Niedzielna kawka

Franki przechodzi w domu rekonwalescencje po zapalnym stanie ucha. Żeby nie robić mu przykrości nie planowaliśmy na weekend żadnych atrakcji poza domem. Trzeba było jednak wymyślać różne atrakcje, żeby czymś zająć dzieci. Misza wpadła na pomysł, że w niedzielne popołudnie upieczemy babkę. To był bardzo dobry pomysł. Zwłaszcza Zo mocno przejęła się sprawą wypieku i brała czynny udział w pracach kuchennych. Gdy ciasto dogrzewało się już w piekarniku oboje z Frankim zajęli się przygotowywaniem stołu na popołudniową kawkę. Doszło przy tym do małej scysji, bo Zo wolała kremowe serwetki do serwisu kawowego w kolorze ecru (ach, ten kobiecy gust dopasowywania kolorów), Franki natomiast uparł się przy serwetkach pomarańczowych. Udało się wybrać rozwiązanie kompromisowe, tzn. trzy nakrycia były według Zo, jedno według upodobań Frankiego.
Gdy babka była już gotowa, herbatka zaparzona usiedliśmy w naszym ,,saloonie” przy stole. Dzieci po jednej stronie, rodzice po drugiej. Na życzenie młodzieży Misza musiała przynieść dwie świeczki urodzinowe, które zapaliliśmy na babce i nie bardzo wiem dlaczego oraz komu, ale odśpiewaliśmy chóralnie ,,sto lat”.
– No dzieci, jesteście już takie duże, może byście chcieli porozmawiać o czymś ze swoimi rodzicami? –  rzuciłem patetycznie.
– Pupa, pupa, pupa – wykrzyknął Franki, który stanął nogami na krześle i począł energicznie podskakiwać. Zo rechotała. Żeby zwiększyć efekt komizmu młody zaczął głośno bekać.
– Ładnie, za rok macie iść do szkoły, a nawet nie umiecie się dobrze zachować przy stole – gniewnie skarciła dzieci Misza.
– O rety!
Matka Pana Boga się pali! – wykrzyknął Franki, który z racji stania na krześle miał szerszą perspektywę spojrzenia przez okno. Rzeczywiście, na szarzejącym tle zimowego popołudnia odbijały się jasne punkty świetlne, między innymi stojąca przy kościele, podświetlona figura Matki Bożej.
Do końca naszego wspólnego, rodzinnego siedzenia przy stole nie udało się już zachować należytej powagi. Babka, choć gorąca, wszystkim smakowała.
– Uwielbiam ten nasze spotkania przy babce – powiedziała na koniec rozanielona Zo. I było to najmilsze stwierdzenie jakie padło tego popołudnia przy stole.
Może rzeczywiście powinniśmy częściej piec babkę…

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubi pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od blogu, poprzez recenzje książkowe na utworach literackich kończąc. Obecnie pracuje w drukarni naukowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *