Poświąteczne

Czas w zawieszeniu. Dziwne są te dni pomiędzy świętami Bożego Narodzenia, a Sylwestrem. Skończyło się uroczyst świętowanie a już czekamy na kolejną dawkę emocji związaną z przywitaniem nowego roku. Na ulicach spokój, widać mało kto podąża do pracy. Szkoły zamknięte, dzieciaki w domu. Pogoda byle jaka, że ani wyjść na sanki, ani nawet na spacer do lasu. Misza dzielnie znosi trudy domowej opieki nad dwoma rozbrykanymi osobnikami w wieku wczesnoszkolnym. Ja uciekłem w zaciszną oazę mojego pokoiku w pracy.

Ten okres przerwy świątecznej miał być dla naszych dzieci głębokim oddechem po szkolnej mordędze ostatnich tygodni. Niby pierwsza klasa, ale nauczyciele nie mają zmiłowania dla dzieci. Materiału do przerobienia jest strasznie dużo, zadania domowe, sprawdziany. Muszę z radością donieść, że z ostatniego sprawdzianu Zo otrzymała ocenę ,,4″. To jej wielki sukces. Wielką radością jest dla nas rodziców obserwowanie jej postępów w nauce. Zaczyna coraz staranniej pisać litery, łączy je w wyrazy i zaczyna czytać pojedyncze słowa. To niesamowite! Jeszcze trzy miesiące temu nie umiała alfabetu, z trudem się podpisywała imieniem. Franki też przy niej dużo korzysta. Niby nie chce się uczyć, nie możemy go zmusić do ćwiczenia liter, ale gdy widzi jak Zo sobie radzi ze zwykłej zazdrości próbuje ją naśladować. I wychodzi mu to tylko na dobre. Wczoraj po południu obserwowałem ich zabawę w kuchni. Bawili się w szkołę. Były lekcje, nauka literek i oczywiście przerwy. Zo była dyżurną i pilnowała porządku. Patrząc na nich zastanawiałem się, czy aby oboje nie tęsknią już za powrotem do szkoły…

Wracając jeszcze do świąt. Każdy ma jakieś tam wyobrażenia swojej idealnej, nastrojowej, pełnej spokoju i wzajemnej miłości wigilii spędzonej z bliskimi przy wspólnym stole. Rzeczywiśtość jest jednak daleka od ideału. W ogólnym pośpiechu porządków, gotowania, zakupów nie ma czasu na spokój. Dzieci zamiast pomagać wciąż przeszkadzają, kłócą się i przyprawiają nas rodziców o nieustanny ból głowy i szrpaninę nerwów. Goście na wigilię spóżniają się, ziemniaki są zimne, w karpiu jest za dużo ości, a zamiast podziwu nad perfekcyjnie przygotowanym nakryciem stołu mamy wpadkę ze stłuczonym talerzem. Kolędy oczywiście nie takie, bo nie można włączyć się do wspólnego śpiewu, ale śpiewać i tak nikt nie chce. Tak wygląda rzeczywistość. Ale to nie oznacza, że wigilia jest katastrofą. Wręcz przeciwnie. Przeżywamy ją tak, jak umiemy najlepiej. My, jako rodzina tworzymy jej specyficzny klimat, który nasze dzieci zabiorą ze sobą we wspomnieniach na całe życie. Myślę, że nie będą pamiętać tych drobnych wpadek, ale ogólny nastrój: choinkę pod sufit, stosy prezentów, to że jesteśmy razem, że są nasi nabliżsi, nasi goście. W pierwszy dzień świąt pojechaliśmy odwiedzić dziadka i spotkać się z resztą rodziny. Znów były prezenty, śmiech, wesołe rozmowy i radość ze wspólnego towarzystwa i wygłupy papużki – Wojtusia. W drugi dzień pojechaliśmy na Wzgórze Świętego Wojciecha zobaczyć ruchomą szopkę, która niestety akurat się nie ruszała. Ale dzieciom i tak podobał się nastrój i klimat kościoła na wzgórzu. Resztę dnia spędziliśmy w naszym małym rodzinnym gronie przemieszczając się jedynie z kuchni do salonu i odwrotnie. Bez pośpiechu, w spokoju. Właśnie ten spokój był nam wszystkim potrzebny.

Przez cały czas świąt dzieci zasypiały w swoich pokojach szczęśliwe. I to jest najważniejsze. To znak, że świąta w tym roku się udały.

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubi pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od blogu, poprzez recenzje książkowe na utworach literackich kończąc. Obecnie pracuje w drukarni naukowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *