W dzieciństwie strasznie nie lubiłem bajki o Pippi Langstrumpf. Może to wina nieciekawej adaptacji filmowej, która była puszczana w polskiej telewizji. Zresztą przygody małej dziewczynki Fizi Pończoszanki dla młodego chłopaka żądnego przygód, bitew i sensacji były po prostu nużące. Dlatego z pewną niechęcią podeszłem do książki Astrid Lingren, którą Misza dla naszych dzieci wypożyczyła z biblioteki. A jednak nasze potomstwo, zarówno Zo, jak i Franki łyknęli opowieści o Pippi dużym hałstem i aż im się zdrowo odbiło śmiechem. Teraz na liście wieczornych lektur ,,Wielka księga Pippi” są hitem numer jeden. Moje usilne starania zaciekawienia opowieściami o przygodach Doktora Dolittle zostały bezlitośnie odsunięte na rzecz rudowłosej, niepokornej smarkuli w dziurawych rajstopach. Dziś rano Zo zawiązała sobie na włosach dwie kitki, założyła na plecy mały plecaczek i z pluszową małpką (Panem Nilssonem) na ręku stanęła przede mną oświadczając, że nazywa się Pippi i że wyrusza na wyprawę.
Przyznam się, że w końcu i mnie rozbawiło czytanie ,,Wielkiej księgi Pippi”. Chociaż oczywiście wolę ,,Emila ze Smalandii”. Cieszę się jednak, że nasze dzieci odnajdują przyjemność w słuchaniu czytanych im książek. Mam tylko nadzieję, że Zo nie zechce pójść za przykładem rudowłosej bohaterki, która stwierdziła, że do szkoły nie warto chodzić, bo tam jest nudno.

I że Wam konia do domu nie wprowadzi 😉
Pipi jest okropnie demoralizująca ;), ale wiem to dopiero dziś, jednak jest przy tym strasznie zabawna.
Już wprowadziła 🙂 zrobiła go z kartonu, przyczepiła grzywę z krepy. Tekturowy koń jest wielkości naszej siedmiolatki co w niczym nie przeszkadza w jego wędrówkach – kilka razy dziennie wędruje z 1 piętra na parter i odwrotnie:)
He he, a nie mówiłam!?
Nasza siedmiolatka już „wprowadziła ” nam do domu konia. Zrobiła go z ogromnego kartonu, na którym namalowała oczy, nos, uszy, kopyta. Konik jest wielkości naszej córci-co nie przeszkadaz jej w transportowaniu go kilka razy dziennie z pierwszego piętra na parter i odwrotnie:)