Pomagamy mamie

Wciąż jeszcze się przeprowadzamy. Ciągle coś trzeba spakować, przewieźć, wypakować, umyć, znaleźć miejsce w szafie. Trwa to drugi tydzień i wszyscy, łącznie z dziećmi mamy tego wszystkiego już po dziurki w nosie. Czasami emocje biorą górę i puszczają nerwy. Zwłaszcza Misza odchorowuje całą tą przeprowadzkę i wciąż powtarza, że nie ma siły.

Wczoraj wieczorem mieliśmy szykować już dzieci do spania, ale gdy wpadliśmy z Miszą do pokojów dzieci zaczęliśmy robić generalne porządki w ich szafkach. W pewnym momencie Misza przerwała i poszła kąpać Frankiego. Zo została ze stertą swoich zabawek, które trzeba było poszeregować do odpowiednich pudełek.

– Musimy pomóc mamie w sprzątaniu – odezwała się do mnie Zo. Ja siedziałem na kanapie z mętnym wzrokiem utkwionym gdzieś w przestrzeni. Kompletnie się zawiesiłem.

– W ogóle to ja mało mamie pomagam – kontynuowała swój wywód Zo. – Teraz jednak mama jest zmęczona więc musimy jej pomóc.

– Yhy! – wyjęknąłem.

– No więc rusz swój tyłeczek tatusiu! – uśmiechnęła się słodko moja mała księżniczka.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Przeprowadzkowe hocki-klocki

Teraz mogę już zameldować. Jesteśmy już pełną gębą Sosnową Czwóreczką. Od soboty śpimy, jemy, czyli mieszkamy w naszym nowym miejscu na świecie. Wciąż jeszcze na pudłach, siatkach i workach, ale po malutku oswajamy otoczenie i staramy się zaprowadzać własne porządki.

Przy okazji przeprowadzki znalazłem moje trzy figurki żołnierzy z czasów II wojny światowej, ręcznie malowanych. Pokazałem je Frankiemu zaznaczając, że są wyłącznie moje, nie do zabawy i że stanowiły kiedyś zaczątek mojej niedokończonej kolekcji. Mojemu małemu rycerzowi Frankowi aż oczy się zaświeciły z zachwytu.

– A jak będziesz już stary i umrzesz, to dasz mi tych żołnierzy? – dopytywał się.

– Jak umrę to już nie będą mi potrzebne – odparłem z uśmiechem.

– To będę ci przypominała o tym przed twoim umrzeniem.

Zo natomiast porwała jeden z kartonów, w którym zapakowane były części do jej nowego biurka. Wywierciła w nim dwa otwory na oczy, przykleiła piórko i oświadczyła, że ten nowy stwór nazywa się Smoczuś. Kartonowe pudełko z piórkiem stało się wkrótce bardzo cennym obiektem pod specjalnym nadzorem właścicielki. Smoczuś pojechał z nami w niedzielę do kościoła (na szczęście został w samochodzie), w pokoju Zo ma przygotowane posłanie, jest karmiony, przykrywany kocykiem, w wczoraj został zabrany do przedszkola.

Bardzo byśmy się oboje z Miszą cieszyli gdyby naszym dzieciom wystarczyły tylko takie kartonowe zabawki. Niestety, jak oświadczyła Zo, Smoczuś bardzo by się cieszył, gdyby miał prawdziwy, królewski namiot, taki jaki jest w sklepie IKEA.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Czas na zmiany

Tegoroczne wakacje to czas wielkich zmian w naszej rodzinie. Dzieci kończą swoją przygodę z przedszkolem i od września ruszają do szkoły. W międzyczasie przeprowadzamy się do domu za miastem. Nie będziemy już Czwóreczką z Sokoła, ale Czwóreczką Sosnową. Od dwóch tygodni trwają intensywne czynności przeprowadzkowe, tak aby od 15 lipca móc już zamieszkać w naszym nowym domku przy lesie.

– Zamieszkamy tam gdzie psy dupą szczekają – zaśmiewa się Franki, powtarzając frazę, którą zasłyszał kiedyś od swojej rodzonej matki. Powiedzenie o wydającej sygnały dźwiękowe tylnej części psa zrobiło furorę u naszych dzieci i stało się częstym motywem ich prześmiewczych zabaw słownych.

Fakt, faktem my stare mieszczuchy przeprowadzamy się w okolicę, gdzie kończą się już znaki drogowe i ptaki zawracają. Zwiększa się nam co prawda metraż i przybywa terenów zielonych, ale tracimy piękny plac zabaw, a także towarzystwo znajomych, których zawsze można było spotkać na placu.

Każde z dzieci będzie miało teraz swój własny pokój. Zo cieszy się ogromnie, za to z Frankim mogą być problemy. Nasz syn jest osobą bardzo towarzyską i woli mieć kompana do wszystkiego: do zabawy, do jazdy na rowerze, do kąpieli, nawet do spania. Czy nauczy się spać sam w swoim pokoju? Zobaczymy…
Na razie wciąż pakujemy, przenosimy, przewozimy, wypakowujemy i tak w kółko. A dzieci jedyne w czym są dobre, to w przeszkadzaniu nam. Osiągnęły w tym względzie prawdziwe mistrzostwo świata.
W sobotę czeka nas przeprowadzka mebli. Swoją drogą to ciekawe ile to przez dziewięć lat naszego małżeństwa nazbierało się tego wspólnego dobra (wliczając w to dwoje potomków). Ciekawe czy zmieścimy się z wszystkim do jednej ciężarówki?

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Jasna przyszłość

Tuż przed snem Franki zarysował dość jasno swoją przyszłość.

– Ja się nie ożenię. Będę leśniczym i będę mieszkał w lesie.

– I nie będzie ci smutno samemu? – spytałem

– Nie, bo w lesie jest dużo zwierząt!

Póki co nasz mały leśniczy przy pomocy taty-dentysty pozbył się swojego drugiego zęba. Najbardziej był dumny z tego, że wróżka-zębuszka przyniosła mu w nocy złoty pieniążek.

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Na emigrację!

W przypływie nagłego zniechęcenia do codziennych problemów życiowych wygłosiłem publicznie, czyli przy żonie i dzieciach następującą myśl:

– Może wyemigrujemy do Anglii, tam znajdziemy sobie pracę i ułożymy życie…

– Tak!!! – wykrzyknęły niespodziewanie dzieci.

– Ja chcę wyjechać za granicę – oświadczyła radośnie podekscytowana Zo.

– Ja też – dodał Franki. – Nawet umiem już coś powiedzieć po angielsku.

– A co? – zaciekawiła się Misza mająca nadzieję, że oto dowie się nareszcie jaki jest efekt rocznego uczęszczania dzieci na angielski w przedszkolu.

– Umiem powiedzieć hallo! – powiedział dumnie nasz syn.

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Szkolny stres

Zaczyna się. Dopadł mnie już szkolny stres, a to za przyczyną pierwszego spotkania rodziców przed rozpoczęciem roku szkolnego. Wkroczyłem do budynku szkoły pijarów, do którego od września zaczną uczęszczać Zo oraz Franki i od razu poczułem się jakoś nieswojo. Przedszkole to przecież zabawa, a szkoła to już nauka, większa odpowiedzialność, dyscyplina. Cały czas mam obawy, czy nasze dzieci są na to wszystko gotowe.

Gdy usiadłem w szkolnej ławce poczułem ścisk w żołądku, tak jakbym miał przystąpić do ważnego egzaminu. Widok tablicy zmroził mnie i ożyły wpomninia męki jaką przechodziłem podczas lekcji matematyki, gdy musiałem przed całą klasą dokończyć jakieś równanie.

Do tego sprawdziny, testy, zadania domowe… Czeka nas niezła przeprawa, która potrwa kilka lat. I co najgorsze nie ma od tego wszystkiego odwrotu.

Na razie muszę przetrawić ból finansowy. Wyprawka szkolna to poważne nadszarpnięcie domowego budżetu i to akurat jeszcze przed wakacjami.

Cóż, jakoś to będzie. A jak, pokaże życie.

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Telefoniczne zaproszenie

Franek ma wielu kolegów. W przedszkolu, na podwórku. Ale wśród nich jest ten jeden, jedyny, najbardziej ulubiony – Kuba F. Kuba już nie chodzi z Frankiem do przedszkola, a mimo to chłopacy lubią się spotykać i cieszą się z wzajemnych odwiedzin. Misza obiecała, że jak Franek wyjdzie ze szpitala to będzie mógł zaprosić do siebie Kubę. Wczoraj odbyła się rozmowa telefoniczna. A wyglądała ona mniej więcej tak:
Misza wystukała numer i dała telefon Frankiemu.
– Przedstaw się i ładnie zaproś Kubę na środę – uprzedziła.
– Kuba! – krzyczał już do słuchawki podekscytowany młodzian. – Cześć Kuba! Przyjdziesz do mnie? No, do mnie! Kuba!
Zapanowało chwilowe milczenie. Franki zastanawiał się co jeszcze można powiedzieć najlepszemu koledze przez telefon. I w końcu wymyślił…
– Kuba! Powiedź żaba…
– Mmm…
– Śmierdzisz jak stara baba! No to cześć Kuba.
I rozmowa się zakończyła…

 

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Dziecięca wrażliwość

Zo jest dobrą obserwatorką życia. Ma ciekawe spostrzeżenia i wiele pytań odnośnie świata który ją otacza. Lubi na przykład wychodzić popołudniami na plac zabaw i bawić się w obserwatorkę przyrody. Kiedyś nawet została hodowcą biedronek i założyła dla nich specjalną farmę. Później tę hodowlę chciała zabrać do domu, ale wytłumaczyłem jej, że biedronki nie czuły by się zbyt dobrze w zamkniętym pomieszczeniu.
Niedawno wracaliśmy z przedszkola tramwajem do domu. Było trochę tłoczno, a my staliśmy przy drzwiach. Przyznam się, że nie zwracałem zbytniej uwagi na otaczających nas pasażerów. Po wyjściu z tramwaju Zo była bardzo zbulwersowana:
– Ci duzi chłopacy używali takich brzydkich słów. Jak oni mogli. Przecież tak nie można, prawda tato?
Prawda. Nie tylko ja, ale myślę, że ogólnie jako społeczeństwo znieczuliliśmy się na wulgarność językową jaka nas otacza i przytłamsza. Nikt już nie reaguje na przekleństwa padające głośno w sferze publicznej. Przeklinanie jest cool, jest elementem podnoszącym prestiż rozmawiającego. Może jeszcze tylko przedszkolak się temu dziwi. A my? Nic nie robimy, biernie ulegamy tej przemocy.
Inny przykład. W swoim pokoju Zo może mieć straszny bałagan, łącznie z resztkami jedzenia na łóżku i to ją w ogóle nie wzrusza. Natomiast bardzo jest zdziwiona jak widzi zaśmiecony plac zabaw, walające się po trawniku puszki albo butelki po wódce. Tylu rodziców przychodzi na plac zabaw, ale żaden nie podniesie butelki, fruwającego papieru, bo to przecież nie jego. Zastanawiają mnie ci, co pozostawiają po sobie te ślady. Czy tak trudno jest wrzucić coś do pobliskiego śmietnika. A może rzucanie butelek i puszek na trawę też jest elementem szpanu, jest cool?
Może trzeba mieć wrażliwość dziecka, żeby to wszystko zrozumieć, żeby się temu móc jeszcze dziwić…

  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Tato wydrukuj mi zdjęcie

Oto prośba mojej córki. To pierwsza tak prośba skierowana do mnie na piśmie!
  

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Nasz bohater

W końcu Franki trafił pod operacyjny nóż i został w poniedziałek w godzinach przedpołudniowych pozbawiony trzech migdałków na raz. Spędziłem z Frankim całą ostatnią dobę w szpitalu i muszę przyznać, że mam dzielnego syna. Jestem wręcz zaszokowany jego postawą, spokojem i zrozumieniem z jakim znosi swoje cierpienie.
Gdy przyjechałem z nim w poniedziałek rano na oddział tryskał żywotnością i humorem. Pielęgniarki były zdumione jego tak pozytywnym nastawieniem do szpitala. Może to dlatego, że młody nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co go za chwilę spotka. Wybudzony po narkozie przeżył więc wielki szok. Wyrywał się i chciał uciekać. Zyskał wtedy u pań pielęgniarek ksywkę ,,wojownik”. Wkrótce jednak padł wymęczony i odtąd zmieniło się całkowicie jego oblicze. Pogodził się ze swoim losem…
Wieczorem z trudem próbując wymówić słowa szepnął do mnie:
– Zadzwoń do mamy i powiedz, żeby podziękowała Zosi za tych rycerzy co mi wycięła.
Rzeczywiście Zo wycięła dla Frankiego z gazet dwie sylwetki rycerzy. Bardzo mnie to wzruszyło. Wydawało mi się wtedy, że przede mną leży dorosły człowiek, a nie niespełna sześcioletni szkrab.
Rano po operacji Franki patrzył na mnie wielkimi oczami pełnymi spokoju. Gdy głaskałem go po głowie wyciągał ku mnie swoją małą rączkę z zabandażowanym wenflonem i gładził mnie po moich włosach. Uśmiechał się bezgłośnie lekkim drgnięciem kącika ust.
– Czy to jest ten sam nasz mały wojownik? – dziwiła się salowa, a mamy od innych dzieci z podziwem patrzyły jak Franki dzielnie sam wędruje do ubikacji, jak idzie na stołówkę i próbuje wypijać rosołek na obiad.
Wielką radość sprawiło mu przyjście Miszy i Zo. Wyciągnął swe obie rączki na powitanie mamy i siostry. Zo została przez niego obdarowana samolocikiem, który zrobiłem dla niego z papieru.
Postawa naszego Frankiego wobec własnego cierpienia i bólu zasługuje na najwyższy wyraz podziwu za prawdziwe bohaterstwo. Bohaterstwo rycerza Frankiego!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz