiet tulipanków już dnia poprzedniego. Wybrałem dla każdej z pań ulubiony kolor, czyli fioletowy dla Miszy i różowy dla Zo. W moim zamierzeniu miała to być jedna wiązanka, która by stała w wazonie na stole w dużym pokoju. Jednak Zo jako znana indywidualistka (patrz wcześniejszy wpis) chciała, aby jej tulipanki stały w osobnym wazonie, w jej pokoju. Proszę bardzo… w końcu to jej święto – małej kobietki.
Franki był wielce nie pocieszony, że on nie dostał żadnego kwiatka. W ogóle był to tragiczny dzień w przedszkolu, bo dziewczyny dostawały prezenciki, a on nie.
– Okropny dzień! Wcale się nie cieszę – mruczał markotny i bliski płaczu.
    W ramach dobrego uczynku na dzień kobiet ogłosiłem Miszy, że tego dnia, wyjątkowo ja zajmę się obiadem. Można powiedzieć, że była to herioczna deklaracja z mojej strony. W rzeczywistości wszystko sprowadziło się do odsmażenia na patelni kotletów, które moja niestudzona, ukochana małżonka natukła i przyprawiła wieczór wcześniej oraz do usmażenia frytek w piekarniku. Ale z mnie bohater…
– Czy w skład deklaracji wchodzi też posprzątanie po obiedzie? – spytała nieśmiało moja najwspanialsza małżonka.
– Oczywiście – odparłem głosem prawdziwego herosa, choć w głowie zaczęły mi tęsknie odpływać w siną dal słodkie myśli o popołudniowej lekturze gazet w towarzystwie kanapy i mięciutkiej poduszki pod głowę.       
  Myjąc blachę z piekarnika pocieszałem się jednak myślą, że ominie mnie za to kwestia katorżniczych ćwiczeń literek z naszymi dziećmi.Okazuje się więc, że nawet praca w kuchni ma swoje dodatnie strony.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Samotność w łóżku

Zo i Franki spędzili noc z soboty na niedzielę w domu u Karolinki. Przed spaniem doszło do małego zamieszania. Ciocia Ania rozłożyła na ziemi, przy łóżku Karolinki duży materac na którym miały spać nasze dzieci. Jednak Karolinka chciała, żeby w łóżku z nią spała Zośka. Zo chciała spać sama na materacu (ot, indywidualistka), a Franki nie chciał spać sam więc wgramolił się do łóżeczka Karolinki. I w takiej to konstelacji cała trójka przespała do rana, to znaczy gdzieś do godziny szóstej.
Z Frankim jest odwieczny problem, bo jak on sam twierdzi, nie lubi spać sam. W domu nie przychodzi już co prawda do naszego małżeńskiego łóżka, ale ciągle próbuje wkulić się z łóżeczko Zo, co budzi ostre protesty naszej małej indywidualistki. Ostatni żartowaliśmy sobie, że Franki powinien się szybko ożenić, żeby wreszcie miał z kim spać w swoim łóżeczku.
 hehehe 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz