Od poniedziałku zmagam się z potrzebą opisania naszych nadmorskich wakacji. Na razie przyszedł mi do głowy tylko tytuł. ,,W klubie pancernika jeździsz w fotelikach” to wszechobecna piosenka reklamowa, która na tyle przypadła do gustu naszej rozbrykanej młodzieży, że powtarzający się refren był wyśpiewywany pod naszymi uszami przez cały czas pobytu w Kuźnicy.
Drugim powtarzającym się motywem było powiedzenie Marianny ,,ju nołs” (z angielskiego brzmiałoby to mniej więcej tak niepoprawnie jak ,,you knows”). Słowo to praktycznie oznaczać mogło wszystko i było wypowiadane z częstotliwością przynajmniej raz na jedno zdanie.
– Kto idzie na lody?
– Ju nołs!
– Kto chce się w to bawić?
– Ju nołs!
– Kto nie lubi kalafiora?
– Ju nołs.
Oprócz Marianny, wiernej towarzyszki zabaw najlepszym obiektem (bo tak to trzeba nazwać) zainteresowania naszej młodzieży był pies Marianny – czteromiesięczny szczeniak wilczek o imieniu Sasza, przez Frankiego nazywany Saską. Był jeszcze piesek naszych właścicieli Kapsel zwany też Kapsli, ale on często znikał z podwórka i chadzał swoimi ścieżkami. I jeśli już jestem przy uroczym słowotwórstwie ciampoków (określenie Emi – starszej siostry Marianny), to muszę odnotować, że Saska był często nagabywany by ,,joł-jował”. I proszę uprzejmie się mnie nie dopytywać co to znaczy. To mogli wiedzieć jedynie ,,kindermetale” mieszkający w sąsiedztwie dwaj osobnicy chłopcopodobni, ale oni sikali na klapę w ubikacji i w ogóle byli raczej mało ,,wyględni”. ,,Wyględny” to był za to ,,Gruby”, czyli pan prezio z miasta Łodzi, co to w sposób bardzo spektakularny zarządzał swoją trzyosobową rodziną, a zwłaszcza żoną, która była jego osobistą sekretarką, kucharką i ,,chłopcem” na posyłki. Nadmienić tu bowiem muszę, że mieszkaliśmy do kupy z innymi wczasowiczami w Wilii Wicher, czyli w domku na podwórku domostwa pani Joli, kobiety z krwi i kości prawdziwej kaszubskiej autochtonki. Na szczęście mieliśmy własne towarzystwo w postaci szacownej naszej koleżanki pani Agnieszki i jej męża, który zjawił się zaledwie na kilka dni, ale dobrze, że w ogóle się zjawił. I za to mu chwała!
A pogoda? Co tam wiatry, co tam deszcze. Jak jest przednie towarzystwo, to zmiany pogodowe nie mają znaczenia. Grunt, że dzieci były zadowolone z wyjazdu, przeżyły piękne wakacje i nie narzekały na nudę.
cdn… wkrótce
Nadrabiam już zaległości i choć z dużym opóźnieniem, to jednak postaram się dokończyć opis naszych wakacji.
Byliśmy jeden dzień w Gdańsku. A co, niech nasze dzieci wiedzą, że są jeszcze inne miasta w Polsce, a nie tylko ich rodzony Poznań. Stare Miasto robi wrażenie europejskiego centrum turystycznych pielgrzymek. Kolorowy, wielojęzyczny tłum przewija się przez Długi Targ w kierunku Neptuna. Pełno knajpek, straganów z bursztynami, wąskich uliczek prowadzących do poszczególnych bram, którymi wychodzi się w stronę nadbrzeża. I to wszystko warto zobaczyć, w przeciwieństwie do akademików w których nocowaliśmy. Dzieci i tak były najbardziej zachwycone porcjami lodów. W zasadzie nic więcej ich nie interesowało. No może jeszcze gonienie za gołębiami.
Wracając do Kuźnicy, to muszę przyznać (bez żadnej kryptoreklamy), że to najlepsze miejsce na wakacje dla rodzin z małymi dziećmi. Po pierwsze morze (a w zasadzie dwa akweny: bo z jednej strony Zatoka Gdańska, z drugiej otwarte Morze Bałtyckie). Szeroka plaża, mało ludzi i wszędzie blisko. Po drugie Kuźnica nie jest jeszcze ośrodkiem turystycznym. Nie ma tu żadnych dyskotek, salonów gier komputerowych, hoteli, wesołych miasteczek i wszelkiego innego głośnego i wysysającego kasę badziewia. Są za to lody, gofry i tylko jeden sklep z pamiątkami. To na prawdę idealne miejsce na spędzenie w spokoju nadmorskich wakacji.
Ach, warto jeszcze dodać, że wieczorną ciszę przerywa jedynie gitarowe brzmienie koncertów na żywo granych w knajpce przy pomoście.
Przyznam się, że bardzo polubiłem to miejsce. Misza też. Nasze dzieci również. Więc pełnia szczęścia. Pewnie tu wrócimy. Nie raz.
