Trochę narzekania

Kończy się właśnie kolejny tydzień. Tak, nie pomyliłem się. Dla naszej rodziny tydzień ma pięć dni. Weekend to jakby inna bajka, którą nie włącza się do harówki dnia powszedniego. W weekend można żyć normalnie, można wreszcie być rodziną. 
Przeprowadzka i szkoła zmieniły nasze życie gruntownie. Żal mi naszych dzieci, które muszą już uczestniczyć w rytmie wyznaczanym przez godziny pracy dorosłych. Chciałoby się, żeby nasze potomstwo miało lepsze i łatwiejsze dzieciństwo niż my mieliśmy. A tak nie jest. Ja miałem babcię, która zaprowadzała mnie do szkoły i odbierała po skończonych lekcjach, gotowała obiady i zaprowadzała do kościoła na lekcje religii. Nie znałem pojęcia świetlica szkolna, szkolne obiady. Niestety Zo i Franki muszą wstawać dzień w dzień o szóstej rano, choć do szkoły idą dopiero na 8.15. Nie mają czasu, żeby zjeść śniadanie, nadgryzają więc chleb w samochodzie. Zostawiamy ich o siódemej w świetlicy, gdzie godzinę muszą czekać na rozpoczęcie zajęć. Obiady szkolne traktują jak najgorszą zmorę, torturę na którą skazali ich bezduszni rodzice. Misza odbiera dzieci o 16, gdy za oknami robi się ciemno. Wracają do domu i Zo musi siadać od razu do lekcji, bo nie zdąży wszystkiego zrobić na następny dzień. Odrabianie zadań domowych idzie jej topornie. Trzeba ją nieustannie mobilizować do skupienia i wykrzesywania z siebie umysłowego wysiłku. O 19 jest tak zmęczona, że nie raz dostaje ataku histerii i ryczy z byle powodu. Nic to, trzeba dzieci szybko kłaść, bo już o szóstej pobudka. I cały cyrk powtarza się od nowa. Tak przez pięć dni. 
To wszystko jest trudne, bezlitosne i co gorsza nie da się tego obecnie zmienić. Musimy żyć w takim trybie. Na szczęście są weekendy, te chwile odpoczynku, normalnego życia. Oby tylko przetrwać ciemności zimy. Na wiosnę będzie lepiej.
Tak na marginesie: 
Zo po raz drugi zgubiła książkę do angielskiego. Szukaliśmy ją przez dwa tygodnie po całym domu i po całej szkole. Pani ze świetlicy nawet napisała na Librusie do wszystkich rodziców. Bez skutecznie. Zo była tak zestresowana brakiem książki, że przed każdą lekcją angielskiego zaczynała płakać. Trudno, nie było rady. Kupiłem jej nowy podręcznik. Wydałem 46 zł. Trzy dni później książka odnalazła się. Miał ją szkolny kolega – Diego w swojej szufladzie w klasie. Podobno w przyrodzie nic nie ginie, tylko my nie potrafimy szukać…
Czy powinienem żądać od Diega zwrotu 46 zł?

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki dorosłych już dzieci. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *