Zwycięstwo nad halloweenowcami

Rok temu halloweenowa fala na naszym osiedlu zaskoczyła nas totalnie. To był pierwszy raz od naszej przeprowadzki, więc to może usprawiedliwiać nasze kompletne nieprzygotowanie. Tym razem byliśmy już gotowi i uzbrojeni, aby dać opór grasującym po okolicy watahom halloweenowców.

W ubiegłym roku wydawało mi się początkowo, że halloweenowe pielgrzymowanie małych dzieci od domu do domu w celu wyłudzania słodyczy jest nieco dziwaczną, ale bądź, co badź jakąś formą sąsiedzkiej zabawy. Zaczęło się po godzinie siedemnastej od pierwszego dzwonka. Przyszli przebierańcy, kilka dziewczyn w strojach czarownic. Wesoła gromadka. Dałem im cukierki, pomachałem na drogę i zadowolony wróciłem do pokoju na kanapę. Dziesięć minut później kolejny dzwonek. Potem, kolejny, kolejny i tak prawie do godziny dwudziestej. Następne grupy były coraz mniej przebrane, coraz starsze i coraz mniej sympatyczne. Według mojej kalkulacji o nasze drzwi wejściowe otarło się więcej dzieciaków niż w ogóle jest mieszkańców na całym osiedlu. I to mi się wtedy całkowicie przestało podobać.

W tym roku na halloweenowe szaleństwo byliśmy już lepiej przygotowani. Misza zakupiła pokaźną liczbę obrazków z wizerunkami świętych. Na furtce przyczepiliśmy duży napis: ,,Prawdziwą słodyczą jest świętość. Poczęstuj się obrazkiem”. Obrazki leżały w doczepionej do furtki foliowej koszulce. Spuściliśmy rolety w oknie na parterze, tak, żeby nie było widać światła z wnętrza mieszkania i czekaliśmy. Z Frankim i Zo podpatrywaliśmy z okna na piętrze reakcje pierwszych halloweenowców. Napis na furtce odstraszał skutecznie. Nikt nie ośmielił się zadzwonić do nas dzwonkiem.  Po osiemnastej wsiedliśmy w samochód i podjechaliśmy do naszej kaplicy na mszę odprawianą już w liturgii wszystkich świętych. Po drodze mijaliśmy rozliczne grupy rozszalałej młodzieży. . Największe bandy liczyły nawet i po dwadzieścia osób. Niektóre z drzwi garażowych były już poobrzucane jajkami. Strach iść samemu przez osiedle. Kompletne szaleństwo. Gdy wróciliśmy po mszy do domu napis na furtce zniknął. Został zerwany. Przed domem leżały porozrzucane obrazki. Zniknęły też dwie małe dynie, które mieliśmy na parapecie okiennym. Ktoś sobie przeszedł przez zamkniętą furtę i je najzwyczajniej w świecie ukradł. Nasze dzieci były w prawdziwym szoku.

– Nienawidzę halloween! – stwierdziła Zo.

– To zrobiły dzieci, które nie kochają Pana Boga – kręcił z niedowierzaniem Franki.

My z Miszą byliśmy zadowoleni. Daliśmy opór halloweenowemu szaleństwu i nie poddaliśmy się modzie na nowe święto horroru. Choć ponieśliśmy niewielkie straty, to zwycięstwo było po naszej stronie. Tak przynajmniej uważają Zo i Franki. A ich zdanie w tej sprawie jest decydujące.

**** **** ****

Franki i Zo obrali swoją strategię obronną:

– Zosia, a jak przyjdą do naszego domu przebrani za diabła i zawołają ,,cukierek, albo psikus”, to wiesz co zrobimy?

– Tak, odpowiemy im ,,kupa albo siku”!

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubi pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od blogu, poprzez recenzje książkowe na utworach literackich kończąc. Obecnie pracuje w drukarni naukowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Rodzinne i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *