Punkt widzenia

Pod koniec ubiegłego tygodnia z radością wyczekiwałem nadejścia niedzieli. Chciałem, żebyśmy ten dzień przeżyli radośnie, rodzinnie. Myślałem o pójściu na targi książki dla dzieci, ale ze względu na ostatnie przeżycia chorobowe Frankiego musiałem zrezygnować z tego planu. Zakupiłem więc bilety do Teatru Animacji. Miała z nami wybrać się jeszcze Karolinka.
Niestety Franki obudził się w niedzielę rano
i narzekał na ból ucha. Misza zaczęła się potwornie denerwować i pojechała z młodym na dyżur do szpitala. Ja w tym czasie udałem się z Zo do kaplicy na mszę dla dzieci. Kochana moja Zo, przez całą mszę trzymała mnie za rękę, przytulała się do mnie. Podczas modlitwy powszechnej modliła się do mikrofonu o zdrowie brata. Po powrocie do domu bawiłem się z nią w lekarza – psychologa. Byłem jej pacjentem i musiałem odgadywać obrazki, które mi podtykała przed oczy. Na jednym z nich był źrebak. Mówiłem więc;
– Źrebak.
A Zo na to z oburzeniem:
– Źle, to koń, proszę powtórzyć.
– Owszem to koń, ale młody, więc źrebak.
– Od początku. Proszę powtarzać za mną: koń!
– Ale obrazek jest podpisany: źrebak.
Zo w tym momencie zmroziła mnie takim złowrogim spojrzeniem, że aż poczułem w sobie dziwny niepokój.
– Czy pan sobie żartuje? Mówiłam, że proszę powtarzać za mną, a pan co wyrabia?
Mówiła to takim tonem, tak serio, że się wystraszyłem i przyznałem jej rację:
– To koń!
Wkrótce wrócił Franki. Papa mu się śmiała, bo zdążył już wciągnąć prawie całą paczkę żelków. W dodatku naciągnął Miszę na kupno kolorowej gazetki z jakimś badziewiem w środku. Oczywiście czuł się już tak dobrze, że ani myślał zostać w domu. Skoro obiecałem dzieciom wyjście do teatru, to on chce iść i kropka. No to dobrze! Bilety kupione, on się dobrze czuje, więc chodźmy.
Misza opadła z sił i powiedziała, że jest jej wszystko jedno. Skoro jestem nieodpowiedzialnym ojcem to mogę iść z dziećmi do ,,głupiego teatrzyku”. Ona jest zmęczona i zostaje w domu. I została.
W Teatrze Animacji spotkałem się ze szwagrem, który przyjechał z Karolinką. Sztuka nazywała się ,,Najmniejszy bal świata”. Dzieci były zachwycone, bo dowcipne dialogi i magia teatralnych trików podziałały na ich wyobraźnię. Nawet szwagier dobrze się bawił, bo słyszałem jego głośny śmiech, gdy aktor przebrany za komara wyznawał swą miłość do pluszowej pchły.
Przez cały spektakl Franki siedział mi na kolanach. Ucho go już nie bolało. Patrzyłem na zadowolone miny jego i Zo. Czułem się szczęśliwy ich szczęściem.
Po powrocie do domu czekała na nas kartka w korytarzu: pizza w piekarniku. Misza wyszła do kościoła. Zjedliśmy więc pyszną pizzę, szkoda tylko, że bez Miszy.
Późnym popołudniem postanowiliśmy zrobić przemeblowanie w pokoju dzieci. Z uwagi na to, że łóżko Frankiego stoi przy ścianie z oknem nabraliśmy podejrzeń, że jego zapalenie ucha mogło się wziąć z zimna, które ,,ciągnie” od ściany. Przenieśliśmy więc jego łóżko i połączyliśmy je z łóżkiem Zo. Dzieci były zachwycone nową koncepcją rozmieszczenia mebli. Najbardziej podobało im się to, że będą spać obok siebie.
Wieczorem, gdy już mościli się w swoich łóżeczkach czytałem im książkę na dobranoc. Moim zdaniem był to dobry, udany dzień. Poza porannym bólem ucha Frankiego, to minął on w radosnej atmosferze. Dzieci zasypiały szczęśliwe.

A teraz wersja tego samego dnia według Miszy
(opis zebrany na podstawie wybranych fragmentów wypowiedzi Miszy).
– Franki obudził się chory z potwornym bólem ucha. Niedobrze, za krótko brał antybiotyk. Jutro nie może iść do przedszkola. Trzeba z nim szybko jechać na pomoc do szpitala. Trzeba załatwić na jutro Stenię do opieki.
– Franki powinien leżeć w domu. Po co ten głupi teatrzyk, co za pomysł, żeby w takie mrozy załatwiać bilety do teatru. Nieodpowiedzialny ojciec. Nie podaje lekarstw, nie robi dziecku kompresów. Wszystko na mojej głowie. Nie mam siły, żeby jechać z nimi. Muszę zrobić jeszcze pizzę na obiad, posprzątać mieszkanie, bo wiecznie panuje w nim bałagan. Pomyśleć, co z jutrzejszym obiadem.
– Trzeba zrobić przemeblowanie pokoju. Franki nie może spać pod zimną ścianą.
– Znów wielki bałagan w pokoju, a ja przed chwilą tu sprzątałam.
– Trzeba dzieciom podać lekarstwa, zrobić im kolację, umyć, przygotować rzeczy do ubrania na jutro…
– Fatalny dzień!
 
Tak, czy owak ten dzień spędziliśmy razem w gronie rodzinnym. Misza może się zbytnio przejmuje i denerwuje. Ale to ona trzyma nas wszystkich w ryzach i dzięki niej nie chodzimy głodni i w dziurawych rzeczach. Dzięki jej staraniom funkcjonujemy jak normalna rodzina. I za to ją wszyscy kochamy.

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki dorosłych już dzieci. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *