Bardzo lubię świąteczne filmy o rodzinie Griswoldów, czy ,,Wesołych świąt” z Danny DeVito. Śmieję się do rozpuku ze scen sąsiedzkiej rywalizacji przy ozdabianiu domów kolorowymi światełkami. W tym roku ani nie oglądałem tych filmów, ani się nie śmiałem. W sobotę sam czułem się jak bohater filmowej komedii.
W naszej okolicy tuż przed świętami Bożego Narodzenia zaczyna się iluminacyjny szał. Przed prawie każdym domem coś musi się świecić: choinki, drzewka, świetlne łańcuch, gwiazdy, rozświetlone drabinki, sanie Mikołaja itp. Żeby nie odstawać za bardzo od średniej osiedlowej już w zeszłym roku zaopatrzyłem się w kilka zestawów świetlnych. W tym roku wzbogaciłem jeszcze swoją kolekcje o kilka dodatkowych gadżetów. I zaczęło się… Najpierw próba rozplątania świątecznych lampek, które w zeszłym roku nie chciało mi się porządnie spakować. Po pół godzinie rozpaczliwej walki byłem bliski poddania się. Na szczęście węzeł gordyjski dało się w końcu jakoś rozsupłać. I wtedy dopieo podłączyłem go do prądu. Światełka nie zapaliły się… Następną godzinę spędziłem na sprawdzaniu wszystkich żarówek. W końcu gdy udało się je zapalić przyszedł czas na zawieszanie ich na tui rosnącej przed naszym domem. To że nie spadłem z drabiny zawdzięczać jedynie mogę opiece anioła stróża. Podczas przeciągania światełek przez gałęzie cztery żarówki popękały. W zapasie miałem tylko dwie. Gdy zająłem się przeciąganiem przez gałęzie innego zestawu zaczął padać deszcz. I to już był koniec mojej działalności przed domem. Wróciłem zziębnięty z mnóstwem igieł pod koszulą. Franki spojrzał przez okno i powiedział z uznaniem:
– Ładnie to zrobiłeś, ale szkoda, że tak mało.
Na szczęcie w domu zakładanie światełek poszło mi o wiele lepiej. W sumie pod wieczór miałem już zainstalowanych dziewięć zestawów świetlnych. Czy wzbudziłem tym zachwyt rodzinny? W niedzielę jedliśmy obiad przy świeczkach z wieńca adwentowego i zapalonych wszystkich zestawach świetlnych. Za oknem odbijały się lampki zainstalowane na ogródku i okiennym parapecie. Z radia płynęły jazzowe dźwięki. Z racji całego mnóstwa domowych przygotowań mieliśmy nasz dyżurny obiad, czyli makaron z sosem bolońskim. Zosia popatrzyła z zachwytem na świąteczny wystrój pokoju i westchnęła:
– Jest tak miło. To najlepszy mój obiad w życiu.
I czy trzeba piękniejszego komentarza?
