Poniedziałek rano. Wcześnie rano. Zapowiadało się, że będzie ciężko. Powrót do szkoły po tak długim czasie przerwy chorobowej rodził moje obawy, czy nasze kochane dzieciaki uda się znowu przestawić na tor szkolnej rutyny. Tymczasem pełne zaskoczenie. Zo budzi się radosna i gotowa lecieć na skrzydłach do szkoły. Franki obudził się sam z siebie (a nie zdaża się to zbyt często) i wyśpiewując radosne ,,Alleluja” pobiegł do łazienki.
– To będzie mój najszczęśliwszy dzień! – Wykrzyczał później w ekstazie mój syn.
Tego dnia wyszliśmy z domu tak wcześnie jak nigdy. Misza zdążyła na tramwaj, a ja z dzieciakami byłem jednym z pierwszych w świetlicy. Co takiego się stało, że nasze dzieci z taką euforią ruszały do szkoły? Tęsknota za nauką, za kolegami? Bynajmniej. Przyczyna była inna, zaskakująca! Na błagalne prośby naszych małych uczniów zgodziliśmy się z Miszą, że w te ostatnie dni marca nie wykupimy im obiadów w świetlicy.
– Hurra! Nie musimy jeść dziś obiadów. Jutro też nie i po pojutrze też nie i popojutrze też nie… – wyliczał Franki z miną taką jakby odbierał główną nagrodę w Lotto.
I to była właśnie ta radosna wiadomość, która wprawiła nasze nie tęskniące bynajmniej za jedzeniem dzieci, w tak wspaniały humor.

Niestety po powrocie ze szkoły do domu Franki uznał, że jednak nie był to najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Mimo, iż nie był zapisany na obiady w świetlicy pani (pewnie omyłkowo lub z przyzwyczjenia) zabrała Frankiego na ten ,,niechciany” posiłek.