Zo i Franki wrócili wczoraj do szkoły. Po przebyciu licznych chorób, strawieniu klikunastu gorączek i w wypiciu kilku litrów lekarstw na wszelkie dolegliwości oboje zostali doprowadzeni do jako takiego stanu, który kwalifikował ich jako zdolnych do wypełniania w całości obowiązku szkolnego. Jednak ze względów bezpieceństwa postanowiliśmy z Miszą nie posyłać ich jeszcze na lekcje wuefu. Franki ucieszył się wielce z takiego obrotu sprawy. Choć jest zapisany na dodatkowe zajęcia z piłki nożnej jakoś nie pała miłością do tej dyscypliny sportu. Owszem ma koszulkę reprezentacji, koszulkę klubową Lecha, zbiera karty piłkarskie, ale kopania piłki nie lubi. Wciąż narzeka, że albo go bolą nogi od biegania, albo musi stać na bramce. Koronnym jednak argumentem jest to, że ciągle jest w drużynie która przegrywa. Wczoraj gdy odprowadzałem go do sali szturchnął mnie w bok i szepnął:
– No idź powiedz pani, to co mama kazała ci powiedzieć.
Przekazałem więc wychowawczyni, żeby mojego syna nie posyłała w tym dniu na piłkę nożną. Franki rozpromienił swoją twarz szerokim uśmiechem i szybko dodał:
– I jutro na wuef też!
Natomiast na Zo w szafce w szatni czekała niespodzianka. Był to list od koleżanki Wery. Treść była mniej więcej taka: ,,ZOSIA PAMIENTASZ ŻE BYŁAS MOJOM NAJ NAJ NAJLEPSZOM PRZYJACIUŁKOM. PRZYJASN NA ZAWSZE”.
Piękne i wzruszające wyzanie. Ale to nie koniec listu. Pod spodem była narysowana smutna buźka z podpisem: ,,BAWISZ SIĘ TYLKO Z GABI A O MNIE CAŁKOWICIE ZAPOMNIAŁAŚ”.
Przyznam się, że jak czytałem ten list to poczułem się wzruszony. A Zo? Złożyła list na cztery mniejsze części i wrzuciła go z powrotem do szafki. Żadnych emocji, żadnej reakcji. Twarda jak głaz.
Tak to jest już z naszymi uczuciami. Franki nie pokochał piłki nożnej, a Zo choć uważa Werkę za swoją najlepszą koleżankę w szkole, to nie umie tego w pełni okazać. Może z czasem wszystko to się jeszcze zmieni…
