Miszka chora

Już w piątek rano Miszka poczuła się bardzo źle. Dzielnie jednak wyruszyła do pracy, po to jednak, by po dwóch godzinach stwierdzić, że jednak do pracy się nie nadaje. Silny ból mięśni, osłabienie, brak apetytu. Początek grypy jak nic.
No dobra, przed nami weekend, czyli dzieciaki non stop na głowie. Nasza czwóreczka jest praktycznie zdana wyłącznie na siebie. Nie mamy w sytuacjach awaryjnych ani gdzie, ani komu podrzucić najmłodszych osobników. Chorowanie w obecności dwójki młodych, nadpobudliwych stworzeń zamkniętych w przestrzeni 47 metrów kwadratowych jest zajęciem mało komfortowym. Na szczęście pogoda całkiem dopisała i można było wypuścić młodzież na wypas.
Z mojej strony nastąpiła pełna mobilizacja. Wstałem o szóstej rano, by przed śniadaniem pojechać na myjnie i umyć po zimowych brudach samochód. Tak… Cóż… Może to nie była szósta, tylko ósma, ale bądź co bądź wczesna godzina ranna. Po śniadaniu szybkie zakupy w markecie. No…, chciałem żeby były szybkie, ale trafiłem z koszykiem do złej kolejki do kasy. Pani kasjerka przez dobre kilkanaście minut usiłowała odnaleźć prawidłowy kod kreskowy słoika z ogórkami, a starsze małżeństwo, które ów feralny słoik dotargało do kasy, za żadne skarby nie chciało zrezygnować z jego zakupu. Potem stałem jeszcze w kolejce w aptece, aby kupić medykamenty dla Miszki. Gdy wracałem do domu dzwon kościelny wybijał godzinę dwunastą. High noon! Miszka już po woli kipiała:
– Jest sobota, jestem chora, a cały czas muszę zajmować się dziećmi.
Szybka zbiórka, wałówka wrzucona w plecak i drużyna maluchów gotowa do ewakuacji. Jedziemy nad jezioro na spacer. Zo i Franki jak młode źrebięta wypuszczone na łąkę brykają po trawie. Po chwili jedno i drugie zalicza upadek i ich spodnie zmieniają kolory na brudno-ziemisty. Potem kruszą patykami kawałki lodu przy brzegu jeziora. Wiem czym może się taka zabawa zakończyć, ale skoro sprawia im to tak fajną frajdę, to dlaczego mam tego zabraniać. Przez chwilę jest spokój, ale niestety kończy się tak jak przypuszczałem. Franki ląduje jedną nogą w wodzie. But mokry, nogawka spodni też. Trzeba wracać do domu, żeby się przebrać. Minęły jednak tylko dwie godziny. Miszka nie zdążyła od nas odpocząć i porządnie się wychorować. Dzwonię więc do koleżanki Agi. Aga ma Manię, a Mania ma mniej więcej tyle lat co Zo i Franki więc świetnie się dogadują w zabawach. Aga chętnie się zgadza, byśmy po południu zrobili jej mały najazd. Wracamy więc do domu na małe przebranko, a tam czeka na nas… obiad. Miszka usmażyła kotlety i jeszcze wywiesiła pranie. Jedyną rzeczą jaką nie cierpię w wychowywaniu dzieci, to ich karmienie i zmuszanie do jedzenia. A niestety Zo i Franki nie są żarłokami. Miszka zmęczona (co widać, po jej zaciętej twarzy) podjęła heroiczną walkę o wmuszenie zjedzenia obiadu. Jej irytacja sięgnęła zenitu:
– Jak ja ma chorować w spokoju! Nie mam sił, a robię obiad, wieszam pranie, a teraz jeszcze muszę karmić dzieci i je przebierać! A ty jak gdyby nic umawiasz się z Agą! Nic mi nie pomagasz!
Oj! to mnie zabolało. Od rana uwijam się jak w ukropie, wymyślam na poczekaniu co zrobić z dziećmi i masz… Taki cios w policzek. Nic mi nie pomagasz…
Ten zarzut pojawia się dość często w naszych dorosłych dyskursach i jestem do niego przyzwyczajony. Jednak dziś został wzmocniony silnym brzmieniem wkurzonych strun głosowych. Wrażliwsza Zo zaczęła pochlipywać i patrząc w moją stronę łkała:
– Dlaczego nie pomagasz mamie? Dlaczego?
Ręce mi opadły i sam myślałem, że za chwilę zacznę łkać jak małe dziecko. Zdecydowanie wolę zdrową wersję Miszki. 

O tatamaracje

Z wykształcenia politolog, dziennikarz i doradca życia rodzinnego. Z miłości mąż i ojciec dwójki dorosłych już dzieci. Lubię pisać, tworzyć wszelakie formy pisane od bloga, poprzez recenzje książkowe na drobnych utworach literackich kończąc.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *