Podjąłem w końcu niełatwą dla mnie decyzję. Dokładnie po dwudziestu latach zapisywania na papierze wpierw swojego życia, potem mojego z Miszą, a w końcu życia naszych dzieci, postanowiłem przenieść się w świat internetowej cyberprzestrzeni.
Może się wpierw przedstawię. Miszu to ja. Trzydzieści sześć i sześć. To moja normalna temperatura ciała, ale też i mój wiek. Trzy dychy z szóstką ciągnącą do końca czwartej dekady, no i jeszcze w dodatku sześć miesięcy. Mój dorobek życiowy, to oprócz ,,beretu i przepisu na sernik” (jak śpiewali niegdyś ,,Czarno-czarni”), także żona Miszka, dzięki której stan posiadania w naszej rodzinie dotychczas zwiększył się o dwóch młodych osobników: nadobną Zo i bohaterskiego Frankiego. Aha, warto dodać, że mamy coś na kształt mieszkania (nie wiem, czy dwa pokoje z kuchnią można już nazwać dumnie mieszkaniem dla rodziny z perspektywami rozwojowymi), na drugim piętrze, w starym bloku w całkiem dużym mieście. Nasza okolica zwana jest przez miejscowych Sokołem. Dlatego jesteśmy Czwóreczką z Sokoła.
Jak żyjemy? Ano, przystosowaliśmy się jakoś do otoczenia i jak mówią fachowcy od zachowań stadnych, wtopiliśmy się w nie. Całkiem sprawnie posługujemy się domofonem, wiemy gdzie jest nasz przystanek tramwajowy i jakie tam są linie i dokąd kursują. Co najważniejsze, mamy dobrze rozpracowaną mapę najbliższych marketów i pomniejszych punktów handlowych z oznaczeniem godzin ich otwarcia. Nie zginiemy. No chyba, że światowy kryzys na amen rozłoży wszystkie sklepy, a dostawcy prądu odetną linie tramwajowe. Wtedy klops. Na rolnictwie znam się słabo, a na polowaniach w ogóle. Na wszelki wypadek trzymam w piwnicy kilka słoików przecieru jabłkowego i dwie konserwy. Misza ma w sekretnym miejscu (oczywiście ja wiem gdzie) odłożone suchary i wafle ryżowe. To taka rezerwa na czas, gdyby zaczęła po raz kolejny prowadzić akcję odchudzającą.
Zo i Franki są aktywnymi uczestnikami programu edukacyjnego przeznaczonego dla młodzieży najmłodszej, czyli chodzą do przedszkola. Tak się nam przydarzyło, że Zo urodziła się wpierw, a Franki dokładnie rok później. Teraz wyglądają jak para bliźniąt dwujajowych. Dobrze się ze sobą dogadują, potrafią się razem bawić, ale też, jak co do czego dochodzi, nieźle się leją. Dlatego dla zdrowia psychicznego nas samych postanowiliśmy, żeby chodzili do różnych grup przedszkolnych. Wystarczy, że w domu z byle powodu walą się równo po głowach. Po co mieliby jeszcze powtarzać to w tak szacownej placówce oświatowej jakim jest przedszkole publiczne.

Witaj Miszu – w wirtualnym oceanie istnień ludzkich.!Muszę Ci powiedzieć że ja podobnie zaczynałem.Spisywałem swoje i nie tylko swoje życie na papier,zapiski są do dzisiaj.Po jakimś czasie rozpocząłem zapisywanie na kompie.Tam również jest wszystko do dzisiaj.Od jakiegoś czasu miałem zamiar założyć bloga i puścić historię mojego życia – naszego życia w świat.Jest to historia przez życie pisana.Gdybyś miał ochotę zajrzyj tu : https://www.marcinkowyblog.blog.onet.plAby mieć orientację o co tam chodzi, trzeba przeczytać początek tego blogu.Powodzenia i wytrwałości w pisaniu.