Przed wigilią

Jak zwykle przed świętami jest mnóstwo rzeczy do zrobienia. Oprócz wieszania lampek choinkowych najpierw trzeba stoczyć zacięty bój o samą choinkę. Musi być wysoka, rozłożysta, niekłująca i oczywiście niedroga. Najlepiej taka, jak z pocztówki. Jedź człowieku w świat i szukaj, a potem triumfalnie wróć i bądź ,,bohaterem we własnym domu”. A jak wrócisz, to wsiadaj z powrotem w wóz i jedź polować na wypatroszone karpie. Nie jest to taka prosta sprawa. Przy okazji odwiedzisz kilka marketów, spędzisz cudowne chwile w kolejkach do kasy, aż w końcu któraś z kasjerek z uprzejmą miną oznajmi tobie, że płatność kartą została odrzucona zapewne z powodu braku środków płatniczych na koncie bankowym.

Po wszystkim wracasz do domu, a tam Misza z dziećmi piecze w kuchni pierniczki. Wszędzie pełno lukru i kolorowej posypki. Dzieciaki umorusane i uśmiechnięte. Pachnie świętami. I to jest właśnie najpiękniejszy obrazek. Dobrze, że dzieci uczestniczą w tych wypiekach. Te wspomnienia zostaną z nimi na dorosłe lata.

Inaczej w pracy. Ciągła bieganina, załatwianie spraw prawie do końca dnia. Jakoś w tym roku zabrakło czasu na przygotowanie spotkania przedwigilijnego. W poprzednich latach odwiedzali nas w zakładzie nasi emeryci, razem siadaliśmy do zastawionego stołu, były kolędy, życzenia i miła atmosfera. A w tym roku nie było specjalnego nastroju. Nie ma już z nami naszej kochanej Babci Eli, naszego Andrzejka, Zbysia. Spotkanie organizowaliśmy tak na szybcika, bez wystawnego posiłku. Jeszcze rano przyjechali z serwisu instalować nam nową maszynę. Dopiero o 11 mogliśmy zasiąść do wspólnego śniadania. Początkowo było nas tylko pięć osób (Roman, który pracuje u nas na pół etatu dziś miał dyżur na portierni). Ponieważ został jeszcze u nas szef serwisantów zaprosiłem go do naszego wspólnego stołu. Potem, gdy przyszła nasza siwiutka pani Ulka, sprzątaczka z firmy sprzątającej, też ją zaprosiłem na nasze śniadanie. Pojawiła się również Ewa, nasza dawna szefowa. Na koniec zjawił się na chwilę brat naszego kolegi Macieja z ośmiomiesięcznym Krzysiem na ręku.  Na stole było skromnie, bo jak wspomniałem nie było czasu na przygotowania. Dobrze, że chociaż Irena przyniosła kawałki karpia, które podsmażyliśmy i było się czym podzielić. Przypominało to trochę betlejemską szopkę. Bogatsi z biedniejszymi, starzy z młodszymi, wydzielone kawałki ryby, sucha bułka i maluśki Krzyś, który patrzył na to wszystko swymi wielkimi brązowymi oczkami. Choć proponowałem, żeby załoga szła wcześniej do domu wszyscy solidarnie zostali czekając na kolegę Romana. O godzinie 14 Romek kończył dyżur i wpadł na chwilę, żeby złożyć nam życzenia, przełamać się opłatkiem.

Może dlatego, że było tak skromnie, tak niezwyczajnie, to spotkanie było dla mnie tak bardzo wzruszające. Było prawdziwe. Moje dzieci będą pamiętać pieczenie i lukrowanie pierniczków, a ja już do końca życia będę wspominał tę dzisiejszą wigilię w pracy.

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc. Obecnie pracuję w drukarni akademickiej i prowadzę kursy przygotowawcze dla narzeczonych.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Rodzinne i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *