Śnieżycowa przechadzka

Gwoli nadrobienia zaległości, w ubiegłą niedzielę wyruszyliśmy czwóreczką na dłuuugi spacer. Wpierw po mszy świętej u dominikanów wzięliśmy udział w marszu ,,Kochajmy dzieci”. A ponieważ pogoda robiła się coraz bardziej słoneczna postanowiliśmy nie wracać do domu, tylko od razu pojechać do Śnieżycowego Jaru obejrzeć kwitnące śnieżyce.
Niestety, im bardziej zbliżaliśmy się do rezerwatu, tym większe miałem wrażenie, że na ten sam pomysł wpadła co najmniej połowa mieszkańców Poznania. Wkrótce jechaliśmy już kawalkadą samochodów mijając liczne grupy rowerzystów. Droga była tak wąska, że nie mieliśmy szans zawrócić. W tumanach kurzu z ubitej drogi dojechaliśmy do Starczanowa. Na tyłach gospodarstwa rolnego zaparkowaliśmy na prowizorycznym parkingu, który w zwykłe dni służy za wybieg dla koni. Nie pozostało nam nic innego jak posłusznie wtopić się w tłum turystów i ruszyć na trasę leśnego szlaku.  
Co mogę dodać? Chyba tylko to, że na Deptaku w godzinach szczytu jest mniej tłumnie, niż było to w niedzielne popołudnie na trasie do Śnieżycowego Jaru. Ale naszym dzieciom w niczym to nie przeszkadzało. Wzmocnieni kanapkami i gorącą herbatką z termosu dzielnie szli do przodu. I w zasadzie bez przeszkód dotarlibyśmy do celu, gdyby nie Franki, który wyciągnął ze swego plecaczka paczuszkę z żelkami… Polizane żelki zaczęły kleić mu się do rąk. Młody poczuł delikatny dyskomfort higieniczny, który wkrótce przerodził się w poważny problem egzystencjalny. Nie było gdzie umyć rąk. Żadnego strumyka, cieku wodnego, kropli wody. Franki zaczął marudzić, a potem wręcz ryczeć i urządzać nam sceny buntu pięciolatka. Na szczęście wystarczyło jedno magiczne słowo, które uspokoiło całą napiętą już sytuację: WRACAMY!
Dzieci dostały przypływu nowej energii życiowej i jak na skrzydłach rwały do przodu. Drogę do samochodu pokonaliśmy w ekspresowym tempie. Ledwo z Miszą mogliśmy nadążyć za naszymi pociechami. Baliśmy się, że zgubią się w tłumie wycieczkowiczów. Jednak się nie zgubili. Dotarliśmy do parkingu nieźle wymęczeni. W nogach mieliśmy pewnie jakieś dobre pięć kilosów i kilka niezłych fotek. Śnieżyce zaliczone!

   

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubi pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od blogu, poprzez recenzje książkowe na utworach literackich kończąc. Obecnie pracuje w drukarni naukowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *