Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Maryjny Magnficat wybrzmiewający z dzisiejszej Ewangelii to słowa płynące z radości matczynego serca, które poruszone Dobrą Nowiną oczekiwało pełne pokory i miłości na spełnienie. Niezwykła siła i moc płynie z tego uwielbienia. Oto bowiem w historii młodej dziewczyny zaczynają się dziać rzeczy potężne, brzemienne w skutkach dla całej ludzkości. Bóg przejawia moc ramienia swego, rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich, strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Dobro tryumfuje nad złem. Maryja to wszystko zdaje się rozumieć i rozważa w swoim sercu. Wie już, że otrzymała od Najwyższego niesamowitą łaskę i czeka na jej wypełnienie.
Wydaje mi się, że w tych dniach przybliżających nas do świąt Bożego Narodzenia wszyscy na coś czekamy… Jedni na wolne od pracy, albo na okazję do spotkania, czasami po prostu na chwilę wytchnienia i odpoczynku. Są jednak tacy, którzy łakną pierwiastka dobra w postaci życzliwego uśmiechu, empatii, odrobiny uwagi i zainteresowania.
My ludzie wiary czekamy przede wszystkim na Słowo. Żywe Słowo, które zamieszkało między nami. To Ono powinno być źródłem naszej radości i pokoju. Zrozumiałem to dziś podczas porannej mszy świętej. W ciszy kościelnych wnętrz w półmroku z dala od zgiełku ulicy i handlowej gorączki wpatrywałem się w Przeistoczenie. Patrzyłem w oblicze Boga i kontemplowałem ten moment. To było moje uwielbienie, mój Magnificat. Wiedziałem, że już nic większego, ważniejszego i piękniejszego mnie dziś nie spotka.
Obyśmy umieli być nieustannie otwarci na spotkanie żywego Boga!
