Jak mieszczuchy kończą ferie

Skończyły się już dwa tygodnie beztroski dla naszej młodzieży szkolnej. My też trochę odetchneliśmy, bo nie było tej całej porannej kotłowaniny związanej z zawożeniem dzieci do szkoły i gonieniem do odrabiania lekcji. Przez pierwszy tydzień Zo i Franki mieli chodzić na półkolonie do Cafe Bajarka. Chodziła tylko Zo, bo Franki akurat złapał wirusowe zapalenie gardła i musiał cały tydzień przesiedzieć w domu. Zośka była nawet zadowolona z półkolonii, bo były to zajęcia tematyczne z dziedziny detektywistycznej. Śladami Lasse i Mai – bohaterów serii książkowej dla dzieci – uczestnicy zajęć codziennie mieli do odgadnięcia jakąś frapującą kryminalną zagadkę. Franki tymczasem wraz z ciocią Atą budował zamki z kartonów i wycinał rycerzy z papieru.

Drugi tydzień musialem podzielić się opieką z Miszą. Ten czas przeleciał tak szybko, że zanim się zorientowaliśmy przyszedł ostani feriowy weekend. Jakoś tak się porobiło, że natenczas wszyscy znajomi porozjeżdzali się w góry lub nad morze. Tylko my zostaliśmy z dziećmi w mieście. Samotność w wielkim mieście… O nie, kochani, nic z tych rzeczy. Puściliśmy się w szaleńczy wir miejscowych atrakcji, jakie może dostarczyć nasze miasto wojewódzkie. A co, jak szaleć, to teraz! Nie bacząc na koszty pojechaliśmy na Termy Maltańskie. Oczywiście na ten sam pomysł (bo pogoda była kiepska) wpadła połowa mieszkańców miasta, która nie wyjechała na ferie. Ścisk na basenach był taki, jak na plaży w Kołobrzegu w szczycie sezonu. Trudno było nawet zostawić gdzieś klapki. W kolejce do zjeżdżalni stałem z Zo dobre dziesięć minut (a zjazd trwa jakieś dwadzieścia seknund). Misza była kompletnie zdegustowana. Zwłaszcza tym, że nie mogła ze spokojem wysuszyć włosów, bo spieszylismy się, ażeby zmieścić się w wykupionym limicie czasowy. Oczywiście, nie zmieściliśmy się, więc trzeba było dopłacać.

Żeby przykryć nienajlepsze wrażenia z basenów zaproponowałem przejażdżkę na obiad do Ikei. Na pyszne klopsiki. Dzieci ucieszyły się bardzo, Misza też, bo nie musiała szykować obiadu. Oczywiście do Ikei tego dnia wybrała się druga połowa mieszkańców miasta, która nie wyjechała na ferie. Kolejka do restauracji zaczynała się już na schodach przed wejściem. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni, aby zrezygnować. Po półgodzinie stania zdobyczne klopsiki smakowały wyśmienicie. W dodatku cola do oporu. To się najbardziej podobało naszym dzieciom. W zasadzie mieliśmy wracać do domu, bo nie mieliśmy zamiaru niczego kupować w sklepie, ale skoro już tu przyjechaliśmy…

Jakąś godzinę później z torbą pełną zakupionych (jak się okazało niezwykle potrzebnych) drobiazgów, ledwo powłócząc nogami dotarliśmy do samochodu. Byle szybko do domu. Obejrzeć skoki narciarskie, nacieszyć się złotem Stocha i udać się na zasłużony spoczynek do łóżkowa. Jakże intensywnie przeżyty dzień. Typowo po mieszczańsku. A co…!

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubi pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od blogu, poprzez recenzje książkowe na utworach literackich kończąc. Obecnie pracuje w drukarni naukowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dzieci, Rodzinne i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *