Urodzinowa domówka

Urodziny dzieci mamy już na całe szczęście za sobą. Po raz pierwszy odbywały się w naszym domu. Z racji bliskiego terminu obu świąt urodzinowych (między świętem Franka, a Zo jest dokładnie tydzień różnicy) dotychczas urządzaliśmy naszym dzieciom jedną wspólną imprezę i to na placu zabaw. Tak było od czasów przedszkolnych aż do bieżącego roku. Tym razem zbuntowała się Zo, która oświadczyła, że chce mieć tylko dziewczęce urodziny i to u siebie, a nie na jakimś tam placu zabaw. I ma być tort. Czekoladowy z ozdobnym napisem ,,Ever, aftrer, high”. Franki szybko podchwycił pomysł i sporządził listę kolegów, których zamierzał sprowadzić do domu. Na liście było przynajmniej kilkanaście nazwisk. W dodatku wymyślił sobie, że ja do urodzin wybuduje mu na ogródku prawdziwy domek na drzewie, który pomieści wszystkich jego kolegów (dla niewtajemniczonych spieszę z wyjaśnieniem, że nasz przydomowy ogródek ma wielkość przystanku autobusowego i oprócz iglaków i paru krzaczków rośnie na nim karłowata jabłonka). Ostatecznie domek nie powstał, lista gości została zredukowana, no i byliśmy zmuszeni do zorganizowania dwóch osobnych uroczystości. Ale bez obaw. Katastrofy nie było. Obie imprezy były bardzo dobrze rozplanowane i to był klucz do sukcesu. Podczas imprezy Franka chłopaków nie można było ani na chwilę pozostawić bez zajęcia. Puszczenie ich na żywioł i spontan mogłoby się zakończyć tragicznie dla naszego mieszkania. Dlatego wymyślaliśmy z Miszą mnóstwo zabaw, konkursów, zmiany dekoracji, a kiedy trzeba było nieco rozładować ich energię urządzaliśmy im dyskotekę. Hitem była ,,maszyna do zgadywania” ( to taka zgaduj zgadula). Uczestnik zabawy wkładał ręce do specjalnie przygotowanego kartonu i dostawał przedmiot. Nie widząc go, jedynie na podstawie dotyku musiał odgadnąć co to jest za rzecz. Był jeszcze taniec z balonem, pokazywanka ulubionych bohaterów bajek i rozbijanie kijami piniaty.

U Zośki natomiast było nieco odwrotnie. Dziewczynom trzeba było dać trochę swobody, by mogły same sobie wymyślić zajęcia. Oczywiście był też wymarzony tort i babeczki z przepisu Violetty. Dziewczynom najbardziej podobał się konkurs z krzesłami. Wszyscy w rytm muzyki chodzą wokół krzeseł. Gdy muzyka urywa się trzeba usiąść na krzesłach. Krzeseł jest jednak mniej niż chodzących. Kto  nie znajdzie miejsca dla siebie, ten odpada. Stara, poczciwa zabawa towarzyska.

Najwięcej satysfakcji przyniosła nam świadomość, że dzieci były zadowolone. Organizacja dwóch imprez była poważnym i wyczerpującym zajęciem. Ale teraz z Miszą mamy już niezłą wprawę. Możemy się już szykować na następne urodziny w przyszłym roku.

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc. Obecnie pracuję w drukarni akademickiej i prowadzę kursy przygotowawcze dla narzeczonych.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dzieci, Rodzinne i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *