Jeszcze a propos świąt

Zebrało się trochę zaległości do opisania. Gonitwa przed świętami, ciężka końcówka roku w pracy oddaliły mnie od blogowych powinności. Dziś mija pierwszy dzień nowego roku. Zmęczone dzieci już śpią, śpi też Misza, a ja mam chwilę czasu i nieco sił by trochę postukać w klawiaturę.

Wigilijna kolacja
Zastanawiam się nad pewnym fenomenem. Kilka osób na kilkanaście godzin pogrąża się w morderczej pracy przygotowawczej mającej na celu zorganizowanie wigilii dla całej, licznie zebranej rodziny. Misza i jej obie siostry piekły ciasta, smażyły, zapiekały, kroiły i mieszały przeróżne produkty spożywcze. Przygotowały stosy jedzenia, które mogłyby wyżywić nie tylko trzy połączone na wigilii rodziny, ale i całą kamienicę. Misza padała ze zmęczenia na twarz i jak co roku powtarzała, że to już ostatni raz i nigdy więcej nie da się wrobić w tak morderczy maraton. A fenomen, który mnie zadziwia to sam efekt końcowy, czyli wigilia. Konsumpcja potraw, które przygotowywało się kilkanaście godzin trwała zaledwie kilkadziesiąt minut. Wszystko było oczywiście smaczne, ale po skosztowaniu nawet po trochu z każdej z potraw napełniony żołądek odmawiał zwyczajnie posłuszeństwa.

Wigilia i dzieci
Czymże by była wigilia bez dzieci i prezentów… To właśnie dla nich największą atrakcją jest oczekiwanie na Gwiazdora i na prezenty. Bałem się, czy Zo i Franki nie będą się nudzić w towarzystwie kilkunastu dorosłych osób. Tymczasem moje obawy wydały się zupełnie płonne. Brzdące ukryły się w kąciku pokoju i w sekrecie opracowywały program jasełkowych występów. Po spektaklu nagrodzonym gromkimi brawami Franki poczuł się na tyle rozochocony, że postanowił przejąć rolę wodzireja całej imprezy. Pragnął całą uwagę gości skupić na sobie. Gdy siedzieliśmy już przy wieczerzy wykrzykiwał gromkim głosem:
– Kto ma na imię Marcin, niech podniesie rękę!
– Kto ma na imię Bubu, niech się zgłosi!
A później, gdy obojgu z Zo zaczęło się im nudzić przy stole zaczęli biegać wokół niego, tudzież pod nim i na przykład podkradać buty nieostrożnym biesiadnikom, którzy dla rozluźnienia stóp pościągali je cichaczem. Chichrali się przy tym jak pijane bąki.
Na szczęście ich temperamenty poskromiło wejście Gwiazdora. Przebrał się za niego starszy o dwadzieścia lat ich kuzyn, ale dzieciaki nie połapały
się. Tylko Zo nabrał później pewnych podejrzeń i oświadczyła, że to nie mógł być prawdziwy Gwiazdor, bo za młodo wyglądał.

Prezenty
Franki gdy zobaczył Gwiazdora, który rozdaje prezenty gotów był przyobiecywać wszystko, byle tylko uzyskać dostęp do zapakowanych paczek. Przysięgał więc, że będzie grzeczny, że nie będzie się bił z siostrą, że będzie spał w swoim łóżku. W końcu Gwiazdor łaskawie zezwolił mu na otwarcie prezentów, więc Franki z dzikością w oczach rzucił się, do rozrywania prezentów. Na zapytania płynące przed świętami ze strony rodziny dotyczące tego co dzieci lubią najbardziej, w przypadku Franka odpowiadałem, że on fascynuje się rycerstwem. W konsekwencji tego Rycerz Frankowski otrzymał trzy nowe miecze, dwie tarcze i jeden łuk ze strzałami. Otrzymał też białe rycerskie wdzianko z czarnym orłem na plecach. Długo trwało przekonywanie i wmawianie Frankowskiemu, że to nie jest strój krzyżacki, tylko polski. Krzyżackiego w życiu by nie założył. Nim święta zdążyły się zakończyć dwa miecze w wyniku stoczonych walk doznały poważnych kontuzji, a łuk został złamany. Ot chińska tandeta…
Zo również cieszyła się z prezentów, choć przy rozpakowywaniu zachowywała godną podziwu wstrzemięźliwość emocjonalną. Otrzymała upragnionego pieska na baterię i aż dwie laki bobaski. Dostała też kilka zestawów figurek dla dziewczynek. Po świętach bawiła się tymi figurkami w ślub. Rozstawiała je wszystkie pod stołem. Wyznaczyła parę młodą, nawet Franka piratów zaprosiła na uroczystość. Ceremonię odprawiała figurka Świętego Mikołaja (w końcu był biskupem, a więc duchownym). Z pokoju dochodziły odgłosy modlitw, które w imieniu młodej pary zanosiła Zo:
– Módlmy się wszyscy tu zgromadzeni! Módlmy się do tarczy świętego Michała, która nas wszystkich ochroni… Amen!

Spokój
Na jakiś czas nastał spokój. Dzieci po świętach nie poszły do przedszkola. Miały tydzień domowych ferii. Zajęły się zabawą nowymi zabawkami. Jednak sprytny Franki zaczął już coś przebąkiwać o urodzinach i o ewentualnych prezentach, które z tej okazji miałby dostać.
– A kiedy będę miał urodziny?
– Za dziesięć miesięcy
– A to długo czy krótko?
– Zależy jak się na to spojrzy…
– Ale to po zimie?
– Po zimie będzie wiosna, potem lato i jesień
– Aaa… To już niedługo!

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki obecnie nastolatków: Zosi i Franka. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc. Obecnie pracuję w drukarni akademickiej i prowadzę kursy przygotowawcze dla narzeczonych.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *