Tak jak w ubiegłym roku wybraliśmy opcję spędzenia świąt wielkanocnych poza rodzinnym domem i miastem. Dzięki wsparciu finansowemu dziadka udało się nam wyjechać do Sierakowa, do jak to ujęła Karolinka, ,,zielonego domku”. Byliśmy my, dziadek Bolek, Ania z Julkiem, Karolą i z Felkiem (zwanym też od czasu do czasu Felinką). Dla Felka była to pierwsza tak daleka podróż. Zniósł ją bardzo dzielnie, czyli krótko mówiąc smacznie przespał.
Największą frajdę z wyjazdu miały oczywiście dzieci, które nie mogły się wręcz doczekać czekających na nie atrakcji. Cieszyły się dziewczyny Ania i Misza, że nie muszą nic przygotowywać na święta. Ja ze szwagrem obiecaliśmy sobie niejedną partyjkę bilarda w sali kominkowej. Wszyscy się jednak modliliśmy o pogodę, bo co by to był za wyjazd do lasu, gdybyśmy mieli go spędzić cały czas zamknięci w pokojach.
Nasze modlitwy okazały się na tyle skuteczne, że mieliśmy prawie trzy piękne dni: piątek, niedzielę i poniedziałek. W sobotę lało, wiało i padał grad. Dzieci od rana miały zajęcia w świetlicy. Przygotowywały pisanki, wycinały, wyklejały i mazały farbami. Zo przyłożyła się do swej pracy, a Frankiego bardziej interesował koszyk z cukierkami niż własne rękodzielnictwo. Później dzieła wszystkich dzieci zostały wystawione w holu recepcji.
Ze święconką nigdzie nie musieliśmy wychodzić. Na szczęście do ośrodka przyjechał ksiądz i poświęcił nas i zawartość naszych koszyczków. Wieczorem miało być ognisko, ale ze względu na warunki atmosferyczne był to punkt programu wyłącznie dla uprawiających sporty ekstremalne (ja uparłem się i upiekłem, tudzież przypaliłem sobie jedną kiełbaskę).
Dużą frajdą dla dzieci były nocne harce. Karolinka przychodziła spać do pokoju Zo i Frankiego. We trójkę spali na dwóch połączonych łóżkach. Do późna w nocy trwały śmiechy, przepychanki, szeptanki. Cała trójca nie miała najmniejszej ochoty zasnąć. Dopiero po przeczytaniu kilku bajek i nastraszeniu, że jak nie zasną, to nie przyjdzie zajączek młodzież w końcu skapitulowała i raczyła zasnąć.
Niedziela wielkanocna zaczęła się od poszukiwań ,,zajączków”. Dzieci rozbiegły się po sali jadalnej w poszukiwaniu wielkanocnych niespodzianek. To był ten najbardziej oczekiwany przez nich moment świąt. Na każde dziecko czekał pluszowy zajączek i jedno pomarańczko. Był to prezent od gospodarzy ośrodka. Franki wykonał całą serię zdjęć uwieczniających zająca w pomarańczach (umieszczę ją w galerii czwóreczki).
Wieczorem miała być dyskoteka. Zo i Karolinka czekały na to wydarzenie z wielką niecierpliwością. Miała to być ich pierwsza dyskoteka w życiu. Wciąż biegały do sali kominkowej i podpatrywały przygotowania. A gdy po godzinie 20 włączono muzykę dziewczyny ruszyły w tany. Tylko Franki nie do końca zrozumiał idee dyskoteki, bo przyszedł na nią ze swoim mieczem. Biegał po całej sali krzycząc i napadając co chwila na mnie.
Zo była tak oczarowana dyskoteką, że nie chciała wracać do pokoju.
– W końcu muszę poznać trochę wieczornego życia – powiedziała z filuternym uśmiechem.
Żal było wracać do domu. W poniedziałek była tak ładna pogoda, że wyszliśmy jeszcze na spacer do lasu. W końcu po to tu przyjechaliśmy, by trochę pooddychać leśnym powietrzem. Karolinka chciała zjechać ze zjeżdżalni przed ośrodkiem i niestety pomoczyła sobie spodnie.
– Trzeba było mi powiedzieć, że tu jest mokro – skarżyła się swojej mamie.
Tylko Feluś na nic nie narzekał. Byleby go nosić na rękach to był zadowolony i spokojny.
Szczęśliwy, udany wyjazd rodzinny.
W drodze do domu Zo zaczęła pochlipywać. Na pytanie co się stało odparła:
– Tak mi smutno, że już wracamy…
