Parę rzeczy godnych odnotowania.
1. Stał się cud i dzieci zaczęły przesypiać całe noce w swoich łóżeczkach. Rozwiązanie problemu nocnych wędrówek okazało się banalnie proste. Wystarczyło zostawić na całą noc zapaloną lampkę na korytarzu. W zadziwiający sposób okazało się to niezwykle skuteczne. Dzieci śpią i nie przychodzą już do nas. Tylko ja mam nieco mniej spokojny sen. Zapalone światło drażni mnie i przyprawia o koszmary w których pracownik elektrowni przychodzi i podtyka mi pod nos mega rachunek za prąd.
2. Długo nikt z nas nie chorował. To w końcu padło na biednego Frankiego. W piątek już przy odbiorze z przedszkola płakał z bólu, bo go bardzo bolało ucho. Lekarka pediatra zapisała mu jedynie środki przeciwbólowe, które na jakiś czas niwelowały stan chorobowy rycerza Frankiego. W niedzielę jednak Misza wypchnęła mnie z synem na konsultacje do szpitala. I dobrze. Dzięki temu zaoszczędziłem dzień wolnego, który musiałbym wziąć, żeby nie iść do pracy i biegać po specjalistach w przychodni. Franki bardzo dzielnie zniósł fakt dłubania mu przez lekarza długim szpikulcem w uchu. Teraz chodzi po domu w czapce uchatce z dwoma kompresami rozgrzewającymi na uszach. Wygląda jak jeden z Czterech Pancernych. Pewnie jest ,,Ładowlikiem”.
3. Tydzień temu poszliśmy całą rodziną do kina na ,,Kota w butach”. Nie muszę się chyba rozpisywać jak duży jest to wydatek dla przeciętnego budżetu rodzinnego. Ale cóż… Raz na ruski rok można się szarpnąć. Wrażenia z ukulturalniającego wyjścia byłby jednak niepełne, gdybyśmy po wyjściu z kina nie zahaczyli o McDonalda. Oczywiście wszystko ma swoje marketingowe przełożenie. W McD można do zestawu dostać zabawkę z filmu. To jednak dodatkowo kosztuje. Ale czegoż to się nie robi, żeby zadowolić pociechy…
Za moich lat dziecinnych wystarczył sam seans plus co najwyżej oranżada w woreczku.
